Serowy Kąsek i Klasyka bez Dodatków.

Bywa tak, że dodatki przyćmiewają dania główne – tak na przykład zdarza się w programie Kuby Wojewódzkiego gdzie często to on jest bardziej błyszczącą gwiazdką niż jego goście, choć z pozoru wydawałoby się, że powinno być inaczej.
Bywa też tak, że smak dodatków oceniamy jako równie pociągający i zajmujący co smak dania głównego – to tak jak w przypadku, który mam zamiar dziś opisać.

Pewnego popołudnia wybrałem się z towarzyszką spożywania na mały spacer połączony z obiadem w punkcie sieci Burger King na High Street w Slough. Naszą ofiarą padła kanapka dnia (1.99£), ale czymże byłaby ta kanapka gdybyśmy nie zamówili jej w wersji XL?
Tak też się stało i po chwili nie trwającej dłużej niż czas utrzymywania się PiS-u przy władzy XL Bacon Double Cheeseburger wylądował na naszym stole. Nie dość, że już w samej nazwie jest on podwójny to dołożyliśmy kolejną dwójkę w postaci dwóch kanapek. Jedna z nich z zestawem Super przeniosła w niemal bezprzewodowy sposób z mojego konta na konto amerykańskiej sieci 4.59£ a druga z zestawem pobrała w ten sam sposób 6.59£. Spojrzałem w dół i tuż pod dotykowym panelem przeznaczonym dla kasjera dostrzegłem cztery dodatki do wyboru, które zakupione do zestawu to wydatek jedynie 0.99£. Postanowiłem spróbować wyglądających najbardziej zachęcająco i na pewno niedostępnych w ofercie tej sieci w Polsce Chilli Cheese Bites.

XL Bacon Double Cheeseburger to klasyk nad klasykami okrojony z dodatków jak modelki pozujące do aktów i przyprawiony konkretną ilością kalorii w postaci bekonu. Całość była dla mnie jak niejedna para butów widzianych na wystawie: już przy pierwszej wizycie w tym lokalu chciałem go mieć – choćby na chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Analiza nie będzie zbyt długa, bo i nie powinna – prostota tej kanapki zachwyci fanów klasycznych burgerów a dodatkowo sprawi, że wegetarianie i dietetycy zaczną sobie rwać włosy z głowy. Oto jej skromny opis na stronie producenta: No, there hasn’t been an eclipse, that’s just our XL Bacon Double cheeseburger blocking out the sun. 100% flame grilled beef with melted cheese, topped with bacon. XL ent!
Mamy tu jedynie bułkę, dwie porcje Królewskiej wołowiny, dwa plastry sera i boczek. Znakomicie(!). Nawiasem mówiąc jestem pod wrażeniem suchego żartu towarzyszącego temu opisowi – na szczęście miałem ze sobą 700ml kubek w którym znajdowała się Coca-Cola z lodem i to mnie uratowało.
Właściwie wszystkie elementy z których składa się kanapka dawno lub mniej dawno temu spożywałem, więc teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać po całości, a jak to wyszło w praktyce? O tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Bułka to standard w tej sieci – miękkie, niekoniecznie suche pieczywo o delikatnie maślanym aromacie z nutą sezamu, którym posypane jest na wierzchu. Ser, który tym razem nie otrzymał nawet określenia Cheddar został roztopiony nie do końca, choć niemal w całości – jego smak to zdecydowana topiona baza z lekkim posmakiem sera. W mojej opinii od sera Cheddar marki Hochland różni się jak jednojajowe bliźnięta między sobą. Mięso to po raz kolejny konkretne, wystarczająco soczyste i swoją grubością mogące niesprawiedliwie konkurować z talerzem obiadowym patty, które dosyć łatwo wciąga mnie w świat niemal stuprocentowej wołowiny, broniącej się jedynie własnym smakiem. Z jednej strony jako sieciówkowej wołowinie brakuje jej objętości a z drugiej jako patty właśnie sieciówkowe jest wręcz wybitne, bo smaczne, soczyste i nieprzemielone na drobne. Ostatnim z aktorów tej wspaniałej uczty dla ciała i ducha to bekon do którego osobiście nie mam zastrzeżeń. Nie był on lotów tak wysokich jak najsłynniejszy lot balonem Felixa Baumgartnera, ale standardowo wysmażony, lekko tłuściutki, odpowiednio słony oraz niepozbawiony lekkiego dymnego aromatu to cechy, które powinny mu wystarczyć by być znakomitym dodatkiem do całości.
VLUU L200  / Samsung L200Jeżeli już mowa o całej kanapce to zestawienie mimo, że standardowe, mocno zaskakuje – brak warzyw działa na korzyść (na pewno nie dostawców) a brak sosów wpływa zaskakująco dobrze (na pewno nie na kieszeń podproducentów). Wręcz czuje się te 955kcal, które w naszym mózgu wywołują dwie reakcje żyjące ze sobą w pewnej sprzeczności: czy wykorzystać więc jamę ustna do mruczenia i wychwalania tego dzieła prostoty i grilla czy też w milczeniu zająć się spożywaniem i delektowaniem?
Wybrałem opcję drugą i nie żałuję: charakterystyczne choć nieco pozbawiony charakteru smak wołowiny z sieci Burger King świetnie współgra z delikatnie mdłą bułką i specyficznym choć oklepanym aromatem sera. W całości da się wyczuć niezbyt intensywną nutę bekonu, który przyjemnie uzupełnia całość, mimo, że nie odgrywa znaczącej roli. Całość smacznie kaloryczna, o odpowiedniej temperaturze i konsystencji – od czasu do czas a nawet częściej chętnie spożyję takiego klasyka bez dodatków.

Mówiąc o dodatkach słowem wspomnę o frytkach i napoju: te pierwsze są całkiem inne niż te sprzedawane w punktach sieci Burger King w Polsce – grubsze, bardziej ziemniaczane, o delikatniejszej, choć przyjemnie chrupiącej powłoczce. Drugi to podana w przykuwającym uwagę niemal tak efektywnie jak każdy muscle car na polskich ulicach, naprawdę sporych rozmiarów kubku Coca-Cola, która jest odpowiednio schłodzona, z pokrytą kwasem fosforowym słodyczą i odpowiednią ilością lodu, który wesoło szumi i trzeszczy przy poruszaniu pojemnikiem.
Tym może nieco rwanym jak ból w udzie krokiem przechodzę do sedna. Dodatku, który wspominam równie smacznie co samo danie główne.VLUU L200  / Samsung L200Chilli Cheese Bites na oficjalnej, brytyjskiej stronie internetowej sieci Burger King są opisane w ten sposób: There are two ways to make your cheese bites more exciting. One way, is to base jump while you eat them. The other safe, and tastier, way is to add chillies. Available in Regular and Large. Wersja Regular to cztery sztuki, które legitymują się wartością odżywczą 238kcal a Large to sześć serowych kąsków czyli 366kcal. Składniki odżywcze to jak nietrudno się domyślić głównie węglowodany i tłuszcz, choć zawartość białka nie jest liczona w dziesiątych częściach grama – inaczej niż można by się spodziewać. Same Cheese Bites przy pierwszym kontakcie ani trochę nie sprawiają wrażenia pożywienia, które jest w stanie dać nam choć po części zadowalające doznania smakowe. Już pierwszy kęs sprawia, że zdajemy sobie sprawę, że myliliśmy się jak Donald Tusk i jego partnerzy partyjni w ustalaniu programu Platformy Obywatelskiej przed wyborami.
VLUU L200  / Samsung L200Lekko chrupiąca, niezbyt gruba panierka, w którą wchłonęło nieco tłuszczu, ale nie na tyle by psuć nam smak całości kryje gorące wnętrze o barwie kremowej żółci z wstawkami jarzynowej zieleni i konsystencji dosyć rzadkiego budyniu, które po pierwsze raczy nas przyjemnym, warzywnym smakiem świeżej, zielonej papryki, uzupełnionej mieszanką charakterystycznych nut sera topionego i żółtego, który pochodzi z półki przynajmniej tak niskiej jak Jarosław Kaczyński.VLUU L200  / Samsung L200Chilli czyli smak ostrych papryczek jest wyczuwalny dopiero na finiszu i znakomicie uzupełnia całość nie dominując w niej. Kompozycja jest bardzo udana – wnętrze pełne tłuszczów wystarczy by wytworzyć odpowiednią konsystencję za to smak papryki i chilli pokrywa tłusty smak, dając miejsce aromatowi serów. Panierka jedynie domyka całość i nie ma w niej nic co warte byłoby zapamiętania.

Podsumowując całe danie muszę przyznać, że żałuję iż cheese bitesów nie ma więcej – cztery czy sześć sztuk to za mało by nacieszyć się ich interesującym smakiem i sprawić problemu wątrobie. Kanapka jest jak występy Ireneusza Krosnego – to coś co swą prostotą wybija się ponad inne produkty, każdy powinien bez problemu ją zrozumieć a większość nawet będzie bawić.
W obu przypadkach dokonałem na pewno wyboru o niebo lepszego niż desygnowanie Bartosza Arłukowicza na stanowisko Ministra Zdrowia. Ponad 2000kcal, które oferuje danie w takiej konfiguracji jaką ja wybrałem sprawia, że po wyjściu z lokalu czuje się ciężki i bardzo szczęśliwy, że prostota może w takim przypadku zwyciężyć a dodatek może znaczyć niemal tyle co główne danie. Ze swojej strony jak najbardziej polecam i liczę, że serowe kąski pojawią się w ofercie sieci Burger King w Polsce.

Krótka rozprawka o Relentlessie.

