The B.O.S.S (pol. S.Z.E.F)

Big Original Sanders Sandwich czyli Duża, Oryginalna Kanapka Pułkownika Sandersa – tak brzmi jej pełna nazwa.
W polskiej części sieci Kentucky Fried Chicken kanapka przybliżana jest klientom za pomocą hasła: Szef wszystkich kanapek!

Z której strony by na to nie patrzeć była to kolejna szansa dla KFC na pełną rehabilitację po udanej jak występ Joanny Moro w Opolu kanapce Rocker i nieco bardziej udanych ITwistach (nie mylić z produktami marki Apple). Ostatnimi czasy za jedyny sukces tej sieci uznaję siedmiotygodniowy pobyt wręcz legendarnego Qurrito na rynku.
Amerykańska sieć, specjalizująca się w daniach drobiowych a głównie panierowanych częściach kurczaka, w mojej opinii od jakiegoś czasu przeżywa kryzys nie mniejszy niż grecka gospodarka – dlatego każdą wzmiankę o nowościach i promocjach w KFC traktuję bardzo poważnie, staram się od razu przetestować nowe produkty i dać im po prostu szanse, której (tak na marginesie) zazwyczaj nie wykorzystują.

Tym razem wartości kaloryczne można poznać już dzień po premierze produktu, na polskiej witrynie internetowej KFC, choć nadal czekam na odpowiedź mailową w tej sprawie. W punkcie KFC przy ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu, w centrum handlowym M1 nie uzyskałem żadnej informacji na ten temat. Niezmiernie mnie to dziwi, bo nie wyobrażam sobie żeby tak duża sieć wprowadzała do swych punktów nowy produkt a pracownicy nie potrafili podać choćby ilości kalorii w nim zawartych – to jak chcieć kupić samochód, przejść się do salonu dealera a sprzedawca informuje nas, że to nowy model i nie ma pojęcia jaką pojemność ma silnik…

Odbiegając od tych dygresji wspomnę iż mamy spory wybór opcji zamówienia kanapki The B.O.S.S a wśród nich:
Kanapka The B.O.S.S (765kcal) -11.95zł
Kanapka Junior B.O.S.S (404kcal) -6.50zł
Zestaw Junior B.O.S.S czyli małe frytki, dolewka i sama kanapka -10.95zł
Zestaw The B.O.S.S czyli duże frytki, dolewka i kanapka -17.95zł
Box Junior B.O.S.S: pięć sztuk Hot Wings, dolewka, małe frytki, kanapka -19.95zł
Box The B.O.S.S: pięć razy Hot Wings, dolewka, duże frytki, kanapka -25.00zł

Dopłacać kilkanaście złotych za frytki, napój i pięć fragmentów skrzydełek drobiowych w panierce to nie w moim stylu, więc na stole wylądował: The B.O.S.S, Junior B.O.S.S, Grander Texas, duże frytki i Wielka Dolewka (której wielkość głównie zależy od pojemności pęcherza spożywającego oraz długości pobytu w danym lokalu).
Towarzyszka spożywania tymczasowo zajęła się kanapką Grander Texas, więc miałem nieco czasu by poświęcić go obu wersjom S.Z.E.F-a. Na początek zaserwuję Wam, drodzy Czytelnicy, porównanie gabarytów mojej ulubionej pozycji w ofercie sieci KFC i tych dwóch nowości.VLUU L200  / Samsung L200

Jak widać kanapki z serii B.O.S.S pakowane są standardowo w papier z dedykowanym pod nie nadrukiem. Obie w konkursie szerokości mogą co najwyżej pucować buty Granderowi a i wysokość The B.O.S.S niewiele przewyższa wysokość kanapki Grander Texas, która przecież w tej kategorii jest raczej Arturem Barcisiem niż Wiktorem Zborowskim.
Powiedzmy sobie szczerze – materiały marketingowe McDonald’s czy Burger King nigdy nie będą tak przesadne jak te z KFC. Nie mam pojęcia co marketingowcy tej marki chcą przez to osiągnąć, ale taką taktyką nie ugrają nigdy więcej niż kilka złośliwych komentarzy na fanpage’u na Facebooku. A kto wierzy, że zdjęcie na stronie internetowej czy planszach w punktach KFC odzwierciedla to co dostanie naprawdę to ma w sobie tyle wiary co Marta Wierzbicka mówiąca, że rozbierane zdjęcia otwierają nowe możliwości.
W sumie lepsze to niż więcej predyspozycji.
Po krótkim rekonesansie przyszedł czas na bezproblemowe odwinięcie papierka i odkrycie jednej z tajemnic tamtego wieczoru – oto przede mną i Wami, Junior B.O.S.S:VLUU L200  / Samsung L200

Kanapka opisywana jest na stronie internetowej KFC takim słowami: Nie podołasz wielkiemu B.O.S.S’owi? Spróbuj swoich sił na nieco mniejszej wersji największej kanapki w menu KFC. B.O.S.S. Junior to aromatyczny piklowany kurczak w łagodnej panierce, chrupiąca sałata, czerwona cebulka i plasterki ogórka w puszystej sezamowej bułce.
Zgodnie z niegdyś przyjętym a następnie porzuconym standardem przeanalizuję kanapkę, podpierając się opisem producenta.
Od samego początku: to aż śmieszne by zadawać takie pytanie na początku – sądzę, że z kanapką The B.O.S.S spokojnie poradził sobie dwunastolatek a co dopiero zdrowa osoba w sile wieku? Ale o tym nieco niżej.
Idąc dalej: albo ja nie jestem tu w stanie czegoś zrozumieć z powodu zbyt małej wiedzy (ratujcie, drodzy Czytelnicy o ile tak jest), ale piklowanie to według źródeł, proces garbarski. W mojej opinii, ktoś tu się chyba pomylił jak Doda skacząca na jednym z ostatnich koncertów w objęcia swych fanów, bo ten kurczak powinien być peklowany.
Łagodna panierka rzeczywiście nie jest ani trochę pikantna, za to nieco zbyt słona i właściwie pozbawiona większej ilości nut smakowych. Pod tym chrupiącym i właściwie nie nasiąkniętym olejem poszyciem kryje się soczysty i bardzo dobrze przygotowany (prawdopodobnie) filet z piersi kurczaka – nie jest on ani trochę suchy i w każdym miejscu świetnie usmażony, gdyby nie panierka, której brakuje wyrazu bardziej niż graczom w Scrabble to byłby to zdecydowany atut kanapki.VLUU L200  / Samsung L200Kolejno poruszamy kwestię ogródkową czy też warzywną – jak kto woli.
Sekcja warzyw, jak na tak małą kanapkę jest nad wyraz urodzajna i muszę przyznać iż znajdują się w niej warzywa, które uważam za jedne z najlepszych dodatków do burgerów (choć tu oczywiście mamy do czynienia nie z burgerem a kanapką – mięso nie równa się mięso, ale to już kwestia nomenklatury) czyli czerwoną cebulę i pikle (może stąd to piklowanie?). Dodatkowo mamy tu sałatę, pokrojoną w strzępki.
Warzywa jakościowo jak najbardziej do przyjęcia, wszystko trzy naprawdę chrupiące i świeże jak poranna bryza. Cebula mogłaby być odrobinę bardziej ostra, ale przecież nikt tego nie wyreguluje w procesie dojrzewania. Pikle smakują jak zwykłe ogórki konserwowe z piwnicy Babci Janinki a sałata ma bardzo przyjemny i zaskakująco intensywny smak.
Puszysta bułka to standard wśród sieciówek – lekko posypana sezamem, miękka, aromatyczna, ale tym razem mało konkretna porcja pieczywka daje sobie spokojnie radę z utrzymanie tego co znajduje się w jej wnętrzu.VLUU L200  / Samsung L200Sos o którym nikt nic nie wspomniał smakuje jak słoik majonezu i garść słodkiej papryki w proszku – właściwie tak też wygląda. Z dosyć rzadkiej, białej masy majonezowej przebijają czerwone kropeczki papryki.
Jako całość kanapka to smak sezamowej bułki, kotleta z fileta z piersi kurczaka, takiego jak u Babci Janinki w niedzielę – mdłego sosu, który niestety Juniorowi odbiera mocy a dodaje kalorii i przede wszystkim octowo-gorczycowy posmak pikli, bo w sumie ta nuta, wraz ze zbyt słoną panierką wysuwa się na czoło tej kompozycji.

Uwaga! Nadchodzi szef wszystkich szefów.Tak wielkiej kanapki jeszcze w KFC nie było. B.O.S.S. to chrupiąca sałata, czerwona cebulka, plasterki ogórka, aromatyczny ser cheddar i dużo… bardzo dużo marynowanego kurczaka w łagodnej chrupiącej panierce.
Nie mam pojęcia czy marketingowcy KFC słowem Uwaga! chcą nas zachęcić do spożycia czy może przed nim przestrzec?
Szef wszystkich szefów, po odwinięciu go z dedykowanego papierka w kolorze drewniano-brązowym oraz ze stylizowanym napisem nań okazuje się co najwyżej szefem centrali gazowej w Zamościu.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Trzystopniowe dozowanie bułki bardzo przypomina klasykę McDonald’s czyli BigMaca, ale tu sprawdza się o wiele gorzej – o ile środkowa część spełnia swe zadanie w stabilnym podtrzymywaniu całości to już górna i dolna część są zbyt cienkie by oprzeć się pokusie przeciekania pod wpływem sporych ilości sosu, które jest identyczną, mdłą mieszaniną majonezu i sproszkowanej papryki – niestety, więcej polotu posiada Bronisław Komorowski w swych wypowiedziach niż znalazłem w kompozycji tego dressingu.
Warzywa podobnie jak wyżej – nic się nie zmieniło, bo przecież to ta sama dostawa.
Kwestia ilości kurczaka, którą w opisie poruszają marketingowcy to oczywiście czysty subiektywizm – mam nadzieję, że gdy rozmawiają o innych rozmiarach to już tak nie przesadzają – mogliby tym sprawić zawód nie tylko innym, ale też sobie.VLUU L200  / Samsung L200W mojej opinii ilość kurczaka, który być może był marynowany, jest zadowalająca, ale też nie porywająca – ot taki jeden kotlet z filetu z piersi Babci Janinki (o którym już wspominałem, uważny Czytelniku) bywa większy. Cheddar, szczerze mówiąc, wnosi do tej kanapki dużo więcej niż się spodziewałem. Sądziłem, że jeden marny plasterek zginie wśród nijakiego sosu i plastrów ogórka konserwowego, ale tak nie było – dosyć mocno wybijał się w smaku, choć czuć było, że jest to jedynie jego łabędzi śpiew. Może gdyby w dolnej części znajdował się jeszcze jeden plasterek ser dopełniłby kompozycję znacznie skuteczniej? Nie mnie to oceniać, póki nie spróbuję.
A propos ułożenia – składniki są ułożone na górze odwrotnie do tych na dole, co sprawia, że dolna część bułki wręcz rozpada się w trakcie jedzenia. Kanapka nie jest tak wysoka bym miał problemy z ugryzieniem na całej jej wysokości nawet przy pierwszym kęsie.
Ogół standardowej wersji kanapki The B.O.S.S to głównie posmak octu z ogórków konserwowych, mdląca nuta majonezowego sosu, a w dalszej części chrupiąca lecz mało aromatyczna partia drobiowa i lekko przebijająca się, ale nie mogąca rozwinąć skrzydeł nuta sera Cheddar – może oprócz tej ostatniej mamy po prostu do czynienia z tą samą, choć dużo mniej stabilną i większą kanapką co w opcji Junior. Nie różnią się znacząco jeżeli chodzi o doznania smakowe. Choć w samej niestabilnej strukturze kanapki, połączonej z soczystością kurczaka odnajdowałem duża przyjemność podczas kolejnych kęsów.

Pepsi z dozownika odpowiednio, chłodna i intensywna w smaku – dozowanie lodu bez zarzutów. Kubełek wypełniony niesolonymi frytkami, które posiadają dużo większy powierzchniowo przekrój niże te z McDonald’s czy nowe z Burger Kinga są chrupiące, smaczne, posiadające odpowiednią ilość skrobi, choć może czasem zbyt suche – jako dodatek sprawdził się doskonale – polecam.VLUU L200  / Samsung L200

W podsumowaniu przytoczę może takie oto powiedzenie: z pustego to i Salomon nie naleje.
Cóż poradzić jeżeli ktoś sądzi, że w dobie ciągle powstających punktów sprzedaży burgerów (czy to foodtrucki wszelkiej maści czy burgerownie w lokalach) zawojuje kubki smakowe swoich klientów sznyclem z piersi kurczaka, majonezem i warzywami?
To nie ten kierunek w mojej opinii – The B.O.S.S nigdy nie będzie szefem kanapek, choćby w KFC, bo nawet nie jest w stanie gonić Grandera (chyba, że w kwestii kosztów) a co dopiero go dogonić.
Jest to raczej zwykły pracownik w dyrektorskim przebraniu w postaci ładnej otoczki marketingowej – do prawdziwego rządzenia i dzielenia wiele mu brakuje.

Orient po polsku w amerykańskiej sieci.

Nareszcie – powiedziałbym. Minęło niemal dwa miesiące gdy osoby obsługujące fanpage McDonald’s na Facebooku zawiadomiły fanów (w tym również mnie), że na okres wakacyjny, McDonald’s przygotował kilka nowości a wśród nich mrożone desery, kawy, kanapkę Big Classic Western, która składem różniła się tak bardzo od poprzedniego Big Western jak każdy kolejny film z cyklu (od części pierwszej do trzeciej) Terminator a rozmiarem jak Tomasz Adamek i Witalij Kliczko. Do tego zaanonsowano dwa a właściwie cztery rodzaje McWrapa, które otrzymały przydomek orientalne.

Z jakiego powodu mówię o czterech a nie dwóch rodzajach? Zacznijmy od samego początku: dwa rodzaje McWrapa Orientalnego to Aromatyczny Kurczak i Soczysta Wołowina. Kolejne dwa podrodzaje każdego z nich wiążą się ze smakiem sosu jaki dobiera się do nich w kasie tuż po uprzednim wydaniu z siebie dźwięku: yyy…
Czyli z której strony by na to nie patrzeć mamy wybór niemal jak w większości kebabów w naszym kraju – wouowina ci kuciak?
I kolejno: sos otri ci uagodny?
Na koniec okraszone: duzi w cienkim ciecie, proszim!

Cztery McWrapy zostały zakupione w punckie sieci McDonald’s na ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu. Dwa z nich doczekały się obstawy w postaci McZestawów powiększonych (+685kcal z Coca-Colą / -16.40zł) a dwa kolejne pozostały samotne (-10.90zł).

Odbiegłem nieco od tematu, ale nie sądzę, by w tym samym czasie poseł Ryszard Kalisz zdążył odbiec dalej. Kontynuując kwestię McWrapów Orientalnych w McDonald’s należy wspomnieć o ich składzie. To, że na oficjalnej, polskiej witrynie internetowej sieci McDonald’s opisy ofert sezonowych znajdziemy jedynie w newsach jest niemal tak oczywiste jak to, że powieść Pięćdziesiąt Twarzy Greya autorstwa Eriki Leonard to pewien rodzaj soft-para-porn przechodzący w Harlequin naszych czasów skierowany do zapyziałych nastolatek, chcących przeczytać o czymś czego nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
I znów odbiegłem od tematu… Obiecuję, że to już ostatni raz, drogi Czytelniku. Co do składu McWrapów Orientalnych w newsie z dnia 02.07.2013 roku czytamy:
McWrap Orientalny Aromatyczny Kurczak to zupełnie nowa odsłona mięsa kurczaka marynowanego w ziołach podawanego w dobrze przyprawionym pszennym placku z chrupiącą kapustą, zielonym ogórkiem i sosami. Do wyboru wersja klasyczna i pikantna.
McWrap Orientalny Soczysta Wołowina to kolejna nowość. Siekana wołowina z ziołami, chrupiąca sałata, orzeźwiający ogórek, sosy, a to wszystko zawinięte w aromatyczny pszenny placek. Pozycja dostępna w dwóch wariantach: łagodnym i ostrym.

Jak widać w opisie oba rodzaje McWrapa niewiele się różnią – głównie rodzajem i sposobem przygotowania mięsa. Jeżeli chodzi o warzywa to nie trafiliśmy na festiwal a raczej zlot rozmiarów corocznego spotkania poławiaczy pereł bałtyckich. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracę głównie będzie wykonywał (jak to często bywa) asystujący sos a laury zbierze tak czy inaczej gwóźdź programu, którym niechybnie jest mięso – przygotowane całkiem inaczej niż inne pozycje wołowe czy drobiowe w sieci McDonald’s. Sama możliwość wyboru między wersjami pikantnymi a łagodnymi uznaję za posunięcie niemal tak znakomite jak szewski mat podczas gry w szachy. Wybór rodzaju mięsa a następnie wersji smakowej na pewno świetnie wpływa na podświadome postrzeganie marki przez jej klientów.

Analiza nie będzie obszerna jak akt oskarżenia Katarzyny Waśniewskiej, bo zbyt wiele do analizowania tutaj nie mam.
Zacznę od McWrapów w wersji drobiowej (czyli mówimy o mięsie, które dojrzewa szybciej).
McWrap Aromatyczny Kurczak: (wersja Klasyczna: 408kcal / wersja Pikantna: 412kcal)
Na początek to co na zewnątrz – pszenny placek, który w standardowej wersji jest jedynie wypieczoną mieszaniną mąki pszennej i wody. Tutaj w wersji przyprawionej – nie mam pojęcia co może to oznaczać i jakimi przyprawami go potraktowano, ale na pewno suszona papryka miała w tym spory udział gdyż placek nie jest blady jak pojęcie Marty Wierzbickiej o kręceniu vloga a pomarańczowo-czerwony, o odcieniu jasnej cegły. Kapusta przywodzi niezmienne skojarzenia z najmniej smacznym kebabem jakiego kiedykolwiek przyszło mi spożywać a który dostępny był w sieci KFC. Na szczęście tu doświadczymy ilości tego warzywa, które nie przekraczają tych w daniach z chińskich restauracji na polskich rynkach. Pocięta wręcz wzorowo na cienkie i krótkie kawałeczka – bardzo świeża i bardzo chrupiąca, choć do całości nie wnosi zbyt wiele smaku. Ogórek podany w postaci kilku cienkich plasterków ze skórką jest pełen ogórkowego smaku i niemniej świeży niż kapusta.VLUU L200  / Samsung L200W końcu nadszedł czas na skosztowanie mięsa. Na samym początku naszej przygody z McWrapem wydaje się, że jest go tyle co wygranych pucharów w dorobku Pawła Brożka, ale z coraz dalszym spożywaniem nasza drobiowa wkładka nabiera w tej kwestii rozmachu, którego nie powstydziliby się arabscy szejkowie inwestujący w Bahrajnie – cała dolna część pszennego, zabarwionego placka jest bowiem wypchana jak zwierzęta w kolekcji Babci Janinki stojącej na meblościance z lat siedemdziesiątych. Niestety na samym dnie placek jest zwinięty w taki sposób, że w większości to jego strukturę czujemy pod naciskiem zębów. Mięso jest pokrojone w niezbyt drobną kostkę, a właściwie w skrawki, które często możemy spotkać w drobiowych wersjach zwykłych kebabów z ulic Żeromskiego, Sienkiewicza czy Floriańskiej i temu podobnych w całej Polsce. Bardzo smacznym, odpowiednio i nieprzesadnie przyprawionym kawałkom kurczaka nie brakuje soczystości i kruchości – jest to najlepsze drobiowe mięso bez panierki jakie przyszło mi spożywać u sieciówkowych gigantów. Byłbym nawet w stanie przyznać, że by tak smakowało, musiało być uprzednio marynowane, możliwe, że nawet w ziołach, bo mięso, jak w nazwie jest rzeczywiście mocno aromatyczne.
I na sam koniec asystent, który sprawia, że to o nim a nie o strzelającym bramkę piszą gazety i branżowe portale – mowa o sosie, a właściwie sosach.
Wersja pikantna to ostry, dosyć rzadki płyn na bazie pomidorowej, który pod względem dodatków nie wyróżnia się niczym szczególnym – jest po prostu pikantny (jak obiecano na planszy, znajdującej się nad kasami) i paprykowo-pomidorowy.
W wersji klasycznej sos jest tak interesujący jak informacja o sukni ślubnej Ewy Chodakowskiej na okładce nowego wydania tygodnika Party (nie mylić z party hard). Zdecydowanie łatwiej wyczuć nam smak mięsa niż sosu, który właściwie przypomina coś pomiędzy majonezem a jogurtem z nikłym dodatkiem ziół i przypraw.
To co chwali się sieci McDonald’s w kwestii tych dwóch zwilżaczy to to, że nie zabijają one smaku całości a za to znakomicie komponują się z resztą składników, tworząc bardzo smaczną kompozycję, w której dominuje smak świetnie doprawionego, soczystego kurczaka a dodatki pozostają dodatkami – sprawiając, że mamy w rękach bardzo smaczny, zbalansowany przedmiot spożywania.VLUU L200  / Samsung L200