Coca-Cola Co. zaatakowała rynek napojów energetycznych w Wielkiej Brytanii w 2006 roku – aktualnie posiada 28% tego rynku. Na pewno nie byłoby to możliwe za pomocą marki Burn – należało stworzyć coś innego – niestety od podstaw. Marketingowcy postanowili, że nowa marka tego typu napojów na brytyjskim rynku zostanie nazwana Relentless – na początku oferowano jedynie oryginalny smak a następnie dodawano do niego owoce.. To znaczy soki owocowe – zagęszczone. Relentless w porównaniu z dostępnymi w Polsce napojami Rockstar czy Monster ma niższą zawartość cukru przy podobnej zawartości kofeiny (32mg/500ml). Skupię się dziś głównie na odpowiedzi na pytanie: czy Relentless jest smaczny? Osobiście piję tego typu napoje głównie dla smaku, bo oprócz ponad 500ml puszek Red Bulla żadne nie działają na mnie bardziej pobudzająco niż poranna kawa. Żeby nie było tak łatwo to na warsztat wezmę wszystkie smaku i wersje tego napoju.

Origin Podstawowa i najstarsza, pochodząca (podobnie jak siedmioletnie dzieci) z 2006 roku wersja. Zamiar jaki mieli stwórcy to przyciągniecie do półek sklepowych oraz lodówek jak największej ilości potencjalnych nabywców nie tylko kampanią reklamową. Czy się udało? W moim przypadku nieszczególnie – zawierający 10.1g cukru na 100ml napój zapachem przypomina mniej słodkie i bardziej rzadkie napoje energetyzujące do których osobiście zaliczam produkty typu: Black czy Tiger. Należy wspomnieć iż taki zapach nie jest tym czego w napojach energetyzujących szukam.
Właściwie zazwyczaj nie chodzi przecież o zapach, choć to niemal niezbędny element smaku – tym razem dosyć mocno gazowany napój o barwie napoju energetyzującego (zaskakujące?) smakuje tak jak po zapachu można by się spodziewać – niekoniecznie intensywny w smaku, lekko kwaśny, słodkawy… Zdecydowanie dla osób z mniej wymagającymi podniebieniami.
VLUU L200  / Samsung L200Orange Jeden z moich faworytów, sądzę, że gdyby był koniem to na niego postawiłbym wszystkie swoje pieniądze w dorocznej gonitwie.

Pomarańczowo-rdzawa puszka kryje 500ml napoju w którym odnajdziemy 5% soku pomarańczowego (nie udzielono nam informacji czy jest to sok z soku zagęszczonego czy sok naturalny czy też słodzony). Otwiera się dosyć głośno, z potężnym sykiem uwalniając przyjemny aromat pomarańczowej oranżadki w proszku znany niektórym z wczesnego a innym z późnego dzieciństwa.
Mocno gazowany płyn barwy pomarańczowej smakuje podobnie jak moglibyśmy spodziewać się po zapachu – zaraz na początku konkretna nuta pomarańczy na finiszu zastępowana niepewnie przez smak napoju energetyzującego – podobny do tego znanego mi z wersji Origin. Ogólna kompozycja to znów oranżadka w proszku – zabawne, przywołujące wspomnienia i smaczne, polecam.
VLUU L200  / Samsung L200

Lemon Ice Niepohamowanie podążam nieco niechronologicznie, bo ten smak to najświeższa propozycja od Relentless. Zawsze podobały mi się dopiski Ice przy napojach, tytoniu do fajki wodnej czy alkoholach – nawet jeżeli ten mróz należało wprowadzić samemu przez przetrzymanie danego produktu w zamrażarce nie stanowiło to dla mnie problemu takiej wagi jak prezerwatywy dla Watykanu.
Miejscami ciemnożółta puszka stanowi naczynie dla 240kcal i 58g cukru rozpuszczonym w wodzie a smak zapewnia flavouringscitric acid oraz acidity regulator, którym jest cytrynian sodu. Zapach który uwalniany jest po otwarciu puszki to tonikowa cytryna (aż zdziwiłem się, że w składzie nie jest wymieniona chinina, ale może ona znajduje się pod tym flavourings?). Bezbarwny, gazowany jak niemal każda mineralna woda gazowana napój ma przyjemny, cytrynowy (czy raczej jedynie kwaśny?) smak z dodatkiem lekkiej goryczki toniku – świetne rozwiązanie tuszujące zawartą w nim słodycz przez co napój wydaje się być naprawdę smaczny. Mroźność musimy załatwić sobie sami, ale kilkanaście minut pobytu w temperaturze odpowiadającej mroźnym nocom w Suwałkach powinno zrobić swoje, po raz kolejny polecam.
VLUU L200  / Samsung L200

Tropical Juiced Pozytywne rozczarowanie – mógłbym rzecz. Wypuszczony na rynek w lutym 2008 roku, uwięziony w tropikalnie zielonej puszce z dziwnie przypominającymi anioły motywami napój zawiera dokładnie tyle samo kofeiny i tauryny co wersja podstawowa. Spodziewałem się soczyście interesującego smaku, który przynajmniej choć trochę będzie przypominał naturalny sok z domieszką napoju energetyzującego – nie tym razem – jakby odpowiedział typowy, bohaterski policjant z amerykańskich filmów do nikczemnych złoczyńców.
Zaraz po jego wypuszczeniu na rynek ten smak Relentlessa posiadał 50% soku a w tym aż 7% przecieru owocowego – aktualnie jest to kolejno 18% (17.5% pomarańcza; 0.5% marakuja i 2% (morela, guava, mango) – jestem przynajmniej rad, że inaczej niż Tymbark czy Rockstar nie opierają swoich dodatków na sokach jabłkowych. Nie zmieniła się natomiast ilość kalorii i cukru, która wynosi: 220kcal oraz 53.5g.
Nieco jaśniejszy i o podobnej zawartości gazu co wersja Orange płyn pachnie pomarańczowo, raczej płasko i mało zachęcająco – w tle próbują dobić się do naszego aparatu węchowego inne owoce, ale brak im skrzydeł (może Red Bull by pomógł?).
Na samym wierzchu, po przelaniu do szklanki tworzy się średnioziarnista, szybko opadająca, jasno-biała piana – jest to jedyny tego typu przypadek wśród Relentelssów, które opisuję.
Smak nieco inny od wersji pomarańczowej – choć, co wynikałoby ze składu i moich oczekiwań – powinien być dosyć podobny. Jest mniej oranżadowy, lepiej skomponowany, bardziej owocowy i cała pomarańczowość, której najwięcej jest przełamana nutą innych owoców, z których najwyraźniej wyczuwalna jest słodko-cierpka marakuja i mdłe mango – guavy nie wyczułem, morelę może gdzieś na dnie bym odszukał.
Kompozycja dosyć udana i nieco lepiej zbalansowana – gdybym miał powiedzieć tak lub nie – powiedziałbym: tak. Jednak nie muszę tego robić i powiem: spróbujecie a się przekonacie ile dla Was znaczy. Osobiście spodziewałem się więcej, ale i tak jestem zadowolony.
VLUU L200  / Samsung L200

Apple&Kiwi Przedostatni wypust Relentless, który zaskakuje podwójnie, ale o tym za chwilę. Wprowadzony na rynek mniej więcej w tym czasie gdy Loreen ze swoim utworem Euphoria zwyciężyła w finale Eurowizji – mówimy więc o maju zeszłego roku.
Puszka o barwie electric blue, przechodzącej w turkus i kolejnymi dziwnymi grafikami przywodzącymi na myśl tanie, wielowątkowe i nie trzymające się kupy opowieści fantasy. Co najbardziej zaskakujące w składzie to brak soku jabłkowego i kiwi. Co w takim razie zapewnia nam ten smak?
Ekstrakty z czarnej porzeczki i marchwi – jedyne co kojarzy mi się wspólnego między tymi warzywami i owocami to jedynie to, że jabłka, marchew i czarną porzeczkę mam w ogródku, reszta to tylko dorobiona teoria, która trzyma się kupy jak te powieści, o których wspomniałem wyżej.
Dosyć cicho otwieram puszkę w której znajduje się 225kcal a zarazem 53.5g cukru wącham zawartość i… Nie odnajduje tam ani marchwi, ani czarnej porzeczki, ani kiwi. Przede wszystkim pachnie to syntetycznym winogronem z delikatną nutą jabłka. W mojej opinii bardzo zachęcający aromat, choć zdaje sobie sprawę, że część osób ta chemia może odrzucić. Popijając lodowato chłodny, dosyć mocno gazowany płyn niełatwo oderwać uwagę od jego koloru (chyba, że pijemy prosto z puszki) o odcieniu kostki klozetowej oznaczonej napisem Zapach Morski. Ta barwa wzmacnia dodatkowo poczucie syntetyczności produktu, ale mnie bardziej interesuje smak, a w nim: soczyste, sztuczne, zielone winogrono, płaska nuta jabłka i nareszcie kiwi – lekko zaznaczone, ale przynajmniej mogę cieszyć się jego obecnością.
Smaczny a właściwie najsmaczniejszy z całej siódemki.
VLUU L200  / Samsung L200

Berry Juiced Znów oszukani, chciałoby się rzecz. Wprowadzone w 2009 roku, 500ml napoju energetyzującego legitymuje się w portfolio smakiem: truskawka, malina, czarna porzeczka. Cóż z tego odnajdujemy w składzie? 4% soku z czarnej porzeczki, 0.5% malina i taka sam udział procentowy soku truskawkowego. Tym razem ktoś poinformował nas, że pijemy napój z dodatkiem soków z soku zagęszczonego. Dodatkowo 14% soku z jabłek i 1% z czerwonych winogron, 32mg kofeiny na 100ml napoju o kolorze wina, któremu kolor nadają antocyjany, kwas cytrynowy, kilka witamin, woda gazowana i najważniejszy jak Piotr Kupicha w Feelu, cukier – 53g. Napój dostarcza 220kcal a po przelaniu do szklanki pieni się tak delikatnie jak piwo z Tesco marki Tesco. Zapach to przede wszystkim słodkie, landrynkowe berries z przewagą truskawki i maliny oraz delikatna, soczystą nutą winogrona, zagubioną wśród całej, przytłaczającej słodyczy.
Smak jest zdecydowanie mniej słodki niż można by się spodziewać po zapachu. Już nie tak ciężki i przytłaczający jak gryzące sumienie, a zdecydowanie lżejszy i bardziej kwaśny, choć w mojej opinii nadal zbyt słodki. Dominuje w nim truskawka ze zdecydowanym dodatkiem maliny, nutą czerwonego winogrona i delikatnym posmakiem cierpkiej porzeczki.
Może subiektywnie nie jest on najsmaczniejszy, ale obiektywnie rzecz biorąc dla fanów landrynkowej słodyczy (jak choćby Albus Dumbledore) powinien być w sam raz.
VLUU L200  / Samsung L200