McWrap Soczysta Wołowina: (wersja Łagodna: 587kcal / wersja Pikantna: ?kcal)
Do opisania tej wersji McWrapa na pewno użyję mniejszej ilości słów niż do opisania poprzedniej – dlaczego?
Ponieważ większość składników jest podobna do tego co opisałem wyżej jak Rafał Mroczek do swego brata Marcina. Placek opisany wyżej to ta sama kompozycja mąki, wody, suszonej papryki i rzekomych przypraw, które czuję jak Babcia Janinka rytmy d’n’b. Kolejno warzywa – ten sam, ogórkowy ogórek pokrojony w cienkie, chrupiące plastry. Pewnym novum jest sałata, która zastępuje kapustę i robi to w sposób dosyć zadowalający – jest co prawda mniej chrupiąca, ale z drugiej strony raczy nas pełniejszym, warzywnym smakiem, którego kapuście brakuje.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Mięso to bardzo podobny do tego z McWrapa w wersji Tzatziki, przyrządzony na grillu, kotlet z siekanej wołowiny, tym razem jednak przyprawiony nie czymś pokroju przyprawy gyros a bardziej mięsny i mocno ziołowy. Do tej pory sądziłem, że wkładka z wyżej wymienionego McWrapa w stylu greckim (na szczęście nie kryzysowym ani tym bardziej tandetnym pokroju reklamy serka Hochland Piato) jest najsmaczniejszą z tych spotykanych w sieci McDonad’s, ale zdecydowanie soczysta i konkretna porcja mięsa, która wręcz zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami (w tak małym ruloniku wydaje się być naprawdę spora) z McWrapa Soczysta Wołowina przejęła palmę pierwszeństwa.
W tym produkcie znalazłem też coś czego nie mogłem rozszyfrować – wyglądało trochę jak natka pietruszki, nawet tak smakowało, ale bardzo płasko i ciężko mi z pełną dozą prawdopodobieństwa poinformować Was, drodzy Czytelnicy, że to właśnie to.
Na sam koniec sosy, choć sam nie mam pojęcia co mogę tu napisać gdyż w mojej opinii nie różnią się od tych z opcji drobiowej omawianych McWrapów – sos z wersji pikantnej to pomidorowo-paprykowa kompozycja nie pozbawiona ostrości, ale też nie potraktowana hektolitrami Tabasco – wystarczająco ostra by dodać nieco ognia do całości dania, ale na szczęście nie na tyle by zagłuszać smak mięsa. Sos z wersji łagodnej  to podobny, jogurtowo-majonezowy wytwór, któremu wyraźnie widoczne zioła niewiele pomagają w wybiciu się na wyższy poziom kultury smakowej.
Również muszę wspomnieć iż sosy raczej dodają całości smaku niż utrudniają wyczucie nut smakowych innych dodatków co w mojej opinii jest dużym plusem.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, seria McWrapów Orientalnych w McDonald’s to seria niemal tak dobra jak początek sezonu Bundesligi w wykonaniu Borussi Dortmund (polskiej – przyp. red. Onet.pl) – świetne zbalansowany smak gdzie dodatki pozostają dodatkami a główni gracze wzbijają się na wyżyny. Bardzo smaczna siekana wołowina i jeszcze lepszy marynowany kurczak wraz z dwoma rodzajami sosów sprawiają, że jest w czym wybierać i każdy odnajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Tylko jedno mnie zastanawia? Gdzie tu orient?
Bo mówimy chyba jedynie o oriencie tureckim czy syryjskim z budki serwującej kebaby na pobliskim deptaku, ewentualnie o festiwalu tańca brzucha w Jaworznie. W mojej opinii choćby jeden z tych McWrapów zasmakuje każdemu (zazwyczaj pewnie i więcej), ale 10.90zł za sam smak, znakomicie przygotowanego niemal-kebaba w cienkim, paprykowym placku pszennym o niewielkich rozmiarach to nieco zbyt wiele.

Hot or Not?

Cofając się niemal dwa miesiące wstecz myślałem jedynie o tym by zdążyć wrócić do kraju przed 9. września.
Nie dlatego, że miała mieć wtedy miejsce rodzinna impreza jakiegokolwiek rodzaju, nie na koncert ulubionego zespołu, nie na rocznicę wielkich wydarzeń, nie na mecz o wadze wielkiej jak pęczek pietruszki (Polska – San Marino).
Spieszyłem się, rezerwowałem lot i szybki powrót do domu z lotniska by zdążyć spróbować zaanonsowanego wtedy burgera Big King XXL w wersji Hot, dostępnego w sieci Burger King.

Uszczuplony jak ostatnimi czasy Dominika Ostałowska Big King XXL pozbył się kilku ważnych dla niego składników – przede wszystkim charakterystycznego King Sauce a oprócz tego pikli, którego pracowały na dobre imię swojego klienta jak obrońca Katarzyny Waśniewskiej i białej cebulki. Nie mam pojęcia w jakim celu pozostawiono strzępki sałaty lodowej, bo w mojej opinii jest to pakowanie czegoś zielonego na siłę. A propos siły – nasz bohater nabrał siły ognia jak gdyby nosił ze sobą kilka futerałów na gitary z filmu Desperado – poczytajcie z resztą sami: Prawdziwie królewska uczta. Podwójna porcja grillowanej wołowiny w towarzystwie sera cheddar, papryczki jalapeno i świeżej sałaty pokrytej sosem chilli cheese. Idealny wybór na wielki głód.
Opis wygląda bardzo dobrze i nie gorzej prezentuje się sama kanapka. Pierwszy raz nie udało mi się znaleźć elementu, który przekłamywałby rzeczywistość – w burgerze Hot Big King XXL znajdziemy bowiem: sezamowe pieczywo, dwa plastry sera Cheddar, znikomą jak liczbę kątów w okręgu ilość plasterków Jalapeño (rzeczywiście, mogła to być jedna papryczka), nieco sałaty lodowej i uwielbiany przeze mnie jak amerykański serial Przyjaciele, sos Chilli Cheese.
Czyż to zestawienie nie jest podobne do kanapki Long Chilli Cheese, oferowanego około okresu matur przez tę sieć?
Tak, dokładnie – a tamtą kompozycję uznałem za genialną w swej prostocie i smaku, żałując jedynie, że przyjemność jego spożywania nie trwała dłużej niż wejściówka programu informacyjnego TVP1 Teleexpress.
Teraz mam to w wersji powiększonej – jedynie z sałatą, którą dzięki opcji Have It Your Way! (koniecznie wykrzyknik) mogę po prostu wyrzucić – czy mógłbym chcieć więcej?
Może pokoju i sprawiedliwości na Świecie, ale to nie te kategorie.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Hot Big King XXL, którego spożyłem na pierwszym piętrze Galerii Słonecznej w Radomiu, zawitał do mnie ze świtą w postaci zestawu (nowa odsłona frytek i napój z dolewką) kolejnym Hot Big King XXL, tym razem bez zestawu i pojedynczym Whopperem z dodatkiem sera. Sam burger kosztuje 14.95zł a zakup zestawu zmusi nas do wyciągnięcia z portfela 20.95zł. Obaj Królowie zostali powiększeni o dodatkową porcję mięsa (kolejne 2.50zł). Niestety ilość kalorii w którą wyposażono tę wersję Big King XXL nie jest podana, ale licząc tak na oko jak Pan Rostowski finanse naszego kraju bez dodatkowego mięsa powinno to być około 1000-1100kcal. Dodatkowe patty to około 240kcal na plus.
Zaczynając analizę po raz kolejny muszę wspomnieć coś o bułce o której napisałem już chyba wszystko co mogłem – mam nadzieję, że mam wśród Czytelników kilka osób z chorobą Alzheimera i chętnie przeczytają po raz pierwszy (a właściwie kolejny), że to przyjemnie pachnące, lekko tostowane, białe, miękkie pieczywo nieco zapycha, ale nie na tyle by psuć nam całość. Przez wielkość porcji mięsa utrzymuje całość tak dobrze jak tuż po wyborach parlamentarnych w 2011 roku partia Janusza Palikota utrzymywała swój elektorat. Dolna część bułki nieco rozmiękła – z jednej strony to powód do radości z soczystego burgera a z drugiej problem przy spożywaniu, którym niezbyt się przejąłem.
Mięso to konkretne, około 113g patty, pełne soków, przynoszące smak prawdziwego mięsa i bardzo mi odpowiadające. Jak już kiedyś wspominałem to najbardziej smakująca mi sieciówkowa wołowina, choć zdarzają się przypadki, że wyciągnę z niej coś twardego jak worek kamieni – na szczęście mniejszych rozmiarów. Ser, który ma być serem cheddar a jest serem topionym o wątpliwym jak uroda naszych zachodnich sąsiadów smaku dojrzałego sera cheddar idealnie pasuje do mięsa i jak zazwyczaj cudownie reaguje na temperaturę burgerów roztapiając się odpowiednio na całej ich powierzchni.
Sałata to delikatnie chrupiące strzępki jej lodowej wersji, które posiadają różne odcienie zieleni i tak naprawdę do całości wnoszą tyle co romska rodzina do nowego mieszkania socjalnego. VLUU L200  / Samsung L200
Na samym końcu przyszedł czas na analizę tego co wyróżnia sezonową wersję kanapki Big King XXL od jej sezonowej, gorącej wersji. Spodziewałem się kanonady ognia z dwóch działek – jedno z nich na lufie miało mieć napisane Jalapeño a drugie Chilli Cheese – jednak to co dostałem to najwyżej zabawa w Dwa Ognie z dziećmi z podstawówki.
Po pierwsze to co przekreśla zadatki na ostrą zabawę to ilość amunicji jaką mają w sobie dwa działka wymienione wyżej – cztery czy pięć plasterków papryczki (bo na pewno nie papryczek) Jalapeño i ilość sosu Chilli Cheese, którą osobiście posmarowałbym jeden koreczek na przystawkę, nie są w stanie sprawić, że kompozycja dostanie taką porcję pikanterii na jaką zasługuje. Trzeba przyznać, że za obydwoma z tych składników wręcz przepadam a sam sos to do tej pory najlepszy dodatek jaki przyszło mi spożywać w jakiejkolwiek sieciówce, ale ktoś tutaj przy ustalaniu wielkości porcji a przy tym poziomu ostrości postąpił tak zachowawczo jak angielskie Panie Domu z używaniem soli.

Krótko wspomnę też o nowej odsłonie frytek, które kosztowałem już po raz kolejny.
Frytki przeszły terapię odchudzającą i aktualnie bardziej przypominają grubością frytki z McDonald’s niż te z KFC. W Wielkiej Brytanii frytki z sieci Burger King były grube, chrupiące i smaczne – u nas wersja grubsza była nieco mniej chrupiąca i wyrazista niż ta zza Kanału La Manche. Nowy model frytki, przynajmniej w mojej ocenie, to przede wszystkim dużo więcej skrobi i zdecydowanie mniej wody – zdarza się, że są one tak mączne, że aż ciężko je ugryźć po usmażeniu, ale większość z nich jest po prostu cienkim fragmentem ziemniaka o ładnej, żółtawej barwie, puszystym wnętrzu i nieco zbyt twardej warstwie wierzchniej z delikatnie przesadzoną nutą skrobi. Szczerze powiedziawszy ciężko mi zdecydować która odsłona bardziej mi smakowała, mimo, że zazwyczaj wolę frytki grubsze. Tym razem w tej (nazwijmy to) konfrontacji remis.
Napój nalewany z dozowników własnoręcznie również na zakończenie wypadł w podobnym stosunku – Pepsi z domieszką jej niskokalorycznej wersji bardzo smaczna, odpowiednio chłodna i wystarczająco wyrazista – niestety ulubiona Mirinda tym razem tak intensywna w smaku jak woda z cukrem.VLUU L200  / Samsung L200

Podsumowując, zestawienie kanapki jest jak najbardziej prawidłowe jednak ilość składników na które liczyłem jak na Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich w których jeszcze nie mogłem brać udziału jest zdecydowanie zbyt mała by jakkolwiek mnie satysfakcjonować. Oczywiście, da się wyczuć przyjemnie serowy i delikatnie pikantny posmak sosu Chilli Cheese jak również ostrawy i kwaskowaty smak papryczek Jalapeño, ale tych nut jest zbyt mało w całości kompozycji by mnie porwać i sprawić tak dużą przyjemność ze spożywania co wspomniany wyżej Long Chilli Cheese dzięki któremu żywiłem tak duże nadzieje w związku z tą kanapką – niestety, rzeczywistość zbyt brutalnie zweryfikowała me oczekiwania i pozostawiła mnie z po prostu smaczną i delikatnie pikantną wersją jednego z moich ulubionych burgerów, która jest tak hot jak Anna Bałoń po przybraniu na wadze.
Ze swej strony polecam, nie zachwycając się jednak i szybko przechodząc w tryb codzienny po spożyciu (jakkolwiek to brzmi).

Come to Daddy.

Z nazwą Big Daddy używaną w sieci KFC w Wielkiej Brytanii by określić jeden z burgerów bezsprzecznie kojarzy mi się jedynie kawałek Come to Daddy w wykonaniu brytyjskiego producenta, dj’a, wykonawcy, piosenkarza, muzyka, multiinstrumentalisty o niewiele znaczącym pseudonimie Aphex Twin. W teledysku tytułowy tatuś nie wyglądał ani przyjemnie ani zachęcająco – miałem nadzieję, że ten Duży Tatuś którego wybrałem w boxie da mi dostęp do przyjemniejszych doświadczeń.

Całe pudło (ang. box), kosztowało mnie 5.99£ w punkcie KFC, znajdującym się na trzecim poziomie galerii West Quay w Southampton co jak na jego zawartość zaprezentowaną na oficjalnej stronie internetowej brytyjskiego KFC wydaje się niezbyt dużym wydatkiem. To co znajdziemy w środku wnętrza tekturowego pudełka to: przede wszystkim sam burger, kawałek kurczaka w niepowtarzalnej jak kod DNA panierce, coś do wyboru z menu dodatków (w moim przypadku słodka kukurydza, w przypadku towarzysza spożywania fasolka w sosie), duża porcja frytek i duży napój.

Zacznę od obalenia mitów, które nieostrożni marketingowcy mogli wprowadzić do opisu. The toasted sesame bun barely contains the whole chicken breast fillet, hash brown, bacon and slice of cheese. You’ll also find Daddies Ketchup and our signature mayonnaise in there too. There’s more. How about a piece of Original Recipe Chicken and a side to go with it? Naturally this meal is served with large fries and drink. Question is, can you handle it? Bułka zdecydowanie tostowana i rzeczywiście ciężko jej domknąć składniki gdyż jest po prostu za mała jak rurki w rozmiarze 30 zabrane do przymierzalni przez Wojciecha Manna. W środku panierowana pierś – rzeczywiście konkretny filet mający tyle wspólnego z maszynką do mielenia mięsa co ostatnio polscy siatkarze ze smakiem zwycięstwa. Placek ziemniaczany w takim burgerze to jak jedzenie kanapki z ziemniakami – czy dobry pomysł? Za chwilkę o tym wspomnę. Bekon, plasterek sera, sałata, pomidor pokrojony w kostkę uzupełniają sukces w tworzeniu kanapki w której jest wszystkoKetchup Tatusia to po prostu zwykły ketchup z KFC a co do oryginalnego sosu majonezowego – no cóż? To tak jakby się pochwalić, że ma się problem z erekcją na pierwszej randce.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200Zabierzmy się jednak do rzeczy po kolei jak nasze Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Wodnej zrobiło to w sprawie Pendolino. Bułka to mniejsza wersja dostępnej tej w polskiej ofercie KFC w kanapce Grander (Texas) – przyjemne, niekoniecznie lekkie, miękkie, dosyć puszyste i słabo odkształcalne pieczywo o niezbyt intensywnym smaku i delikatnym aromacie sezamu, którym jest posypane. Warzywa zagubiły się w całości jak pasażerowie pewnego lotu numer 815. Przytłoczone resztą składników małe ilości pomidora i raczej standardowe sałaty nie nadały nawet troszeczkę posmaku ogółowi. Placek ziemniaczany od początku wydawał mi się pewnym ukłonem w stronę Brytyjczyków, ale też pomysłem na granicy majstersztyku i katastrofy – po spróbowaniu całości właściwie na tej granicy pozostał – wyraźnie wyczuwalne kartoflane grudki, interesujący cebulowy posmak pod dosyć tłustą, cienką, chrupiącą warstwą wierzchnią. Mógł on być dla mnie zarówno pasującym tu jak klocki w Tetris składnikiem, ale równie dobrze mógłbym go wyrzucić tak brutalnie jak Hankę Mostowiak z serialu M jak Miłość emitowanego na TVP2 (aktualnie jeszcze powtórki) wyrzuciła Pani Łepkowska i niewiele na tym stracić. Kolejnym składnikiem jest bekon – dosyć dobrze wysmażony, tłuściutki, ale pozbawiony charakterystycznego aromatu wędzenia a w pewnym sensie i smaku – taki poniekąd wykastrowany. Ser to standard – żółty plaster jego topionej wersji, bardzo ładnie roztopiony między bekonem a filetem z piersi kurczaka. Jako dodatek sprawdził się dosyć dobrze – jako coś co miałoby zmienić Świat – nie polecam. Niemal na zakończenie najważniejsza część całości: filet z piersi kurczaka w ich panierce – dosyć soczysty, choć tego przymiotu nieco mu brakuje, nieźle doprawiony, choć to raczej standard i niczego gorszego ani lepszego się nie spodziewałem – delikatnie pikantny, ale przede wszystkim smaczny, wystarczająco kruchy i konkretny. Rzeczywiście – filet, który wylądował w mojej kanapce miał dosyć pokaźne rozmiary – o ile każdy filet w każdej kanapce Big Daddy ma gabarytu pokroju mojego to choćby dla niego warto tę kanapkę kupić i tylko wtedy Tatuś może uważać się za Dużego Tatusia. I na koniec sosy czyli strona burgera tak ciemna jak ta na którą przeszedł swego czasu Anakin Skywalker. Jeżeli ktoś pracujący w sieci KFC sądzi, że zmiana nazwy ketchupu z Ketchup na Daddies Ketchup jest w stanie zmienić cokolwiek w smaku tego dodatku to może powinien postarać się o próby takiego magicznego przeistaczania w domowym zaciszu a nie na polu walki o klienta. Gwoździem niesmaku okazał się jednak sos majonezowy, który z majonezem ma tyle wspólnego, że majonez w nim po prostu jest – postarano się jednak by nim on nie smakował, dodając tony pieprzu, które skutecznie zagłuszają mdlący i ciężki smak majonezu nadając mu całkiem nowy, pieprzny wymiar.VLUU L200  / Samsung L200 Jako ogół to burger, który wywołuje we mnie niejednoznaczne odczucia – z jednej strony lubię kanapki w których jest dużo konkretów a przecież cały ten box to 1495kcal (sam Big Daddy 655kcal) a z drugiej strony jest w niej tyle średnio pasujących do siebie składników, że nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony mi smakowała a z drugiej nie, z jednej się najadłem a z drugiej odszedłem niezaspokojony – nawet teraz, dwie doby po spożyciu tej kanapki nie jestem w stanie zdecydować czy jestem po jednej czy drugiej stronie barykady. Smacznie przede wszystkim wypada dorodny kawałek piersi z kurczaka, bułka i ser – za to placek ziemniaczany i boczek totalnie tu nie pasują. Sosy raczej sytuację pogarszają, choć na szczęście nie są zbyt dobrze wyczuwalne w całości.

Kontynuując wyprawę po Big Daddy Meal Box zatrzymam się przy frytkach – dużo cieńszych niż te w Polsce, bardziej rozmoczonych i niestety mniej smacznych i chrupiących. Napój to Pepsi, niestety dużo gorszej jakości niż ta u nas – bardziej rozwodniona, z ilością lodu, z którą mógłby sobie poradzić jedynie sporych rozmiarów lodołamacz (nie zdarzyło się to po raz pierwszy) – niezbyt chłodna co jeszcze pogarszało sprawę z lodem. Kawałek kurczaka to dolna część piersi, zawierająca kawałek kości i chrząstkę zapakowana w panierkę KFC – odpowiednio przygotowane, przyprawione i zaskakująco soczyste mięso smakowało podobnie jak każdy kawałek Kentucky, który można kupić również w naszym kraju. Dwa dodatki, które spożyłem to, jak wspomniałem wyżej, uważny Czytelniku BBQ Beans i Sweet Corn – oba gorące, ale całkiem odmienne w smaku. Kukurydza to po prostu kawałek kolby tego warzywa, odpowiednio przygotowany, podany na szaszłykowym patyku, zapakowany w folię. Wgryzając się w nią czujemy przyjemne, słodkawe, strączkowe wnętrze, ale też to, że brak masełka czy jakiegoś innego dodatku, który mógłby podbić ten smak na wyższy poziom. Fasolka jest bardzo smaczna, choć sos przypomina niezbyt treściwą zupę pomidorową to cały dodatek smakuje jak niezbyt wysokich lotów, wegetariańska wersja fasolki po bretońsku Babci Janinki – zdecydowanie smaczniejsza niż kukurydza.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując: smak kanapki jestem w stanie określić tak jednoznacznie jak moje stanowisko w sprawie globalnego ocieplenia, więc ostateczną ocenę pozostawiam Tobie, drogi Czytelniku. Co do całego boxa – zestaw jest naprawdę konkretny a za tę cenę bardzo chętnie spożyję go jeszcze nieraz. Kanapka o sile rażenia kaloriami jak bomby napalmowe, duże frytki, duży napój (do których niestety mam pewne zastrzeżenia), kawałek smacznego kurczaka Kentucky i dodatek z których BBQ Beans i Sweet Corn wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
O tak, całego boxa mogę jak najbardziej polecić – tym bardziej, że te niemal 1500kcal powinno Was bez problemu zasycić.

Serowy Kąsek i Klasyka bez Dodatków.

Bywa tak, że dodatki przyćmiewają dania główne – tak na przykład zdarza się w programie Kuby Wojewódzkiego gdzie często to on jest bardziej błyszczącą gwiazdką niż jego goście, choć z pozoru wydawałoby się, że powinno być inaczej.
Bywa też tak, że smak dodatków oceniamy jako równie pociągający i zajmujący co smak dania głównego – to tak jak w przypadku, który mam zamiar dziś opisać.

Pewnego popołudnia wybrałem się z towarzyszką spożywania na mały spacer połączony z obiadem w punkcie sieci Burger King na High Street w Slough. Naszą ofiarą padła kanapka dnia (1.99£), ale czymże byłaby ta kanapka gdybyśmy nie zamówili jej w wersji XL?
Tak też się stało i po chwili nie trwającej dłużej niż czas utrzymywania się PiS-u przy władzy XL Bacon Double Cheeseburger wylądował na naszym stole. Nie dość, że już w samej nazwie jest on podwójny to dołożyliśmy kolejną dwójkę w postaci dwóch kanapek. Jedna z nich z zestawem Super przeniosła w niemal bezprzewodowy sposób z mojego konta na konto amerykańskiej sieci 4.59£ a druga z zestawem pobrała w ten sam sposób 6.59£. Spojrzałem w dół i tuż pod dotykowym panelem przeznaczonym dla kasjera dostrzegłem cztery dodatki do wyboru, które zakupione do zestawu to wydatek jedynie 0.99£. Postanowiłem spróbować wyglądających najbardziej zachęcająco i na pewno niedostępnych w ofercie tej sieci w Polsce Chilli Cheese Bites.