Sugar Free Na koniec pozostawiłem to czego najbardziej się obawiałem.
Nigdy nie przepadałem za napojami bez cukru, słodzonymi czymś co ma go zastępować a w rzeczywistości tylko nieudolnie udaje jak Bartosz Arłukowicz ministra zdrowia (czyjego?)…
15kcal, które posiadają kolor jedynie nieco bledszy od Origina. W składzie mają niemal to wszystko co standardowa wersja: E331 (zwanu tu Acidity Regulator), gurana, kofeina, gazowana woda, prezer… To znaczy konserwanty i to co tutaj robi różnicę (niekoniecznie na plus): aspartam, acesulfam K i sól sodowa sacharyna – brzmi źle?
A smakuje nie najgorzej, ale po kolei (oby nie państwowej): delikatnie gazowany napój, na którym przez chwilę zawiesza się gruboziarnista, szybko opadająca pianka nie powala aromatem – słodko-kwaśny zapach napoju energetycznego, zaburzony wyraźnie wyczuwalną syntetyczną nutą słodzików. Smak jak już wspomniałem wyżej nie jest tak zły jak można by się spodziewać – płyn podpisany jako sparkling mixed fruit flavour low calorie stimulation drink jest po prostu słodzikową wersją swego Origin-alnego brata – na początku czujemy atak słodzików, który po chwili zamienia się w kwaskowy finisz – nie jest to najprzyjemniejszy smak a zrównoważony jest jak psychopatyczni mordercy psychicznie, ale jedno mogę o nim powiedzieć: jest to najsmaczniejszy napój niskokaloryczny jaki przyszło mi pić. Podawajcie schłodzony – przy temperaturze ponad dziesięć stopni w skali Celsjusza smakuje, eufemistycznie rzecz ujmując, źle.
VLUU L200  / Samsung L200

Może i nie jest to tak duża kolekcja produktów jak marek Monster czy Rockstar, ale Coca-Cola postarała się o godną konkurencję dla tych dwóch potentatów na rynku.

Krispy Kreme

Zacznę od Teorii Kloca – teorii mówiącej o tym, że tanie pączki (te, które w Tłusty Czwartek kosztowały swego czasu 0.30zł) produkowane są z wielkiego kloca ciasta, który do Polski przyjeżdża z zachodu – prawdopodobnie z kraju wielkiego zła czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Od czasu gdy mój towarzysz spożywania opowiedział mi tę historię, którą kilka dni wcześniej usłyszał, oglądając film dokumentalny o tym procederze, pączki o syntetycznym posmaku, najczęściej spotykane w marketach (posypane mieszaniną mąki i cukru pudru w stosunku 4:1) nazywam Pączkami z Kloca. Lubię zarówno pączki tradycyjne jak i te z kloca – w Tłuste Czwartki spożywam ich od ośmiu w górę, ale to co spotkało mnie w UK (pasaż pod największym Tesco w Europie – Slough) nie może być porównywalne do żadnego pączka z Polski.
VLUU L200  / Samsung L200Krispy Kreme działa w ponad dwudziestu krajach, oferując głównie doughnuty i kawę (o takich rzeczach jak karty upominkowe, breloczki i inne słodko-urocze rzeczy nie będę wspominał). Cena kawy waha się od 1.50£ do ponad 3.00£ za wersję large wśród takich produktów jak latte czy inne arabici. Kawy nie próbowałem, bo i nie o niej ta ocena – tym razem skupię się na pączkach. Pełne doughnutowe menu marki Krispy Kreme znajdziecie tutaj. Osobiście próbowałem już większość produktów z tej oferty a skupię się na dwóch, z których jeden to mój ulubiony a drugi najbardziej pociągający mnie otoczką.

Chocolate Dreamcake – jak to mawiają w Ameryce. To ten, który wydaje mi się być najsmaczniejszym pączkiem w ofercie Krispy Kreme. Na oficjalnej stronie producenta opisany jest w ten sposób: Filled with gooey chocolate sauce, hand-dipped in chocolate icing and drizzled in white chocolate. Czyli wypełniony mazistym czekoladowym sosem, ręcznie maczany w czekoladowym lukrze i przyozdobiony białą czekoladą. Może mazisty brzmi dużo mniej dobrze niż słówko goey w języku angielskim, ale powiem szczerze, że przejąłem się tym jak zaproszeniem na tysięczny odcinek serialu M jak Miłość emitowanego na TVP2. Zacznijmy od tego co na wierzchu – posypka wykonana z czegoś na kształt Flake99 od Cadbury – bardzo lubię tego typu płatki czekolady połączone w jedność i braterstwo. Interesująca faktura sprawia, że przyjemnie się je spożywa a sama czekolada też jest bardzo dobrej jakości. Paski polewy smakują jak połączenie białej czekolady i lukru – niezbyt zdecydowany smak białej czekolady przeplatany jest cukrowymi wstawkami. Lukier czekoladowy to cienka jak plastry szynki parmeńskiej polewa, która pojawia się na pączku po tym jak pracownicy zanurzą go w kadzi z tymże lukrem. Smakiem bardziej przypomina czekoladę niż lukier – delikatna warstwa raczej nie wnosi zbyt wiele do smaku całości, ale za to pozostawia przyjemne jak pierwsze wiosenne dni ślady na ustach, które na samym końcu spożywania pozostają uroczym wspomnieniem doughnuta. Ciasto to bardzo smaczne, gryzmułowate i delikatnie syntetyczne połączenie tradycji i wspomnianego wyżej kloca. Odpowiednio napowietrzone i formą przypominające dwa złożone ze sobą wierzchem talerze. Tak krokiem godnym Roberta Korzeniowskiego przeszliśmy do najważniejszego: nadzienia. Mógłbym się nad nim rozpływać bardzo, bardzo długo. I to dosłownie – znakomita konsystencja – lekko mazista – nie jest to jednak roztopiona czekolada ani nadzienie z rogalików 7Days – ma strukturę gęstszego niż standardowy likieru Babci Janinki. Smak i to co czujemy w ustach przebija ogromną większość słodyczy, które do tej pory spożywałem – subtelny likierowy posmak jest finiszem dla aksamitnej, mleczno-ciemnej czekolady, która jest tak intensywna jak światło z halogenowej lampy. Jest jeszcze jedna rzecz, której nie może dorównać żaden inny słodycz – gdy wgryzamy się w ciasto od strony nadzienia, wstrzykiwanego tylko z pojedynczego kierunku, ono dosłownie eksploduje nam w ustach. Należy wtedy uważać by się nie ubrudzić, a z drugiej strony oblepia ono całą jamę ustną dając uczucie głębokiej przyjemności i uwalniając mnóstwo endorfin.
VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Millionare Shortbread to doughnut, którego otoczka spodobała mi się najbardziej. W założeniu ma oddawać smak pewnego ciasteczka. Caramel Shortbread czy też właśnie Millionare Shortbread to mocno wzbogacona (będąc milionerem możesz sobie pozwolić nawet na więcej) wersja zwykłego shortbreada, o którym niektórzy mówią jako największym sukcesie szkockie piekarnictwa. Shortbread to rodzaj ciasta, pieczywa, które z pozoru przypomina nasze ciasto kruche – jest jednak produkowane z użyciem większej ilości tłuszczu co sprawia, że są jeszcze bardziej kruche niż znane nam ciasto kruche – jakieś pleonazmy mi tu dziś wychodzą. Ciastko owe posiada podkład shortbreadowy, delikatny karmel na nim i polewę czekoladową – o wariacjach tak różnych jak covery Should I Stay or Should I Go The Clash nie mam zamiaru wspominać. Z masowych produkcji ciastko to najbardziej przypomina mi baton Twix firmy Mars – lewy albo prawy – nie jestem do końca pewien, który to był.
Odwzorowanie w formie pączka tak zestawionego ciastka z pozoru wydaje się być tak łatwe jak nauka całkowania w wieku jedenastu lat. Czy Krispy Kreme wyszło z tego zadania obronną ręką?
Na to pytanie odpowiem za chwilkę gdy tylko wymienię skład pączka podpierając się wiedzą, którą daje mi strona internetowa Krispy Kreme: A rich caramel and chocolate filled doughnut, hand-dipped in chocolate icing and topped with shortbread crumbs and a gold dusting. Bogate wnętrze naszego bohatera załatwia sprawę odwzorowania drugiego poziomu ciastka i polewy a właściwie, już mówiąc o polewie to odzwierciedlenie jest zdublowane jak bracia Mroczkowie byliby uczestnicząc w ambitniejszych produkcjach. Podwaja je polewa na pączku, która udekorowana jest okruszkami shortbreada i prawdziwie milionerską posypką a właściwie kropeczkami jak ze złotego atramentu. W mojej opinii ekipa Krispy Kreme z zadania przeniesienia smaku i ducha ciastka na bazę doughnutową wywiązała się znakomicie.

VLUU L200  / Samsung L200Przechodząc do samego smaku pączka: ciasto standardowe dla tej amerykańskiej sieci – tak jak pisałem wyżej – syntetyk i tradycja z przewagą tego pierwszego, całość posiada dosyć ładną, pączkową obwódkę powstającą podczas smażenia. Mocno brązowy lukier czekoladowy to również ten sam smak opisany przeze mnie wyżej, uważny Czytelniku. Złote kropeczki, które wydają się być najbardziej milionerskie z ogółu, smakują po prostu słodko – zapewne jest to mieszanina cukru, płynu i pigmentu. Swoje trzy miliony dokładają za to do wyglądu. Udekorowanie całości to typowy shortbread podzielony na małe cząsteczki – niestety, tę swoistą kruszonkę niełatwo spożyć wraz z pączkiem gdyż jest tak stabilna jak obecna sytuacja w Egipcie a podczas spożywania spada jak poparcie dla PO. Po raz kolejny najważniejszą sprawą, nadającą tyle charakteru i oblicza co pomnik czterech prezydentów wykuty na zboczu góry Rushmore jest nadzienie. Po raz kolejny mamy do czynienia z likierową mazią choć tym razem w dwóch kolorach – ciemna i półprzezroczysta o karmelowym kolorze to oczywiście toffi a ciemnobrązowa niemal jak sos sojowy to czekolada. Obie o znakomitej konsystencji, podobnie eksplodujące w ustach, wywołując fale niepohamowanej radości. Czekolada trzyma poziom znany nam z pozycji czekoladowo-czekoladowej, którą opisałem wyżej. Powiedziałbym, że toffi trzyma ten poziom jak pewna wieża w Pizie – przy pierwszym kontakcie czujemy jedynie tę likierowo-gęstą strukturę, idąc dalej słabo zaznaczoną, nieokreśloną słodycz a dopiero na finiszu delikatny posmak karmelowy, toffi raczej w nim mało.
VLUU L200  / Samsung L200

Ogółem pączki biorąc Chocolate Dreamcake to pozycja obowiązkowa dla fanów samej czekolady jak i pączków – nadzienie, a wręcz sos, którym doughnut jest wypełniony to coś za czym będziecie tęsknili jak za wakacyjnym czasem. Millionare Shortbread to interesująca pozycja, ale tutaj wybór pozostawię już Wam – za 4.25£ możecie wybrać dowolne trzy pączki, za 8.95£ dostaniecie dwanaście klasycznych doughnutów z dziurką i glazurką, za 10.95£ możecie wybrać dwanaście dowolnych pączków, ewentualnie za 9.95£ dokonać wyboru standardowego zestawu dwunastu pączków. Cena jednorazowych pączków, bez kompanów w paczce zwanej dozen lokuje się na poziomie 1.50-2.00£. To tyle co do dokonywania wyborów, dodam jedynie, że spośród szesnastu wersji na pewno każdy wybierze coś dla siebie – polecam.

Tom… To znaczy: Ben i Jerry

Ben i Jerry podobno robią najlepsze na Świecie lody od 1978 roku, kiedy to nie mając perspektyw na przyszłość i niezbyt wiele życiowych doświadczeń otworzyli za niewielką sumę pierwszą lodziarnię w Burlington.
Brzmi pięknie, a jak było naprawdę? Tego nikt nam nie powie, więc trzymajmy się wersji oficjalnej.

To tyle tła historycznego, współcześnie, w 2000 roku markę przejął Unilever, sprzedawana jest w niemal 30 krajach (niestety nie w Polsce), prowadzi franczyzowe punkty sprzedaży lodów a w internecie można przeczytać mnóstwo ciekawostek na temat firmy (nie, nie tego pseudo-zespołu od JP).

Kontynuacja tematu wiąże się nierozerwalnie jak posiedzenia sejmowe i nuda z wymienieniem wszystkich smaków jakie producent oferuje. Tu spotyka mnie problem wagi przynajmniej kilku Mariuszów Pudzianowskich przed dietą MMA (Mariusz poleca wszystkim paniom, które nie mogą przyłożyć lewej ręki do lewego ucha), gdyż ilość oferowanych smaków i ich skomplikowanie sięga problemów jakie na każdym kroku dotykają bohaterów telenoweli Klan emitowanej przez Program Pierwszy Telewizji Polskiej. Jedyne co mi pozostaje to odesłać do oferty smaków jaką producent prezentuje na stronie internetowej. W lodach tych możemy znaleźć różne dziwactwa – jak czekoladowe rybki (Phish Food), niedźwiedzie polarne wykonane z białej czekolady (Baked Alaska), kawałki ciast, ciastek, chrupek i tym podobne. W Wielkiej Brytanii najbardziej rozpowszechnioną opcją sprzedaży lodów o których mowa wyżej to 500ml kubeczki (lub jak kto woli 411g) – cena to zależnie od miejsca około 4.50£ (przy ostatniej wizycie w Sainsbury’s przy Farnham Road w Slough była możliwość nabycia dwóch kubeczków za 7.00£). Wybór smaków, porównując z ogólną ofertą jest ograniczony jak ruch w kaftanie bezpieczeństwa. Z tego co sobie przypominam to zazwyczaj jest to około pięciu smaków – niestety, dla osób które nigdy żadnego produktu Ben&Jerry’s nie spożywały (jak przykładowy ja i towarzyszka spożywania) wybór spomiędzy tych kilku opcji rośnie do rangi niemal nierozwiązywalnego problemu. Zagwozdkę zakończył nareszcie wybór smaku Half Baked, którego opis na pudełku brzmi w ten sposób: Chocolate & Vanilla Ice Creams with Fudge Brownies & Chunks of Chocolate Chip Cookie DoughVLUU L200  / Samsung L200Wieczko kubełka jest zafoliowane, zgrzane tak by wytrzymać transport do miejsca docelowego (nie powiem, że przeznaczenia, bo ich przeznaczenie to nasz układ pokarmowy) a folia tak perforowana by bez problemu mogło je otworzyć nawet kilkuletnie dziecko.

Całość opakowania utrzymana w koncepcji łąki i nieba prosto z kreskówki w stylu Baranek Shaun. Mamy tu też krowę, tę samą, która towarzyszy nam na stronie internetowej dodatki z którymi spotkamy się gdzieś między jedną a drugą łyżeczką lodów, skład i kilka ciekawostek (jak na przykład ta, że w 2000 roku ktoś wpadł na pomysł by połączyć kilka klasycznych smaków ze względu na zbyt duży ich wybór i tak powstała wersja Half Baked).

Tuż po otwarciu miła niespodzianka, lody sięgają niemal ponad opakowanie a całe wieczko od środka jest nimi ubrudzone. Wącham i już wiem, że to nie Ben i Jerry a Babcia Janinka maczała w tym palce: dosyć mocna, ciemnawa czekolada na pierwszym planie i świąteczne ciasto Babci Janinki w tle – znakomity, kremowy i delikatnie pieszczący nasze zmysły aromat.
Po chwili dotarło do mnie, ze w dłoni trzymam łyżeczkę a lody nie służą właściwie do wąchania… Zabrałem się za degustację. VLUU L200  / Samsung L200Obie sekcje nie są podzielone a raczej zmieszane, choć to w czekoladowych lodach znajduje się większość braunisów a w waniliowych ciasteczek z czekoladowymi piegami (od razu zaznaczę, że nie maja one nic wspólnego z Pieguskami produkowanymi przez E.Wedel).
Lody czekoladowe są znakomite, choć nieco inne niż na przykład wersja z Magnum lub Grycan – odpowiednio intensywne, dosyć słodkie, smakujące mieszanką mlecznej i ciemnej czekolady – tłuste na tyle by być kremowo-gładkimi – nie ma też mowy o tym by w ich fakturze wyczuć jakiekolwiek ślady zagęstników czy zmrożonej wody. Lody waniliowe mniej wyczuwalne w ogólnej kompozycji, a właściwie przytłumione przez czekoladowe jak Schetyna przez Tuska, są dosyć smaczne, o podobnej konsystencji, ale jednak nie postawiłbym ich wyżej niż chociażby waniliowych lodów marki Manhattan produkowanej przez Nestle. VLUU L200  / Samsung L200To co mnie osobiście zaskoczyło to ilość dodatków, które wymieniłem wyżej – w całych 500ml, które dostarczają około 1100kcal znaleźliśmy ich na tyle, że przy każdej kolejnej łyżeczce mogliśmy schrupać kolejnego braunisa lub ciasteczko – Ben i Jerry widocznie nie są sknerami a pewnie i Babcia Janinka otrzymała swoją dolę.
Pierwsze spotkanie z chocolate brownie i już wiemy czemu nazwa tego specjału to Half Baked – tak jak każde typowe brownie – także i to przypomina nieco zakalcowate ciasto – tym razem czekoladowe. Babcia Janinka nie byłaby zadowolona, ale ja jestem w siódmym niebie – lekko gryzmułowate, przyklejające się do zębów ciasto o przyjemnym, czekoladowym smaku to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej. Smak ciastek z piegami wykonanymi z kawałeczków czekolady jest dosyć interesujący – one również smakują jak niedopieczone a wręcz w ogóle nieupieczone – ich struktura bardzo przypomina surowe ciasto (coś pomiędzy kruchym a biszkoptowym) – wyczuwalna jest jakby faktura mąki, gęsta masa i wciśnięte w nią malutkie kawałki czekolady. Po chwili przebywania w jamie ustnej ciasto przyjemnie się rozpuszcza a kawałeczki czekolady, nieco zmrożone nie chcą odpuścić i dzielnie walczą, na początku będąc orzechem nie do zgryzienia a na koniec czekoladowym przypływem.

Cóż dodać? Znakomite tłuściutko-kremowe lody z mnóstwem pysznych dodatków, których nikt mi nie pożałował. Nie są zbyt słodkie a jednak posiadają odpowiedni, intensywny smak doskonale odwzorowujący to co zostało przedstawione na opakowaniu.
Żałuję tylko, że tak szybko się kończą… Z drugiej strony może to dobrze, bo teraz mam chęć na kolejne smaki a tak mogłyby się przejeść?
Nie, chyba by nie mogły.
Czy są najlepsze na Świecie? Nie mam pojęcia – nie próbowałem wszystkich lodów na Świecie a opinia innych, choć ważna nie zawsze bywa trafna lub subiektywnie: bywa inna.
Ze swej strony polecam – jeżeli tylko będziecie mieli możliwość spróbować ich na zagranicznych wojażach (czasem bywają w losowych miejscach w Polsce) to zróbcie to.