XL Bacon Double Cheeseburger to klasyk nad klasykami okrojony z dodatków jak modelki pozujące do aktów i przyprawiony konkretną ilością kalorii w postaci bekonu. Całość była dla mnie jak niejedna para butów widzianych na wystawie: już przy pierwszej wizycie w tym lokalu chciałem go mieć – choćby na chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Analiza nie będzie zbyt długa, bo i nie powinna – prostota tej kanapki zachwyci fanów klasycznych burgerów a dodatkowo sprawi, że wegetarianie i dietetycy zaczną sobie rwać włosy z głowy. Oto jej skromny opis na stronie producenta: No, there hasn’t been an eclipse, that’s just our XL Bacon Double cheeseburger blocking out the sun. 100% flame grilled beef with melted cheese, topped with bacon. XL ent!
Mamy tu jedynie bułkę, dwie porcje Królewskiej wołowiny, dwa plastry sera i boczek. Znakomicie(!). Nawiasem mówiąc jestem pod wrażeniem suchego żartu towarzyszącego temu opisowi – na szczęście miałem ze sobą 700ml kubek w którym znajdowała się Coca-Cola z lodem i to mnie uratowało.
Właściwie wszystkie elementy z których składa się kanapka dawno lub mniej dawno temu spożywałem, więc teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać po całości, a jak to wyszło w praktyce? O tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Bułka to standard w tej sieci – miękkie, niekoniecznie suche pieczywo o delikatnie maślanym aromacie z nutą sezamu, którym posypane jest na wierzchu. Ser, który tym razem nie otrzymał nawet określenia Cheddar został roztopiony nie do końca, choć niemal w całości – jego smak to zdecydowana topiona baza z lekkim posmakiem sera. W mojej opinii od sera Cheddar marki Hochland różni się jak jednojajowe bliźnięta między sobą. Mięso to po raz kolejny konkretne, wystarczająco soczyste i swoją grubością mogące niesprawiedliwie konkurować z talerzem obiadowym patty, które dosyć łatwo wciąga mnie w świat niemal stuprocentowej wołowiny, broniącej się jedynie własnym smakiem. Z jednej strony jako sieciówkowej wołowinie brakuje jej objętości a z drugiej jako patty właśnie sieciówkowe jest wręcz wybitne, bo smaczne, soczyste i nieprzemielone na drobne. Ostatnim z aktorów tej wspaniałej uczty dla ciała i ducha to bekon do którego osobiście nie mam zastrzeżeń. Nie był on lotów tak wysokich jak najsłynniejszy lot balonem Felixa Baumgartnera, ale standardowo wysmażony, lekko tłuściutki, odpowiednio słony oraz niepozbawiony lekkiego dymnego aromatu to cechy, które powinny mu wystarczyć by być znakomitym dodatkiem do całości.
VLUU L200  / Samsung L200Jeżeli już mowa o całej kanapce to zestawienie mimo, że standardowe, mocno zaskakuje – brak warzyw działa na korzyść (na pewno nie dostawców) a brak sosów wpływa zaskakująco dobrze (na pewno nie na kieszeń podproducentów). Wręcz czuje się te 955kcal, które w naszym mózgu wywołują dwie reakcje żyjące ze sobą w pewnej sprzeczności: czy wykorzystać więc jamę ustna do mruczenia i wychwalania tego dzieła prostoty i grilla czy też w milczeniu zająć się spożywaniem i delektowaniem?
Wybrałem opcję drugą i nie żałuję: charakterystyczne choć nieco pozbawiony charakteru smak wołowiny z sieci Burger King świetnie współgra z delikatnie mdłą bułką i specyficznym choć oklepanym aromatem sera. W całości da się wyczuć niezbyt intensywną nutę bekonu, który przyjemnie uzupełnia całość, mimo, że nie odgrywa znaczącej roli. Całość smacznie kaloryczna, o odpowiedniej temperaturze i konsystencji – od czasu do czas a nawet częściej chętnie spożyję takiego klasyka bez dodatków.

Mówiąc o dodatkach słowem wspomnę o frytkach i napoju: te pierwsze są całkiem inne niż te sprzedawane w punktach sieci Burger King w Polsce – grubsze, bardziej ziemniaczane, o delikatniejszej, choć przyjemnie chrupiącej powłoczce. Drugi to podana w przykuwającym uwagę niemal tak efektywnie jak każdy muscle car na polskich ulicach, naprawdę sporych rozmiarów kubku Coca-Cola, która jest odpowiednio schłodzona, z pokrytą kwasem fosforowym słodyczą i odpowiednią ilością lodu, który wesoło szumi i trzeszczy przy poruszaniu pojemnikiem.
Tym może nieco rwanym jak ból w udzie krokiem przechodzę do sedna. Dodatku, który wspominam równie smacznie co samo danie główne.VLUU L200  / Samsung L200Chilli Cheese Bites na oficjalnej, brytyjskiej stronie internetowej sieci Burger King są opisane w ten sposób: There are two ways to make your cheese bites more exciting. One way, is to base jump while you eat them. The other safe, and tastier, way is to add chillies. Available in Regular and Large. Wersja Regular to cztery sztuki, które legitymują się wartością odżywczą 238kcal a Large to sześć serowych kąsków czyli 366kcal. Składniki odżywcze to jak nietrudno się domyślić głównie węglowodany i tłuszcz, choć zawartość białka nie jest liczona w dziesiątych częściach grama – inaczej niż można by się spodziewać. Same Cheese Bites przy pierwszym kontakcie ani trochę nie sprawiają wrażenia pożywienia, które jest w stanie dać nam choć po części zadowalające doznania smakowe. Już pierwszy kęs sprawia, że zdajemy sobie sprawę, że myliliśmy się jak Donald Tusk i jego partnerzy partyjni w ustalaniu programu Platformy Obywatelskiej przed wyborami.
VLUU L200  / Samsung L200Lekko chrupiąca, niezbyt gruba panierka, w którą wchłonęło nieco tłuszczu, ale nie na tyle by psuć nam smak całości kryje gorące wnętrze o barwie kremowej żółci z wstawkami jarzynowej zieleni i konsystencji dosyć rzadkiego budyniu, które po pierwsze raczy nas przyjemnym, warzywnym smakiem świeżej, zielonej papryki, uzupełnionej mieszanką charakterystycznych nut sera topionego i żółtego, który pochodzi z półki przynajmniej tak niskiej jak Jarosław Kaczyński.VLUU L200  / Samsung L200Chilli czyli smak ostrych papryczek jest wyczuwalny dopiero na finiszu i znakomicie uzupełnia całość nie dominując w niej. Kompozycja jest bardzo udana – wnętrze pełne tłuszczów wystarczy by wytworzyć odpowiednią konsystencję za to smak papryki i chilli pokrywa tłusty smak, dając miejsce aromatowi serów. Panierka jedynie domyka całość i nie ma w niej nic co warte byłoby zapamiętania.

Podsumowując całe danie muszę przyznać, że żałuję iż cheese bitesów nie ma więcej – cztery czy sześć sztuk to za mało by nacieszyć się ich interesującym smakiem i sprawić problemu wątrobie. Kanapka jest jak występy Ireneusza Krosnego – to coś co swą prostotą wybija się ponad inne produkty, każdy powinien bez problemu ją zrozumieć a większość nawet będzie bawić.
W obu przypadkach dokonałem na pewno wyboru o niebo lepszego niż desygnowanie Bartosza Arłukowicza na stanowisko Ministra Zdrowia. Ponad 2000kcal, które oferuje danie w takiej konfiguracji jaką ja wybrałem sprawia, że po wyjściu z lokalu czuje się ciężki i bardzo szczęśliwy, że prostota może w takim przypadku zwyciężyć a dodatek może znaczyć niemal tyle co główne danie. Ze swojej strony jak najbardziej polecam i liczę, że serowe kąski pojawią się w ofercie sieci Burger King w Polsce.

Krispy Kreme

Zacznę od Teorii Kloca – teorii mówiącej o tym, że tanie pączki (te, które w Tłusty Czwartek kosztowały swego czasu 0.30zł) produkowane są z wielkiego kloca ciasta, który do Polski przyjeżdża z zachodu – prawdopodobnie z kraju wielkiego zła czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Od czasu gdy mój towarzysz spożywania opowiedział mi tę historię, którą kilka dni wcześniej usłyszał, oglądając film dokumentalny o tym procederze, pączki o syntetycznym posmaku, najczęściej spotykane w marketach (posypane mieszaniną mąki i cukru pudru w stosunku 4:1) nazywam Pączkami z Kloca. Lubię zarówno pączki tradycyjne jak i te z kloca – w Tłuste Czwartki spożywam ich od ośmiu w górę, ale to co spotkało mnie w UK (pasaż pod największym Tesco w Europie – Slough) nie może być porównywalne do żadnego pączka z Polski.
VLUU L200  / Samsung L200Krispy Kreme działa w ponad dwudziestu krajach, oferując głównie doughnuty i kawę (o takich rzeczach jak karty upominkowe, breloczki i inne słodko-urocze rzeczy nie będę wspominał). Cena kawy waha się od 1.50£ do ponad 3.00£ za wersję large wśród takich produktów jak latte czy inne arabici. Kawy nie próbowałem, bo i nie o niej ta ocena – tym razem skupię się na pączkach. Pełne doughnutowe menu marki Krispy Kreme znajdziecie tutaj. Osobiście próbowałem już większość produktów z tej oferty a skupię się na dwóch, z których jeden to mój ulubiony a drugi najbardziej pociągający mnie otoczką.