Nie wszystko cudowne co certyfikowane.

Tytuł mówi sam za siebie – dziś rozprawię się z Angusem czyli wołowiną certyfikowaną, pochodzącą z rasy bydła Aberdeen Angus. Co do samej historii tej wołowiny i innych szczegółów odsyłam do Wikipedii – ja niczego więcej nie objawię, może jedynie tyle, że te krówki można czasem tu, w UK zobaczyć na własne oczy (nie, nie mówię o cukierkach).
Osobiście zajmę się jedynie oceną burgera w którym znajduje się patty sporządzone ze 100% (jak firma z tekstyliami) certyfikowanej wołowiny Angus.

Zaczynając muszę wspomnieć o dwóch kwestiach (wątpliwości dotyczą mojej wizyty w punkcie Burger King w Slough). Pierwsza z nich to bułki w ofercie Angus Collection: otrzymana bułka i ta z materiałów marketingowych różniły się jak muzyka zespołu PIN i Nightwish – pierwsza słodkawa, miękka, pospolita i zapychająca a druga pełna, konkretna i zapadająca w pamięć.
Kwestia druga to obsługa: młoda (stawiam, że młodsza ode mnie) dziewczyna w burce (nie mam uprzedzeń, ale cholernie mnie to raziło) zapewniała mnie, że zamówiony przez mnie Angus XT (czyli wersja z grubszym patty) Smoked Bacon&Cheddar to ten za którego policzyła 6.49£ zamiast 7.09£ w zestawie Super. Kolejno jej sporo starszy kolega poinformował mnie, że wersji XT już nie ma… Idąc dalej po otwarciu pudełka zawód porównywalny z tym na portalu Onet.pl po przegranym przez Polską Borussię finale tegorocznej LM – bułka okazała się sezamowo-maślana a nie pszenno-słona.
Tak czy inaczej chodziło mi tu przecież o mięso a nie o całą kompozycję. Lekko skonsternowany niewiedzą pracowników przeszedłem do stolika i konkretów.

Co ujrzałem? Czarne pudełko, co interesujące dwustronne jak skafandry dla dzieci z lat 90′ – z jednej strony mamy pudełko na Angusa a obracając je spodem do wierzchu mamy pudełko kryjące kanapkę Chicken Tendercrisp. Nie, to nie działa tak, że jedynie obrócenie pudełka zmieni zawartość – to nie historia rodem z Harry’ego Pottera. Obrócenie pudełka z burgerem w środku może jedynie narobić bałaganu. Interesujący zabieg, zapewne obniżający koszty – według mnie znakomite posunięcie Burger Kinga. Pudełkiem interesujemy się jedynie przez chwilę w trakcie spożywania, więc nie sądzę by komuś ten dualizm przeszkadzał a dla osób kolekcjonujących takie pudełka to wręcz gratka.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200W środku kanapka, która zawiera: bułkę maślano-sezamową, majonez, pomidora, sałatę, ser, bekon i oczywiście burgera z certyfikowanej wołowiny Angus.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200Kolejno: o tego typu bułkach z sieci Burger King pisałem już więcej rozprawek niż przez cały okres edukacji na lekcjach języka polskiego. Majonez – król mdłości, który łechta podniebienie aż do wymiotów – nigdy za nim nie przepadałem i nadal uważam, że zamiast niego powinno się do burgerów wrzucać sosy i to zrobiłoby im dobrze jak wypicie gorącej herbaty po niespodziewanych wymiotach. Pomidor i sałata – zazwyczaj przeze mnie karcone jak nieposłuszne psy w dawnych czasach tym razem wyciągane niemal na piedestał: mimo, że nie najważniejsze tu bardzo smaczne i już nie takie płaskie w smaku jak zazwyczaj. Pomidor nad wyraz pomidorowy i z wyraźnie zbitym miąższem, dzięki czemu nie rozlewa się gdy tylko spróbujemy go ukąsić. Sałata miejscami wyjątkowo zielona, bardzo chrupiąca o zadziwiająco świeżym i warzywnym smaku. Mature Cheddar jak opisują go na przejrzystych jak powietrze w mglisty poranek stronach internetowych sieci Burger King jest tak dojrzały jak decyzje Joanny Muchy czy zachowania Jolanty Rutowicz. Zwykły, topiony ser o niezbyt wyraźnym aczkolwiek przyjemnym smaku, nie do końca roztopiony i ciągnący się tak długo jak trzyodcinkowe miniseriale. Jako przedostatni wezmę na warsztat boczek, który miał być smoked a tak naprawdę jest niewyraźny i smutny. Moją radością było jedynie to, że nie był przesadnie słony. Z drugiej strony nieprzesadnie chrupiący i niezbyt dobrze wysmażony – to przymioty które cieszą jak informacje o narodzinach królewskiego dziecięcia (choć może przesadziłem, bo bekon interesował mnie bardziej).VLUU L200  / Samsung L200

Takim sposobem jak mawiał Pascal Brodnicki a do tego żwawo przeszliśmy do bohatera dzisiejszej oceny czyli patty sporządzonego z certyfikowanej przez Aberdeen-Angus Cattle Society wołowiny pochodzącej z rasy Aberdeen Angus.
Zacząć należy od wyglądu – średnio-mocno zmielona wołowina jest uformowana w dużo bardziej cienki burger niż te standardowe znane z produktów sieci Burger King. Nieco bardziej zwęglony, choć to zależy z której strony na niego patrzeć, posiadający dziwne wypryski ściętego białka, przypominające przyssawki ośmiornicy. Przygotowany raczej standardowo z tego co widzę.
Przyprawiony jedynie solą burger przy pierwszym kęsie wydaje się być w porządku, ale dalej atakuje nas takimi sucharami jak niektórzy koledzy z gimnazjum. Soczystości nie dostrzegłem nawet z odległości kilku milimetrów.
Rzeczywiście, burger jest nad wyraz mięsny, ale czyż nie tak samo mięsne są burgery z McDonald’s czy te standardowe z Burger Kinga?
Te z McDonald’s, mimo, że nieco łykowate, lubię za ich soczystość i niezagubienie smaku mięsa, te z Burger Kinga za konkrety i ich indywidualny posmak – Angus przy nich wydaje się być po prostu ich cieńszą, mniej soczystą i bardziej zwykłą wersją.
Sama świadomość pożywiania się certyfikowanym mięsem nie działa na mnie aż tak mocno by wrócić po kolejne burgery z Angusem – w ten sposób zaoszczędzę pieniążki na prawdziwe konkrety w stylu XL Bacon Double Cheeseburger, który pożywi mnie ponad 1000kcal.

Podsumowując: cała kanapka, która dostarcza 682kcal jest tak standardowo-klasyczna, że analiza jej zestawienia wiązałaby się z moim cofnięciem do epoki przed pierwszą wizytą w McDonald’s by się nad tym rozpisywać. Sama kwestia wołowiny jest jasna jak cera Anne Hathaway – świetny zabieg marketingowy Burger Kinga, szczególnie tu, niemal w ojczyźnie Angusa – niestety nie przekładający się na smak.
Od teraz dwa razy zastanowię się nim będę musiał przyznać, że jakość idzie w parze ze smakiem a wspólny wykres tych dwóch wartości jest zawsze liniowy rosnący.

Steakhouse Double

W Polsce jeszcze jakiś czas temu w sieci Burger King był dostępny Steakhouse. Aktualnie zniknął, podobnie jak informacje o próbach nuklearnych Korei Północnej. Będąc w UK, w nieco dziwnych okolicznościach dotyczących bułek zamówiłem za 6.49£ Angus Smoked Bacon&Cheddar w zestawie super (0.75l napój i duże frytki – dodatkowe 0.60£) a obie towarzyszki spożywania mogły raczyć się Double Steakhouse w zestawach regular (0.4l napój i małe frytki, które wcale nie są takie małe) za 6.79£. Dzięki temu, że żołądek jednej z nich napełnił się tuż po tym jak spożyłem swojego burgera miałem możliwość skorzystania z dokładki w postaci połowy Steakhouse Double (nie, to nie znaczy, że zjadłem pojedynczego).

Ostatnio jeżeli myślę o Burger Kingu to widzę w ich ofercie coraz więcej klasyki – zazwyczaj sezamowe bułki, konkretne burgery, wszędobylski majonez, który przyprawia mnie o taką radość jak brak papieru toaletowego w łazience, pomidor, sałata…
Steakhouse niewiele odbiega od tych standardów: choć na grafikach widzimy nieco powiększoną wersję bułki znanej z Chikkera oferowanego przez McDonald’s to w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street otrzymałem zwykłą, sezamową, znaną z Big Kinga bułkę. Idąc dalej dwa wołowe burgery (tutaj można rzec, że są zwykłe – to nie certyfikowany Angus), bekon, cokolwiek to znaczy strona internetowa podaje, że znajduje się w nim amerykański ser, chrupiącą cebula, świeża sałata i pomidory a za utrzymanie odpowiedniej wilgotności nie są odpowiedzialne nawilżacze powietrza a dwa sosy w postaci majonezu i western BBQ. W sumie jest on podobnie zestawiony do mojej ulubionej wariacji na temat Big Kinga XXL gdzie dokładam dwa patty, prażoną cebulę i sos BBQ zastępujący King sauce. Jedyna różnica to pikle, które walczą o swoje miejsce z pomidorami – na początku ten drugi dodatek wydawał mi się bez szans jak Adamek przed walką z Kliczko, ale potem… Oczywiście o tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Zacznę od dodatków: Pepsi znakomicie chłodna, odpowiednia ilość lodu w sporych kostkach, nie zaburzających delektowania się napojem i nie uwalniających takich ilości wody, że napój po chwili traci swój smak. Kubek przywodzący na myśl fale Pepsi, które mógł narysować nawet Salvador Dali wygląda świetnie i okazale, choć takie już w naszym kraju widywałem. Pewnie jakieś anty-tłuszczowe rozporządzenia Izby Gmin czy Izby Lordów sprawiły, że otrzymując 750ml napoju nie możemy liczyć na choćby kroplę więcej – na szczęście w Polsce wygląda to inaczej. Sam smak napoju odpowiada mi bardziej niż Coca-Cola z 2l butelki, którą na każdym kroku można kupić tu za 1.00£ – wyrazisty i dzięki odpowiedniej temperaturze złudnie pozbawiony zbytniej słodyczy. VLUU L200  / Samsung L200Frytki: lekko żółte, grubsze i nieco dłuższe niż w Polsce. Nie mam pojęcia jakich odmian ziemniaka sieć Burger King używa do ich produkcji tutaj, ale są rewelacyjne – zwarte, konkretne a jednocześnie puszyste, chrupiące i zawierające mniej tłuszczu niż bohaterki Łabędziem Być po poddaniu ich zabiegowi liposukcji. Dużo smaczniejsze niż te oferowane w naszym kraju i choć to inna półka frytek to dla mojego podniebienia mogą spokojnie konkurować z tymi oferowanymi w McDonald’s.

Nareszcie przyszedł czas na ujawnienie kto naprawdę rządzi Światem… A nie, to nie ten tekst.
Nareszcie przyszedł czas na analizę naszego głównego bohatera czyli standardowego tutaj, nie wykorzystującego żadnego Have It Your Way! Steakhouse Double.
Typowa dla sieci Burger King, lekko tostowana bułka udekorowana ziarnami sezamu, które zdecydowanie dodają jej uroku i delikatnego aromatu po podgrzaniu – miękka jak nogi po pielgrzymce do Częstochowy, zapychająca, aromatyczna i smaczna. W rzeczy samej to tylko pieczywo, ale do burgerów pasuje idealnie.
Kolejno zatrzymam się na sekcji warzywnej, która w tym burgerze jest tak klasyczna jak muzyka Mozarta – chrupiąca, bardzo świeża i zielona sałata. Po raz kolejny jestem zmuszony użyć słowa chrupiąca by opisać cebulę, której jednak małe ilości sprawiają, że jej delikatny jak na białą odmianę smak jest niemal niewyczuwalny w całym burgerze.
Sprawa pomidora nie jest już tak prosta jak zwykle. Nareszcie sprawił to co powinien – dodał powiewu świeżości, pomidorowego smaku i utrzymał wilgotność na zadowalającym a nie zbyt wysokim poziomie. Gdybym miał pewność a nie jedynie szanse jak w Lotto, że za każdym razem będzie taki jak w tej kanapce to stawiałbym go ponad pikle.
Burgery to standardowe mielone mięso wołowe o którym napisałem już tyle co Henryk Sienkiewicz o Faraonie, więc dodam jedynie, że jeżeli chodzi o sieciówkowe patty to to smakuje mi najbardziej (już nie wspominając, że jest go tu dwa razy więcej).
Finiszem tak znakomitym jak te z peletonu w Tour de France powinien zająć się prawdziwy amerykański team w postaci bekonu (pol. boczku), prażonej cebulki i sosu BBQ.VLUU L200  / Samsung L200Mało nie zapomniałbym o amerykańskim serze, który jest tak amerykański jak Helena Vondrackova – to standardowy ser topiony typu Hochland, którego w swoim zespole wymienione wyżej składniki nie chcą, bo jest zbyt europejski. Za to w całą kanapkę wkomponowuje się tak dobrze jak zwykle.
Wspomniany wyżej amerykański team zdecydowanie zyskuje dzięki dwóm graczom: sos BBQ Western współgra idealnie z prażona cebulką jak Scottie Pippen z Michaelem Jordanem. W tym teamie kuleje nieco bekon, któremu ktoś zapewnił zbyt mało czasu w ciepłych klimatach – słabo wysmażony, praktycznie niesłony i płaski w smaku – z dwóch opcji gdzie miałby przyćmiewać lub nie przeszkadzać innym składnikom wybieram tę drugą i właśnie w ten sposób bekon się tu zachowuje. Nie przeszkadza znakomicie chrupiącej i wyrazistej prażonej cebulce, której jest niestety zbyt dużo. Nie robi też przeszkód sosowi BBQ, który nadaje całej kanapce amerykańskiego, prawdziwie burgerowego klimatu – jego ilość jest na tyle odpowiednia by sprawić, że kanapka staje się jeszcze smaczniejsza, ale nie na tyle by przebijać smakiem całą kompozycje co czasem udawało się prażonej cebuli.
Na sam koniec pozostawiłem tego, który przydaje się tu jak gwiazdy w polityce – niezauważalny w całej kompozycji dopóki nie przychodzi czas na oficjalne prezentacje gdzie można go wymienić jako teoretycznie znaczący coś dodatek. Majonez, bo o nim mowa, występuje tu w ilościach, które dodane do całej miski sałatki pokryłyby dwa liście sałaty i jeden groszek – ma taka siłę przebicia jaką aktualnie dysponuje partia Janusza Palikota i choć tam jest, to tak jakby go nie było, więc odpuszczę mu.

Kończąc te dywagacje na temat pojedynczych składników czas podsumować całą kanapkę. Tylko co ja mogę tu napisać? Początkowo może się wydawać, że składników jest zbyt wiele, ale idąc dalej to prawdziwie podwójna klasyczna kompozycja, której również klasycznej odmienności nadają prażona cebulka i sos BBQ – dodałbym bardziej wyrazisty boczek, usunął majonez, ale do innych składników nie jestem w stanie się przyczepić.
Znakomicie zestawione, świeże i smaczne 947kcal, których spożywanie może spowodować tylko uśmiech (ewentualnie u niektórych zajady).
Ze swojej strony polecam – nawet zestawiając go z Have It Your Way! w Polsce powinniście być zadowoleni.

Tropical Mango Smoothie

Jeżeli chodzi o sieć Burger King to inaczej niż w KFC oferta Polska-UK pokrywa się przynajmniej w 40%. Klasyk nad klasyki czyli Whopper, Steakhouse w wielu wariacjach, Big King (w niektórych restauracjach dostępna opcja XL), kilka ileś-tam-funciaków z serem, mniejsze czy większe kanapki z kurczakiem (na przykład Chicken Royale czyli bliźniak dobrze mi znanego Long Chicken). Podobne desery lodowe, Sundae, Frappe i coś z czego skorzystałem ja, ale o tym za chwilkę.
Jeżeli chodzi o ofertę wołową to spożyłem Angus Smoked Bacon & Cheddar, a przy okazji jedna z towarzyszek spożywania umożliwiła mi spożycie połowy Stekhouse’a w wersji Double.
Tym razem jednak zajmę się czymś ze strefy słodyczy, a raczej tym co ma nas ochłodzić w letnie dni (a tych ostatnio tu nie brakuje – w sumie podobnie jak wszędzie na naszej półkuli). Właściwie mówię o Smoothie – oferowane tu dwa smaki to te same dostępne w Polsce od 7.50zł (Banan-Truskawka oraz Mango) a tutaj mały za 1.89£ a duży za 2.19£ – różnica więc tak duża jak ta w scenariuszu dwóch kolejnych odcinków serialu Barwy Szczęścia. Może dlatego zdecydowałem się na wersję większą, która dostarcza nieco ponad 300kcal. Co zabawne – aktualnie w McDonald’s w UK dostępne są również Smoothies o smaku Mango&Pineapple i Strawberry&Banana – jak wiadomo te dwie sieci konkurują nie tylko na polu burgerów a ja nie mam zamiaru rozstrzygać kto w smoothiesowej bitwie był pierwszy a tym bardziej kto zwyciężył.

Wracając do bohatera mojej oceny: smoothie to głównie lód (więc woda), sok owocowy i jogurt – w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street jest to realizowane tak, że do stacjonarnego blendera wlewana jest odpowiednia ilość żółtawego płynu (który w mojej opinii jest czymś na kształt skoncentrowanego substytutu jogurtu i soku owocowego) oraz wrzucany jest cały kubek lodu. Kolejno wszystkie składniki są mieszane oraz kruszone na naszych oczach i już po chwili przed nami stoi kubek żółto-pomarańczowego płynu z zaokrąglaną przykrywką, która na środku posiada otwór na grubą, przezroczystą rurkę, którą otrzymujemy w zestawie.

Pierwsze pociągnięcie ze słomki i już przypomina mi się obrazek reklamujący Tropical Mango Smoothie z oficjalnej, amerykańskiej strony Burger King gdzie oprócz cząstek mango spostrzegłem fragmenty ananasa (wtedy zrodziła się teoria, że Burger King i McDonald’s mogą nam podawać to samo, ale to sprawdzę spożywając jeszcze smoothie w McDonald’s) – zdecydowanie wyczuwalna nuta ananasa, którą po chwili przykrywa delikatnie mdłe i słodkie ale nad wyraz znakomite i wyraziste mango. Pociągając dalej ze słomki nie wyczujemy już zbyt wiele ananasa. Jak na mango smak jest bardzo intensywny i dużo bardziej zdecydowany – w porównaniu do owocu wyeliminowano niezdecydowaną, mydlaną nutę i dodano dużo więcej świeżości, soczystości i w rzeczy samej to mango jest dużo bardziej owocowe.
Gładkość struktury jest porażająca, nie brakuje mi tu ani trochę mleczności, jakichkolwiek grudek czy chrupek – wystarczy ten idealnie przemielony lód z sokiem. Słówko smooth, które niestety nie posiada gastronomicznego odpowiednika w polskim języku znakomicie oddaje to z czym mamy do czynienia.VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując Tropical Mango Smoothie a w Polsce po prostu Mango Smoothie to produkt warty wydanych na niego pieniędzy – nie orzeźwia co prawda jak wytrawne napoje bezalkoholowe, ale potrafi skutecznie nas ochłodzić i zapewnić dawkę solidnych, soczystych, wyrazistych owocowych doświadczeń.