Chocolate Dreamcake – jak to mawiają w Ameryce. To ten, który wydaje mi się być najsmaczniejszym pączkiem w ofercie Krispy Kreme. Na oficjalnej stronie producenta opisany jest w ten sposób: Filled with gooey chocolate sauce, hand-dipped in chocolate icing and drizzled in white chocolate. Czyli wypełniony mazistym czekoladowym sosem, ręcznie maczany w czekoladowym lukrze i przyozdobiony białą czekoladą. Może mazisty brzmi dużo mniej dobrze niż słówko goey w języku angielskim, ale powiem szczerze, że przejąłem się tym jak zaproszeniem na tysięczny odcinek serialu M jak Miłość emitowanego na TVP2. Zacznijmy od tego co na wierzchu – posypka wykonana z czegoś na kształt Flake99 od Cadbury – bardzo lubię tego typu płatki czekolady połączone w jedność i braterstwo. Interesująca faktura sprawia, że przyjemnie się je spożywa a sama czekolada też jest bardzo dobrej jakości. Paski polewy smakują jak połączenie białej czekolady i lukru – niezbyt zdecydowany smak białej czekolady przeplatany jest cukrowymi wstawkami. Lukier czekoladowy to cienka jak plastry szynki parmeńskiej polewa, która pojawia się na pączku po tym jak pracownicy zanurzą go w kadzi z tymże lukrem. Smakiem bardziej przypomina czekoladę niż lukier – delikatna warstwa raczej nie wnosi zbyt wiele do smaku całości, ale za to pozostawia przyjemne jak pierwsze wiosenne dni ślady na ustach, które na samym końcu spożywania pozostają uroczym wspomnieniem doughnuta. Ciasto to bardzo smaczne, gryzmułowate i delikatnie syntetyczne połączenie tradycji i wspomnianego wyżej kloca. Odpowiednio napowietrzone i formą przypominające dwa złożone ze sobą wierzchem talerze. Tak krokiem godnym Roberta Korzeniowskiego przeszliśmy do najważniejszego: nadzienia. Mógłbym się nad nim rozpływać bardzo, bardzo długo. I to dosłownie – znakomita konsystencja – lekko mazista – nie jest to jednak roztopiona czekolada ani nadzienie z rogalików 7Days – ma strukturę gęstszego niż standardowy likieru Babci Janinki. Smak i to co czujemy w ustach przebija ogromną większość słodyczy, które do tej pory spożywałem – subtelny likierowy posmak jest finiszem dla aksamitnej, mleczno-ciemnej czekolady, która jest tak intensywna jak światło z halogenowej lampy. Jest jeszcze jedna rzecz, której nie może dorównać żaden inny słodycz – gdy wgryzamy się w ciasto od strony nadzienia, wstrzykiwanego tylko z pojedynczego kierunku, ono dosłownie eksploduje nam w ustach. Należy wtedy uważać by się nie ubrudzić, a z drugiej strony oblepia ono całą jamę ustną dając uczucie głębokiej przyjemności i uwalniając mnóstwo endorfin.
VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Millionare Shortbread to doughnut, którego otoczka spodobała mi się najbardziej. W założeniu ma oddawać smak pewnego ciasteczka. Caramel Shortbread czy też właśnie Millionare Shortbread to mocno wzbogacona (będąc milionerem możesz sobie pozwolić nawet na więcej) wersja zwykłego shortbreada, o którym niektórzy mówią jako największym sukcesie szkockie piekarnictwa. Shortbread to rodzaj ciasta, pieczywa, które z pozoru przypomina nasze ciasto kruche – jest jednak produkowane z użyciem większej ilości tłuszczu co sprawia, że są jeszcze bardziej kruche niż znane nam ciasto kruche – jakieś pleonazmy mi tu dziś wychodzą. Ciastko owe posiada podkład shortbreadowy, delikatny karmel na nim i polewę czekoladową – o wariacjach tak różnych jak covery Should I Stay or Should I Go The Clash nie mam zamiaru wspominać. Z masowych produkcji ciastko to najbardziej przypomina mi baton Twix firmy Mars – lewy albo prawy – nie jestem do końca pewien, który to był.
Odwzorowanie w formie pączka tak zestawionego ciastka z pozoru wydaje się być tak łatwe jak nauka całkowania w wieku jedenastu lat. Czy Krispy Kreme wyszło z tego zadania obronną ręką?
Na to pytanie odpowiem za chwilkę gdy tylko wymienię skład pączka podpierając się wiedzą, którą daje mi strona internetowa Krispy Kreme: A rich caramel and chocolate filled doughnut, hand-dipped in chocolate icing and topped with shortbread crumbs and a gold dusting. Bogate wnętrze naszego bohatera załatwia sprawę odwzorowania drugiego poziomu ciastka i polewy a właściwie, już mówiąc o polewie to odzwierciedlenie jest zdublowane jak bracia Mroczkowie byliby uczestnicząc w ambitniejszych produkcjach. Podwaja je polewa na pączku, która udekorowana jest okruszkami shortbreada i prawdziwie milionerską posypką a właściwie kropeczkami jak ze złotego atramentu. W mojej opinii ekipa Krispy Kreme z zadania przeniesienia smaku i ducha ciastka na bazę doughnutową wywiązała się znakomicie.

VLUU L200  / Samsung L200Przechodząc do samego smaku pączka: ciasto standardowe dla tej amerykańskiej sieci – tak jak pisałem wyżej – syntetyk i tradycja z przewagą tego pierwszego, całość posiada dosyć ładną, pączkową obwódkę powstającą podczas smażenia. Mocno brązowy lukier czekoladowy to również ten sam smak opisany przeze mnie wyżej, uważny Czytelniku. Złote kropeczki, które wydają się być najbardziej milionerskie z ogółu, smakują po prostu słodko – zapewne jest to mieszanina cukru, płynu i pigmentu. Swoje trzy miliony dokładają za to do wyglądu. Udekorowanie całości to typowy shortbread podzielony na małe cząsteczki – niestety, tę swoistą kruszonkę niełatwo spożyć wraz z pączkiem gdyż jest tak stabilna jak obecna sytuacja w Egipcie a podczas spożywania spada jak poparcie dla PO. Po raz kolejny najważniejszą sprawą, nadającą tyle charakteru i oblicza co pomnik czterech prezydentów wykuty na zboczu góry Rushmore jest nadzienie. Po raz kolejny mamy do czynienia z likierową mazią choć tym razem w dwóch kolorach – ciemna i półprzezroczysta o karmelowym kolorze to oczywiście toffi a ciemnobrązowa niemal jak sos sojowy to czekolada. Obie o znakomitej konsystencji, podobnie eksplodujące w ustach, wywołując fale niepohamowanej radości. Czekolada trzyma poziom znany nam z pozycji czekoladowo-czekoladowej, którą opisałem wyżej. Powiedziałbym, że toffi trzyma ten poziom jak pewna wieża w Pizie – przy pierwszym kontakcie czujemy jedynie tę likierowo-gęstą strukturę, idąc dalej słabo zaznaczoną, nieokreśloną słodycz a dopiero na finiszu delikatny posmak karmelowy, toffi raczej w nim mało.
VLUU L200  / Samsung L200

Ogółem pączki biorąc Chocolate Dreamcake to pozycja obowiązkowa dla fanów samej czekolady jak i pączków – nadzienie, a wręcz sos, którym doughnut jest wypełniony to coś za czym będziecie tęsknili jak za wakacyjnym czasem. Millionare Shortbread to interesująca pozycja, ale tutaj wybór pozostawię już Wam – za 4.25£ możecie wybrać dowolne trzy pączki, za 8.95£ dostaniecie dwanaście klasycznych doughnutów z dziurką i glazurką, za 10.95£ możecie wybrać dwanaście dowolnych pączków, ewentualnie za 9.95£ dokonać wyboru standardowego zestawu dwunastu pączków. Cena jednorazowych pączków, bez kompanów w paczce zwanej dozen lokuje się na poziomie 1.50-2.00£. To tyle co do dokonywania wyborów, dodam jedynie, że spośród szesnastu wersji na pewno każdy wybierze coś dla siebie – polecam.

Nie wszystko cudowne co certyfikowane.

Tytuł mówi sam za siebie – dziś rozprawię się z Angusem czyli wołowiną certyfikowaną, pochodzącą z rasy bydła Aberdeen Angus. Co do samej historii tej wołowiny i innych szczegółów odsyłam do Wikipedii – ja niczego więcej nie objawię, może jedynie tyle, że te krówki można czasem tu, w UK zobaczyć na własne oczy (nie, nie mówię o cukierkach).
Osobiście zajmę się jedynie oceną burgera w którym znajduje się patty sporządzone ze 100% (jak firma z tekstyliami) certyfikowanej wołowiny Angus.

Zaczynając muszę wspomnieć o dwóch kwestiach (wątpliwości dotyczą mojej wizyty w punkcie Burger King w Slough). Pierwsza z nich to bułki w ofercie Angus Collection: otrzymana bułka i ta z materiałów marketingowych różniły się jak muzyka zespołu PIN i Nightwish – pierwsza słodkawa, miękka, pospolita i zapychająca a druga pełna, konkretna i zapadająca w pamięć.
Kwestia druga to obsługa: młoda (stawiam, że młodsza ode mnie) dziewczyna w burce (nie mam uprzedzeń, ale cholernie mnie to raziło) zapewniała mnie, że zamówiony przez mnie Angus XT (czyli wersja z grubszym patty) Smoked Bacon&Cheddar to ten za którego policzyła 6.49£ zamiast 7.09£ w zestawie Super. Kolejno jej sporo starszy kolega poinformował mnie, że wersji XT już nie ma… Idąc dalej po otwarciu pudełka zawód porównywalny z tym na portalu Onet.pl po przegranym przez Polską Borussię finale tegorocznej LM – bułka okazała się sezamowo-maślana a nie pszenno-słona.
Tak czy inaczej chodziło mi tu przecież o mięso a nie o całą kompozycję. Lekko skonsternowany niewiedzą pracowników przeszedłem do stolika i konkretów.

Co ujrzałem? Czarne pudełko, co interesujące dwustronne jak skafandry dla dzieci z lat 90′ – z jednej strony mamy pudełko na Angusa a obracając je spodem do wierzchu mamy pudełko kryjące kanapkę Chicken Tendercrisp. Nie, to nie działa tak, że jedynie obrócenie pudełka zmieni zawartość – to nie historia rodem z Harry’ego Pottera. Obrócenie pudełka z burgerem w środku może jedynie narobić bałaganu. Interesujący zabieg, zapewne obniżający koszty – według mnie znakomite posunięcie Burger Kinga. Pudełkiem interesujemy się jedynie przez chwilę w trakcie spożywania, więc nie sądzę by komuś ten dualizm przeszkadzał a dla osób kolekcjonujących takie pudełka to wręcz gratka.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200W środku kanapka, która zawiera: bułkę maślano-sezamową, majonez, pomidora, sałatę, ser, bekon i oczywiście burgera z certyfikowanej wołowiny Angus.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200Kolejno: o tego typu bułkach z sieci Burger King pisałem już więcej rozprawek niż przez cały okres edukacji na lekcjach języka polskiego. Majonez – król mdłości, który łechta podniebienie aż do wymiotów – nigdy za nim nie przepadałem i nadal uważam, że zamiast niego powinno się do burgerów wrzucać sosy i to zrobiłoby im dobrze jak wypicie gorącej herbaty po niespodziewanych wymiotach. Pomidor i sałata – zazwyczaj przeze mnie karcone jak nieposłuszne psy w dawnych czasach tym razem wyciągane niemal na piedestał: mimo, że nie najważniejsze tu bardzo smaczne i już nie takie płaskie w smaku jak zazwyczaj. Pomidor nad wyraz pomidorowy i z wyraźnie zbitym miąższem, dzięki czemu nie rozlewa się gdy tylko spróbujemy go ukąsić. Sałata miejscami wyjątkowo zielona, bardzo chrupiąca o zadziwiająco świeżym i warzywnym smaku. Mature Cheddar jak opisują go na przejrzystych jak powietrze w mglisty poranek stronach internetowych sieci Burger King jest tak dojrzały jak decyzje Joanny Muchy czy zachowania Jolanty Rutowicz. Zwykły, topiony ser o niezbyt wyraźnym aczkolwiek przyjemnym smaku, nie do końca roztopiony i ciągnący się tak długo jak trzyodcinkowe miniseriale. Jako przedostatni wezmę na warsztat boczek, który miał być smoked a tak naprawdę jest niewyraźny i smutny. Moją radością było jedynie to, że nie był przesadnie słony. Z drugiej strony nieprzesadnie chrupiący i niezbyt dobrze wysmażony – to przymioty które cieszą jak informacje o narodzinach królewskiego dziecięcia (choć może przesadziłem, bo bekon interesował mnie bardziej).VLUU L200  / Samsung L200

Takim sposobem jak mawiał Pascal Brodnicki a do tego żwawo przeszliśmy do bohatera dzisiejszej oceny czyli patty sporządzonego z certyfikowanej przez Aberdeen-Angus Cattle Society wołowiny pochodzącej z rasy Aberdeen Angus.
Zacząć należy od wyglądu – średnio-mocno zmielona wołowina jest uformowana w dużo bardziej cienki burger niż te standardowe znane z produktów sieci Burger King. Nieco bardziej zwęglony, choć to zależy z której strony na niego patrzeć, posiadający dziwne wypryski ściętego białka, przypominające przyssawki ośmiornicy. Przygotowany raczej standardowo z tego co widzę.
Przyprawiony jedynie solą burger przy pierwszym kęsie wydaje się być w porządku, ale dalej atakuje nas takimi sucharami jak niektórzy koledzy z gimnazjum. Soczystości nie dostrzegłem nawet z odległości kilku milimetrów.
Rzeczywiście, burger jest nad wyraz mięsny, ale czyż nie tak samo mięsne są burgery z McDonald’s czy te standardowe z Burger Kinga?
Te z McDonald’s, mimo, że nieco łykowate, lubię za ich soczystość i niezagubienie smaku mięsa, te z Burger Kinga za konkrety i ich indywidualny posmak – Angus przy nich wydaje się być po prostu ich cieńszą, mniej soczystą i bardziej zwykłą wersją.
Sama świadomość pożywiania się certyfikowanym mięsem nie działa na mnie aż tak mocno by wrócić po kolejne burgery z Angusem – w ten sposób zaoszczędzę pieniążki na prawdziwe konkrety w stylu XL Bacon Double Cheeseburger, który pożywi mnie ponad 1000kcal.