Nie spodziewajcie się rozcieńczonego soku – nastawcie się na coś o konkretnym smaku a jedyne co w nim złego to możliwy ból zębów wywołany chłodem.

Frytki w Maku są z ziemniaków.

W dniach 10-11. czerwca brałem udział w organizowanej przez McDonald’s wycieczce, która-miała na celu ujawnić skąd w McDonald’s biorą się frytki i czemu są takie pyszne.

W wycieczce brały udział dwie sprawne organizatorki czyli Aga i Karolina z agencji 24/7Digital, które zajmują się obsługą fanpage’a McDonald’s, autorka bloga MAFFASHION, dwóch konkretnych pracowników McDonald’s gotowych odpowiedzieć na wszelkie wątpliwości: Marcin Zachwyc – Quality Assurance Supervisor oraz Dominik Szulowski – Public Relations Manager, kolejno znakomity Żorż ze Street Food Polska, Michał Gąsior znany jako BLOGosławiony, dziennikarz z HotMoney.pl Andrzej Mandel i ja.

Ogółem rzecz biorąc wycieczka polegała na zaobserwowaniu drogi ziemniaka od pola i piwnicy przez fabrykę do samego punktu McDonad’s i łapek klienta.
Pierwsze dwie części przez większe i mniejsze błędy okazały się jedynie teoretyczne, za to fabryka, zaplecze i kuchnia McDonald’s zostały pokazane praktycznie z każdej strony.

Długo zastanawiałem się jak rozpisać ten artykuł, o co zahaczyć by pokazać to co najważniejsze i wtedy zastanowiłem się: co właściwie jest ważne dla potencjalnych niedowiarków?
Pewnie chcą mieć pewność, że frytki są z ziemniaków, a nie z jakiejś masy, mączki, czegokolwiek.

Zacznijmy od samej fabryki, zlokalizowanej w Lęborku bardzo blisko polskiego morza (Bałtyku).Frytki (1) Hodowla ziemniaka dla McDonald’s nie jest taka łatwa jak mogłoby się wydawać – należy spełnić szereg norm, założeń a bez tego ani rusz – co jakiś czas w ziemniakach badana jest zawartość pierwiastków, więc to nie jest tak, że amerykański gigant współpracuje z losowymi dostawcami i nie wie nic o ziemniakach z których powstają ich frytki. Ziemniaki w okresie przechowywania leżakują sobie w przygotowanych specjalnie dla nich ogromnych piwnicach gdzie regulowana jest temperatura i wilgotność tak by ziemniaki były cały czas gotowe na pójście do fabryki.Frytki (2)Innovator i Russet Burbank to dwie odmiany ziemniaków wykorzystywane do produkcji frytek dla McDonald’s przez FFP (Farm Frites Poland) – posiadają wystarczająco długie, duże bulwy i odpowiednią ilość skrobi – pierwsze by frytki mogły być długie, a drugie by były tak chrupiące i prawdziwie ziemniaczane jak tylko w McDonald’s.

Odnośnie samej fabryki: Farm Frites Poland produkuje frytki nie tylko dla McDonald’s, ale każdy klient ma swoje indywidualne wymagania. Tak też jest z amerykańską siecią, która należy do najbardziej wymagających odbiorców zakładu w Lęborku.Frytki (3)Dlatego tuż po przyjęciu kilkudziesięciu ton ziemniaków z ciężarówki (zakład przerabia do 600ton ziemniaków na dobę), odbierany jest tak zwany sampel losowych bulw o łącznej wadze około 50kg – ci swoiści reprezentanci całej dostawy muszą pokazać się z jak najlepszej strony w laboratorium gdzie sprawdzana jest:
– wielkość ziemniaka
– zawartość wody w ziemniaku
– ilość wad w ziemniakach po wstępnym obraniu
– ilość kamieni w samplu
– zapach ziemniaka
– temperatura ziemniaka
– barwa ziemniaka po usmażeniuFrytki (4)

Frytki (5)Reszta ziemniaków z danej partii, które ominął zaszczyt godnego reprezentowania swej dostawy przez detektor metali zostaje systemem transportowo-sitowym przetransportowywana i rozdzielana na frakcje o odpowiedniej wielkości, które trafiają na ogromne stosy. Kolejno z całych partii w czymś na kształt wodnej betoniarki odseparowywane są kamienie, które mogły zawieruszyć się między ziemniakami podczas wykopków. Dalej ziemniaki pędzą by się umyć a potem do jednego z najważniejszych momentów w trakcie produkcji – obierania.Frytki (6)Każdy ziemniak wpada do wielkiego kotła gdzie poddawany jest działaniu ciśnienia 20bar, następnie ciśnienie jest redukowane do atmosferycznego w bardzo szybkim tempie i skórka dosłownie odrywa się od ziemniaka. Reszta, która mogła ewentualnie pozostać, zostaje ściągnięta za pomocą czegoś na kształt szczotek i ziemniak, po raz kolejny umyty tym razem już goły wędruje dalej.Frytki (7)A dalej czeka je to na co wszyscy czekali, ale po kolei.Frytki (8)Frytki (9)Systemem ślimaków transportowane są i dzielone na frakcje odpowiadające wielkości ziemniaków, następnie pędzą po lejach, które kierują je prosto do noży wodnych. Nazwa ta odnosi się jedynie do systemu transportowania, który wykorzystując wodę rozpędza ziemniaki do 60km/h, więc nie sądź, drogi Czytelniku, że ktoś tu przecina ziemniaki strumieniem wodnym. Jeszcze przed samą operacją cięcia ziemniak, po tym jak wpadnie do kanału wodnego, jest ustawiany tak by frytki były jak najdłuższe.Frytki (10) Chwilkę później następuje ten moment, który zaprzeczy krążącym ulicznym legendom, mówiącym o frytkach z proszku, z masy ziemniaczanej, z odwodnionych ziemniaków, z syntetycznych kartofli zza zachodniej granicy (a może i zza wschodniej?) – kanałem do noży wpadają ziemniaki a z drugiej strony wylatują frytki, które po chwili łączą się w całe ich morze, które wygląda naprawdę imponująco.Frytki (11)Z tego morza frytek za pomocą systemu kamer, obserwujących frytki pod kątem wad (na przykład zaczernień) i systemu pneumatycznego odrzucane są frytki z wadami, których (zależnie od zamówienia i przyjętych standardów) bywają różne ilości.Frytki (12)Nie mogę ręczyć, że to co widzieliśmy nie było jednorazowym pokazem jedynie na potrzeby propagandy, że pod osłoną noży wodnych nie kryje się machina do zamiany proszku na frytki, ale dla mnie te dwie wersje wyżej są pewne jak to, że Bronisław Komorowski od jutra zacznie miotać oszczepem.
Po tym jak już objawiłem Wam to co widziałem, w co głęboko wierzę i że tym mogłem przekonać choć jakąś część niedowiarków powiem Wam co dalej dzieje się z ziemniakami, które są już frytkami: idą do kąpieli cukrowej, zależnie od posiadanej ilości glukozy przebywają tam dłużej lub krócej, kolejno są blanszowane w gorącej wodzie, lekko podsmażane na tłuszczu i szybko zamrażane (różnica temperatur w bardzo krótkim odstępie czasowym wynosi ponad 100°C), dalej już tylko transport, pakowanie i transport do McDonald’s gdzie te kawałki ziemniaka o przekroju 7.5×7.5mm zostają wrzucone na głęboki tłuszcz i po chwili podane do naszych łapek.Frytki (13)
Frytki (14)Frytki (15)Można też wspomnieć, że w zakładzie FFP laboratorium wyposażone jest w dokładnie takie frytkownice jak punkty McDonald’s, urządzenia do sprawdzania wilgotności, koloru frytek, wzorniki, które obrazują odpowiednie rodzaje wnętrza frytki po jej przełamaniu i kilka innych przedmiotów, których moglibyśmy się spodziewać jak tego, że od jutra Bronisław Komorowski zacznie miotać oszczepem (ojej, znowu?).Frytki (16)
Frytki (17)Dodatkowo z ciekawostek pokazano nam linię produkcji placków ziemniaczanych i urządzenie do wytwarzanie karbowanych frytek.

To była bardzo pouczająca i interesująca lekcja z produkcji pożywienia. Co prawda nie pierwsza moja taka gdyż zdarzyło mi się już pracować w podobnych zakładach, ale w ciągu kilku godzin poznać całą drogę ziemniaka do frytki to imponujące.
Dodałem kilka zdjęć, ale gdyby ktoś życzył sobie ich więcej to chętnie wkleję jeszcze te Was interesujące.
Powiem jeszcze coś w tajemnicy: od tamtej pory frytki w McDonald’s smakują mi jeszcze bardziej.

Duży i Smaczny?

BigTastyW Polsce pojawia się tak często jak słoneczne dni, jego grono fanów jest na pewno większe niż wielbiciele grupy Feel a tak nawiasem mówiąc rozpada się trochę mniej i rzadziej niż ci przedstawiciele nurtu nju uejw polisz pap. Jego smak musi być więc znakomity.
Wyciągnięty z pudełka powinien robić wrażenie przynajmniej tak dobre jak przyszły zięć na pierwszym, oficjalnym obiedzie u teściów. Ilość składników powinna przytłaczać jak ciśnienie rzędu 20bar a całość to przecież klasyk nad klasyki(!), ale od początku.

W różnych krajach różnie nazywany, ale w większości podobny jeżeli chodzi o zestawienie składników. Wyprodukowany by zagrozić kanapce Whopper produkowanej przez sieć Burger King, która jest takim klasykiem wśród kanapek jak Sienkiewicz w polskiej literaturze.
Klasyk klasykiem, ale standardowy Whopper jest ubogi jak Charlie przed spotkaniem z Willym Wonką dlatego też warto zabrnąć nieco dalej i poprosić o dodatkowy ser czy bekon.
Punkt McDonald’s w Slough przy Farnham Road oferuje dania w Drive Thru, lecz nie posiadając samochodu wygodniej spożywa się w lokalu.
Z towarzyszką spożywania zamówiliśmy Chicken Legend with Cool Mayo oraz Big Tasty with Bacon w zestawach powiększonych – sam Big Tasty to koszt 5.29£, wersja z bekonem 5.69£ a do zestawu powiększonego należy doliczyć 0.40£.
Koszta to wręcz spore, ale zrozumiem tych, którzy będą mieli okazję zjeść tę kanapkę tutaj poza sezonem i wydadzą te pieniądze właśnie na Big Tasty.