Podsumowując: cała kanapka, która dostarcza 682kcal jest tak standardowo-klasyczna, że analiza jej zestawienia wiązałaby się z moim cofnięciem do epoki przed pierwszą wizytą w McDonald’s by się nad tym rozpisywać. Sama kwestia wołowiny jest jasna jak cera Anne Hathaway – świetny zabieg marketingowy Burger Kinga, szczególnie tu, niemal w ojczyźnie Angusa – niestety nie przekładający się na smak.
Od teraz dwa razy zastanowię się nim będę musiał przyznać, że jakość idzie w parze ze smakiem a wspólny wykres tych dwóch wartości jest zawsze liniowy rosnący.

Steakhouse Double

W Polsce jeszcze jakiś czas temu w sieci Burger King był dostępny Steakhouse. Aktualnie zniknął, podobnie jak informacje o próbach nuklearnych Korei Północnej. Będąc w UK, w nieco dziwnych okolicznościach dotyczących bułek zamówiłem za 6.49£ Angus Smoked Bacon&Cheddar w zestawie super (0.75l napój i duże frytki – dodatkowe 0.60£) a obie towarzyszki spożywania mogły raczyć się Double Steakhouse w zestawach regular (0.4l napój i małe frytki, które wcale nie są takie małe) za 6.79£. Dzięki temu, że żołądek jednej z nich napełnił się tuż po tym jak spożyłem swojego burgera miałem możliwość skorzystania z dokładki w postaci połowy Steakhouse Double (nie, to nie znaczy, że zjadłem pojedynczego).

Ostatnio jeżeli myślę o Burger Kingu to widzę w ich ofercie coraz więcej klasyki – zazwyczaj sezamowe bułki, konkretne burgery, wszędobylski majonez, który przyprawia mnie o taką radość jak brak papieru toaletowego w łazience, pomidor, sałata…
Steakhouse niewiele odbiega od tych standardów: choć na grafikach widzimy nieco powiększoną wersję bułki znanej z Chikkera oferowanego przez McDonald’s to w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street otrzymałem zwykłą, sezamową, znaną z Big Kinga bułkę. Idąc dalej dwa wołowe burgery (tutaj można rzec, że są zwykłe – to nie certyfikowany Angus), bekon, cokolwiek to znaczy strona internetowa podaje, że znajduje się w nim amerykański ser, chrupiącą cebula, świeża sałata i pomidory a za utrzymanie odpowiedniej wilgotności nie są odpowiedzialne nawilżacze powietrza a dwa sosy w postaci majonezu i western BBQ. W sumie jest on podobnie zestawiony do mojej ulubionej wariacji na temat Big Kinga XXL gdzie dokładam dwa patty, prażoną cebulę i sos BBQ zastępujący King sauce. Jedyna różnica to pikle, które walczą o swoje miejsce z pomidorami – na początku ten drugi dodatek wydawał mi się bez szans jak Adamek przed walką z Kliczko, ale potem… Oczywiście o tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Zacznę od dodatków: Pepsi znakomicie chłodna, odpowiednia ilość lodu w sporych kostkach, nie zaburzających delektowania się napojem i nie uwalniających takich ilości wody, że napój po chwili traci swój smak. Kubek przywodzący na myśl fale Pepsi, które mógł narysować nawet Salvador Dali wygląda świetnie i okazale, choć takie już w naszym kraju widywałem. Pewnie jakieś anty-tłuszczowe rozporządzenia Izby Gmin czy Izby Lordów sprawiły, że otrzymując 750ml napoju nie możemy liczyć na choćby kroplę więcej – na szczęście w Polsce wygląda to inaczej. Sam smak napoju odpowiada mi bardziej niż Coca-Cola z 2l butelki, którą na każdym kroku można kupić tu za 1.00£ – wyrazisty i dzięki odpowiedniej temperaturze złudnie pozbawiony zbytniej słodyczy. VLUU L200  / Samsung L200Frytki: lekko żółte, grubsze i nieco dłuższe niż w Polsce. Nie mam pojęcia jakich odmian ziemniaka sieć Burger King używa do ich produkcji tutaj, ale są rewelacyjne – zwarte, konkretne a jednocześnie puszyste, chrupiące i zawierające mniej tłuszczu niż bohaterki Łabędziem Być po poddaniu ich zabiegowi liposukcji. Dużo smaczniejsze niż te oferowane w naszym kraju i choć to inna półka frytek to dla mojego podniebienia mogą spokojnie konkurować z tymi oferowanymi w McDonald’s.

Nareszcie przyszedł czas na ujawnienie kto naprawdę rządzi Światem… A nie, to nie ten tekst.
Nareszcie przyszedł czas na analizę naszego głównego bohatera czyli standardowego tutaj, nie wykorzystującego żadnego Have It Your Way! Steakhouse Double.
Typowa dla sieci Burger King, lekko tostowana bułka udekorowana ziarnami sezamu, które zdecydowanie dodają jej uroku i delikatnego aromatu po podgrzaniu – miękka jak nogi po pielgrzymce do Częstochowy, zapychająca, aromatyczna i smaczna. W rzeczy samej to tylko pieczywo, ale do burgerów pasuje idealnie.
Kolejno zatrzymam się na sekcji warzywnej, która w tym burgerze jest tak klasyczna jak muzyka Mozarta – chrupiąca, bardzo świeża i zielona sałata. Po raz kolejny jestem zmuszony użyć słowa chrupiąca by opisać cebulę, której jednak małe ilości sprawiają, że jej delikatny jak na białą odmianę smak jest niemal niewyczuwalny w całym burgerze.
Sprawa pomidora nie jest już tak prosta jak zwykle. Nareszcie sprawił to co powinien – dodał powiewu świeżości, pomidorowego smaku i utrzymał wilgotność na zadowalającym a nie zbyt wysokim poziomie. Gdybym miał pewność a nie jedynie szanse jak w Lotto, że za każdym razem będzie taki jak w tej kanapce to stawiałbym go ponad pikle.
Burgery to standardowe mielone mięso wołowe o którym napisałem już tyle co Henryk Sienkiewicz o Faraonie, więc dodam jedynie, że jeżeli chodzi o sieciówkowe patty to to smakuje mi najbardziej (już nie wspominając, że jest go tu dwa razy więcej).
Finiszem tak znakomitym jak te z peletonu w Tour de France powinien zająć się prawdziwy amerykański team w postaci bekonu (pol. boczku), prażonej cebulki i sosu BBQ.VLUU L200  / Samsung L200Mało nie zapomniałbym o amerykańskim serze, który jest tak amerykański jak Helena Vondrackova – to standardowy ser topiony typu Hochland, którego w swoim zespole wymienione wyżej składniki nie chcą, bo jest zbyt europejski. Za to w całą kanapkę wkomponowuje się tak dobrze jak zwykle.
Wspomniany wyżej amerykański team zdecydowanie zyskuje dzięki dwóm graczom: sos BBQ Western współgra idealnie z prażona cebulką jak Scottie Pippen z Michaelem Jordanem. W tym teamie kuleje nieco bekon, któremu ktoś zapewnił zbyt mało czasu w ciepłych klimatach – słabo wysmażony, praktycznie niesłony i płaski w smaku – z dwóch opcji gdzie miałby przyćmiewać lub nie przeszkadzać innym składnikom wybieram tę drugą i właśnie w ten sposób bekon się tu zachowuje. Nie przeszkadza znakomicie chrupiącej i wyrazistej prażonej cebulce, której jest niestety zbyt dużo. Nie robi też przeszkód sosowi BBQ, który nadaje całej kanapce amerykańskiego, prawdziwie burgerowego klimatu – jego ilość jest na tyle odpowiednia by sprawić, że kanapka staje się jeszcze smaczniejsza, ale nie na tyle by przebijać smakiem całą kompozycje co czasem udawało się prażonej cebuli.
Na sam koniec pozostawiłem tego, który przydaje się tu jak gwiazdy w polityce – niezauważalny w całej kompozycji dopóki nie przychodzi czas na oficjalne prezentacje gdzie można go wymienić jako teoretycznie znaczący coś dodatek. Majonez, bo o nim mowa, występuje tu w ilościach, które dodane do całej miski sałatki pokryłyby dwa liście sałaty i jeden groszek – ma taka siłę przebicia jaką aktualnie dysponuje partia Janusza Palikota i choć tam jest, to tak jakby go nie było, więc odpuszczę mu.

Kończąc te dywagacje na temat pojedynczych składników czas podsumować całą kanapkę. Tylko co ja mogę tu napisać? Początkowo może się wydawać, że składników jest zbyt wiele, ale idąc dalej to prawdziwie podwójna klasyczna kompozycja, której również klasycznej odmienności nadają prażona cebulka i sos BBQ – dodałbym bardziej wyrazisty boczek, usunął majonez, ale do innych składników nie jestem w stanie się przyczepić.
Znakomicie zestawione, świeże i smaczne 947kcal, których spożywanie może spowodować tylko uśmiech (ewentualnie u niektórych zajady).
Ze swojej strony polecam – nawet zestawiając go z Have It Your Way! w Polsce powinniście być zadowoleni.

Tropical Mango Smoothie

Jeżeli chodzi o sieć Burger King to inaczej niż w KFC oferta Polska-UK pokrywa się przynajmniej w 40%. Klasyk nad klasyki czyli Whopper, Steakhouse w wielu wariacjach, Big King (w niektórych restauracjach dostępna opcja XL), kilka ileś-tam-funciaków z serem, mniejsze czy większe kanapki z kurczakiem (na przykład Chicken Royale czyli bliźniak dobrze mi znanego Long Chicken). Podobne desery lodowe, Sundae, Frappe i coś z czego skorzystałem ja, ale o tym za chwilkę.
Jeżeli chodzi o ofertę wołową to spożyłem Angus Smoked Bacon & Cheddar, a przy okazji jedna z towarzyszek spożywania umożliwiła mi spożycie połowy Stekhouse’a w wersji Double.
Tym razem jednak zajmę się czymś ze strefy słodyczy, a raczej tym co ma nas ochłodzić w letnie dni (a tych ostatnio tu nie brakuje – w sumie podobnie jak wszędzie na naszej półkuli). Właściwie mówię o Smoothie – oferowane tu dwa smaki to te same dostępne w Polsce od 7.50zł (Banan-Truskawka oraz Mango) a tutaj mały za 1.89£ a duży za 2.19£ – różnica więc tak duża jak ta w scenariuszu dwóch kolejnych odcinków serialu Barwy Szczęścia. Może dlatego zdecydowałem się na wersję większą, która dostarcza nieco ponad 300kcal. Co zabawne – aktualnie w McDonald’s w UK dostępne są również Smoothies o smaku Mango&Pineapple i Strawberry&Banana – jak wiadomo te dwie sieci konkurują nie tylko na polu burgerów a ja nie mam zamiaru rozstrzygać kto w smoothiesowej bitwie był pierwszy a tym bardziej kto zwyciężył.

Wracając do bohatera mojej oceny: smoothie to głównie lód (więc woda), sok owocowy i jogurt – w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street jest to realizowane tak, że do stacjonarnego blendera wlewana jest odpowiednia ilość żółtawego płynu (który w mojej opinii jest czymś na kształt skoncentrowanego substytutu jogurtu i soku owocowego) oraz wrzucany jest cały kubek lodu. Kolejno wszystkie składniki są mieszane oraz kruszone na naszych oczach i już po chwili przed nami stoi kubek żółto-pomarańczowego płynu z zaokrąglaną przykrywką, która na środku posiada otwór na grubą, przezroczystą rurkę, którą otrzymujemy w zestawie.

Pierwsze pociągnięcie ze słomki i już przypomina mi się obrazek reklamujący Tropical Mango Smoothie z oficjalnej, amerykańskiej strony Burger King gdzie oprócz cząstek mango spostrzegłem fragmenty ananasa (wtedy zrodziła się teoria, że Burger King i McDonald’s mogą nam podawać to samo, ale to sprawdzę spożywając jeszcze smoothie w McDonald’s) – zdecydowanie wyczuwalna nuta ananasa, którą po chwili przykrywa delikatnie mdłe i słodkie ale nad wyraz znakomite i wyraziste mango. Pociągając dalej ze słomki nie wyczujemy już zbyt wiele ananasa. Jak na mango smak jest bardzo intensywny i dużo bardziej zdecydowany – w porównaniu do owocu wyeliminowano niezdecydowaną, mydlaną nutę i dodano dużo więcej świeżości, soczystości i w rzeczy samej to mango jest dużo bardziej owocowe.
Gładkość struktury jest porażająca, nie brakuje mi tu ani trochę mleczności, jakichkolwiek grudek czy chrupek – wystarczy ten idealnie przemielony lód z sokiem. Słówko smooth, które niestety nie posiada gastronomicznego odpowiednika w polskim języku znakomicie oddaje to z czym mamy do czynienia.VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując Tropical Mango Smoothie a w Polsce po prostu Mango Smoothie to produkt warty wydanych na niego pieniędzy – nie orzeźwia co prawda jak wytrawne napoje bezalkoholowe, ale potrafi skutecznie nas ochłodzić i zapewnić dawkę solidnych, soczystych, wyrazistych owocowych doświadczeń.

Nie spodziewajcie się rozcieńczonego soku – nastawcie się na coś o konkretnym smaku a jedyne co w nim złego to możliwy ból zębów wywołany chłodem.

Frytki w Maku są z ziemniaków.

W dniach 10-11. czerwca brałem udział w organizowanej przez McDonald’s wycieczce, która-miała na celu ujawnić skąd w McDonald’s biorą się frytki i czemu są takie pyszne.

W wycieczce brały udział dwie sprawne organizatorki czyli Aga i Karolina z agencji 24/7Digital, które zajmują się obsługą fanpage’a McDonald’s, autorka bloga MAFFASHION, dwóch konkretnych pracowników McDonald’s gotowych odpowiedzieć na wszelkie wątpliwości: Marcin Zachwyc – Quality Assurance Supervisor oraz Dominik Szulowski – Public Relations Manager, kolejno znakomity Żorż ze Street Food Polska, Michał Gąsior znany jako BLOGosławiony, dziennikarz z HotMoney.pl Andrzej Mandel i ja.

Ogółem rzecz biorąc wycieczka polegała na zaobserwowaniu drogi ziemniaka od pola i piwnicy przez fabrykę do samego punktu McDonad’s i łapek klienta.
Pierwsze dwie części przez większe i mniejsze błędy okazały się jedynie teoretyczne, za to fabryka, zaplecze i kuchnia McDonald’s zostały pokazane praktycznie z każdej strony.

Długo zastanawiałem się jak rozpisać ten artykuł, o co zahaczyć by pokazać to co najważniejsze i wtedy zastanowiłem się: co właściwie jest ważne dla potencjalnych niedowiarków?
Pewnie chcą mieć pewność, że frytki są z ziemniaków, a nie z jakiejś masy, mączki, czegokolwiek.

Zacznijmy od samej fabryki, zlokalizowanej w Lęborku bardzo blisko polskiego morza (Bałtyku).Frytki (1) Hodowla ziemniaka dla McDonald’s nie jest taka łatwa jak mogłoby się wydawać – należy spełnić szereg norm, założeń a bez tego ani rusz – co jakiś czas w ziemniakach badana jest zawartość pierwiastków, więc to nie jest tak, że amerykański gigant współpracuje z losowymi dostawcami i nie wie nic o ziemniakach z których powstają ich frytki. Ziemniaki w okresie przechowywania leżakują sobie w przygotowanych specjalnie dla nich ogromnych piwnicach gdzie regulowana jest temperatura i wilgotność tak by ziemniaki były cały czas gotowe na pójście do fabryki.Frytki (2)Innovator i Russet Burbank to dwie odmiany ziemniaków wykorzystywane do produkcji frytek dla McDonald’s przez FFP (Farm Frites Poland) – posiadają wystarczająco długie, duże bulwy i odpowiednią ilość skrobi – pierwsze by frytki mogły być długie, a drugie by były tak chrupiące i prawdziwie ziemniaczane jak tylko w McDonald’s.

Odnośnie samej fabryki: Farm Frites Poland produkuje frytki nie tylko dla McDonald’s, ale każdy klient ma swoje indywidualne wymagania. Tak też jest z amerykańską siecią, która należy do najbardziej wymagających odbiorców zakładu w Lęborku.Frytki (3)Dlatego tuż po przyjęciu kilkudziesięciu ton ziemniaków z ciężarówki (zakład przerabia do 600ton ziemniaków na dobę), odbierany jest tak zwany sampel losowych bulw o łącznej wadze około 50kg – ci swoiści reprezentanci całej dostawy muszą pokazać się z jak najlepszej strony w laboratorium gdzie sprawdzana jest:
– wielkość ziemniaka
– zawartość wody w ziemniaku
– ilość wad w ziemniakach po wstępnym obraniu
– ilość kamieni w samplu
– zapach ziemniaka
– temperatura ziemniaka
– barwa ziemniaka po usmażeniuFrytki (4)

Frytki (5)Reszta ziemniaków z danej partii, które ominął zaszczyt godnego reprezentowania swej dostawy przez detektor metali zostaje systemem transportowo-sitowym przetransportowywana i rozdzielana na frakcje o odpowiedniej wielkości, które trafiają na ogromne stosy. Kolejno z całych partii w czymś na kształt wodnej betoniarki odseparowywane są kamienie, które mogły zawieruszyć się między ziemniakami podczas wykopków. Dalej ziemniaki pędzą by się umyć a potem do jednego z najważniejszych momentów w trakcie produkcji – obierania.Frytki (6)Każdy ziemniak wpada do wielkiego kotła gdzie poddawany jest działaniu ciśnienia 20bar, następnie ciśnienie jest redukowane do atmosferycznego w bardzo szybkim tempie i skórka dosłownie odrywa się od ziemniaka. Reszta, która mogła ewentualnie pozostać, zostaje ściągnięta za pomocą czegoś na kształt szczotek i ziemniak, po raz kolejny umyty tym razem już goły wędruje dalej.Frytki (7)A dalej czeka je to na co wszyscy czekali, ale po kolei.Frytki (8)Frytki (9)Systemem ślimaków transportowane są i dzielone na frakcje odpowiadające wielkości ziemniaków, następnie pędzą po lejach, które kierują je prosto do noży wodnych. Nazwa ta odnosi się jedynie do systemu transportowania, który wykorzystując wodę rozpędza ziemniaki do 60km/h, więc nie sądź, drogi Czytelniku, że ktoś tu przecina ziemniaki strumieniem wodnym. Jeszcze przed samą operacją cięcia ziemniak, po tym jak wpadnie do kanału wodnego, jest ustawiany tak by frytki były jak najdłuższe.Frytki (10) Chwilkę później następuje ten moment, który zaprzeczy krążącym ulicznym legendom, mówiącym o frytkach z proszku, z masy ziemniaczanej, z odwodnionych ziemniaków, z syntetycznych kartofli zza zachodniej granicy (a może i zza wschodniej?) – kanałem do noży wpadają ziemniaki a z drugiej strony wylatują frytki, które po chwili łączą się w całe ich morze, które wygląda naprawdę imponująco.Frytki (11)Z tego morza frytek za pomocą systemu kamer, obserwujących frytki pod kątem wad (na przykład zaczernień) i systemu pneumatycznego odrzucane są frytki z wadami, których (zależnie od zamówienia i przyjętych standardów) bywają różne ilości.Frytki (12)Nie mogę ręczyć, że to co widzieliśmy nie było jednorazowym pokazem jedynie na potrzeby propagandy, że pod osłoną noży wodnych nie kryje się machina do zamiany proszku na frytki, ale dla mnie te dwie wersje wyżej są pewne jak to, że Bronisław Komorowski od jutra zacznie miotać oszczepem.
Po tym jak już objawiłem Wam to co widziałem, w co głęboko wierzę i że tym mogłem przekonać choć jakąś część niedowiarków powiem Wam co dalej dzieje się z ziemniakami, które są już frytkami: idą do kąpieli cukrowej, zależnie od posiadanej ilości glukozy przebywają tam dłużej lub krócej, kolejno są blanszowane w gorącej wodzie, lekko podsmażane na tłuszczu i szybko zamrażane (różnica temperatur w bardzo krótkim odstępie czasowym wynosi ponad 100°C), dalej już tylko transport, pakowanie i transport do McDonald’s gdzie te kawałki ziemniaka o przekroju 7.5×7.5mm zostają wrzucone na głęboki tłuszcz i po chwili podane do naszych łapek.Frytki (13)
Frytki (14)Frytki (15)Można też wspomnieć, że w zakładzie FFP laboratorium wyposażone jest w dokładnie takie frytkownice jak punkty McDonald’s, urządzenia do sprawdzania wilgotności, koloru frytek, wzorniki, które obrazują odpowiednie rodzaje wnętrza frytki po jej przełamaniu i kilka innych przedmiotów, których moglibyśmy się spodziewać jak tego, że od jutra Bronisław Komorowski zacznie miotać oszczepem (ojej, znowu?).Frytki (16)
Frytki (17)Dodatkowo z ciekawostek pokazano nam linię produkcji placków ziemniaczanych i urządzenie do wytwarzanie karbowanych frytek.

To była bardzo pouczająca i interesująca lekcja z produkcji pożywienia. Co prawda nie pierwsza moja taka gdyż zdarzyło mi się już pracować w podobnych zakładach, ale w ciągu kilku godzin poznać całą drogę ziemniaka do frytki to imponujące.
Dodałem kilka zdjęć, ale gdyby ktoś życzył sobie ich więcej to chętnie wkleję jeszcze te Was interesujące.
Powiem jeszcze coś w tajemnicy: od tamtej pory frytki w McDonald’s smakują mi jeszcze bardziej.