The Big Tasty, served with bacon, features a 100% beef patty with square cut lettuce, onions, two tomato slices, Big Tasty sauce and three slices of cheese, made with Emmental, all in a sesame-topped bun.
Tak swój produkt na oficjalnej brytyjskiej witrynie internetowej opisuje McDonald’s.
Serwowany z bekonem – dokładnie tak. 100% wołowiny – ja za to nie ręczę, ale wierzę jak Muzułmanie w Allaha. Pocięta w kwadratowe kawałki sałata – zwykła i lodowa, prawie, że standard. Cebula – niestety biała, więc wolę bez. Dwa plastry pomidora, o którym mam tak dobrą opinię jak o Szymonie Majewskim – dwóch Szymonów Majewskich? Wolałbym już podwójną Weronikę Rosatti, choć to i tak niewiele lepsze.
Big Tasty sos – oryginalny sos McDonald’s, tak jak w przypadku sosu do burgera BigMac jedyny i niepowtarzalny, nieużywany nigdzie indziej a tajemnica jego składu jest strzeżona tak pilnie jak wrota Pałacu Prezydenckiego (może nawet trochę lepiej). Trzy plasterki sera… Ementalera. Ekhm. O tym za chwilę.
Wszystko zamknięte w sezamowej bułce o znanej wszystkim jak bracia Mroczek strukturze.

Właściwie to od niej powinienem zacząć. Lubię tę bułkę jak filmy pod egidą Marvel – jest miękka, puszysta, nieco zapychająca i dosyć aromatyczna. Trochę się rozwarstwia a sezam na jej wierzchu dodaje uroku kontrastując z ciemną skórką.
Z mniej ważnych rzeczy, które smaku zbytnio nie wzbogacają i są tam jedynie po to by w tabelach wartości odżywczych można było dopisać kilka mikrogramów witamin to sałata, której ilości pokryłyby powierzchnię niejednego boiska do gry w piłkę nożną – kolejnym razem poproszę o nieco mniej i pomidor, a nawet jego dwa plastry, które potrafiłyby sprawić, że nawet najwyższe wały przeciwpowodziowe by się poddały. Smak tych warzyw jest płaski i blady jak pojęcie Bartosza Arłukowicza o polskiej służbie zdrowia.
Cebula, niestety biała (jak już wspominałem, uważny Czytelniku) dodaje nieco chrupkości i (o dziwo!) ostrego, cebulowego smaku, który zazwyczaj niezbyt sobie cenię, choć akurat w tym przypadku okazuje się dosyć przydatny a to z powodu reszty składników, które (może oprócz bekonu) składają się na dosyć mdłą kompozycję. O tym jednak kilka słów w podsumowaniu.
BigTasty (1)BigTasty (2)Kolejno bekon – gdy jadłem go w Windsorze był idealny – niezbyt słony, idealnie soczysty a jednocześnie chrupiący i wyzwalający w mózgu przez kubki smakowe reakcję typu: więcej świni! W Slough nieco go przypalono, ale to jego (a właściwie nie jego) jedyna wina, nic innego nie mógłbym mu zarzucić – nadal smaczny, wyrazisty i nieprzesadzony.
Ser czyli Ementaler, który w mojej opinii, oprócz barwy niewiele różni się od spotykanego zazwyczaj w kanapkach McDonald’s Cheddara. Miałem z nim wyjątkowy problem – strona internetowa podaje, że powinno się go tam znaleźć trzy plastry i na grafice rzeczywiście tyle ich jest. W Windsorze otrzymałem jednak tylko dwa a w Slough ani jednego – nic z tego nie rozumiem, kolejnym razem przy innej ilości niż trzy przejdę się do kas z zapytaniem jak to naprawdę wygląda.
Burger – prawdziwy ćwierćfunciak – 113.4g wołowiny. Stuprocentowej, soczystej, nieco łykowatej, choć tym razem dosyć miękkiej i standardowo doprawionej jedynie solą i pieprzem – dzięki niebiosom nie octem słodowym.
Połączeniem majonezu i lekkiej musztardy określiłbym zwieńczenie całości czyli sos Big Tasty. Nie jest aż tak dobry by nie móc się nim nacieszyć do końca przy każdym gryzie – jest w porządku – jak kolega z ławki, którego przydzielili odgórnie – wszystko z nim w porządku, ale na imprezę nigdy go nie zaprosisz.
Kompozycja jest delikatna, bardziej majonezowa, z ledwie wyczuwalną nutą octu i zanikiem jakichkolwiek przypraw.

Całość to klasyka w pełnym wymiarze: konkretny burger ze sporą ilością mięsa, sera, warzyw, sosu i smacznym dodatkiem w postaci boczku.
Niestety, przez jego rozmiar (jest przynajmniej o pięćdziesiąt procent szerszy od Big Maca), dużą ilość półpłynnych (pomidor, sos) składników oraz sałatę sporo wypada spomiędzy bułki a często sam burger zaczyna się wysuwać co bardzo utrudnia spożywanie a mnie przysparza wiele frajdy.BigMac vs. Big TastyGdyby nie cebula i bekon smak byłby mdły i nudny – te dwa składniki dodają nieco animuszu i sprawiają, że cała kompozycja staje się bardzo smaczna i sycąca – choć z tym drugim przy 890kcal nie powinno być żadnego problemu.
Czy jest duży?
Można by tak rzec.
Czy jest smaczny?
Jest na pewno udaną klasyczną kompozycją, obok której nie można przejść obojętnie.
Ze swojej strony polecam, choć Big Tasty w walce z moim ulubionym Big Kingiem nie miałby szans. Na pocieszenie możecie mu przekazać, że gdyby w Polsce był dostępny częściej niż dwa miesiące w roku to raczej on byłby najczęściej spożywaną przeze mnie pozycją w McDonald’s.

Walkers Sensations

Brytyjskie Walkers to jedne z najpopularniejszych chipsów na wyspach. Marka,która według danych Wikipedii powstała jeszcze pod koniec XIX wieku, jakiś czas temu została przejęta przez Frito Lay, które z kolei jest marką koncernu PepsiCo, ma w swoim posiadaniu niemal 50% brytyjskiego rynku chipsów. Przez to, że mogą pochwalić się dużo bardziej interesującą i rozbudowaną paletą smaków niż ich polskie odpowiedniki postanowiłem nieco się na nich skupić, ale w trochę inny sposób niż zwykle – co jakiś czas będę dopisywał analizę kolejnego smaku do tego testu i tak stopniowo zamknę całość (o ile wystarczy mi czasu nim wrócę do Polski).
Co prawda miałem pomysł by zacząć od standardowej linii, która liczy sobie aktualnie dziesięć smaków, ale bardziej zainteresowała mnie produkowana od 2002 roku linia Sensations – konkretne, badzo nietypowe smaki (na przykład produkowany jakiś czas temu Slow Roasted Lamb & Mint), na pewno nie dla każdego (jak choćby opowieści spod znaku Harlequin). Póki co skupię się jedynie na siedmiu rodzajach chipsów, choć do tej linii zaliczają się też orzeszki w chrupiących skorupkach, fistaszki prażone, orzechy nerkowca, ryżowe i orientalne chrupki, migdały  oraz poppadomsy czyli coś w stylu orientalnych chrupiących placków.
Wszystkie występują w smakach których przyswajalne jak mleko dla noworodka nazwy to jedynie: Thai Sweet Chilli czy Roasted Chicken and Thyme. Większość jednak to mieszanka orientalnych smaków i nazw co mnie, jako fana tego typu aromatów, niezmiernie cieszy, a niektórym może połamać język.
Staram się kupować 150g paczki chipsów Walkers Sensations, które kosztują tu zazwyczaj niecałe 2.00£. Opakowania zaopatrzone są w bardzo interesujące grafiki i przyciągają wzrok na półkach sklepowych przede wszystkim swoją barwą – są czarne (nie, bynajmniej nie jestem rasistą).
Skoro wyczerpująco opisałem to w jaki sposób i co będę oceniał, uważny Czytelniku, zajmę się teraz analizą pierwszego smaku – babcia Janinka rzekłaby: pierwsze śliwki robaczywki, ale ja mam nadzieję, że tym razem będą smaczne.

Caramelised Onion & Balsamic Vinegar czyli karmelizowana cebulka i ocet balsamiczny – tak to mogłoby brzmieć, choć nie ukrywam, że zazwyczaj bardziej podobają mi się oryginalne angielskie nazwy niż ich polskie odpowiedniki tłumaczone przez mistrzów lingwistyki (patrz przykład filmu Spirited Away).
Paczka na której umieszczono ładny okaz czerwonej cebulki o nieco podrasowanym kolorze, które pod wpływem chyba Microsoft Paint zamienia się niemal na naszych oczach w jakąś nieokreśloną mozaikę oraz dzban z ciemnym jak ulice o zmroku octem balsamicznym dostarcza nam ponad 750kcal.
Obsługa lewarka bywa trudniejsza niż otwarcie tej paczki – niestety, brakuje bocznego zamknięcia dzięki któremu można łatwiej dzielić się z innymi – nie sądziłem, że Brytyjczycy to tacy egoiści.
Po otwarciu – rozkoszny, słodki zapach lekko przypalonej cebulki – rzeczywiście, bardziej wyczuwam aromat jej czerwonej odmiany niż białej. Lekko kwaśnej nuty octu balsamicznego nie udało mi się wychwycić.
W składzie tego produktu nie znalazłem nic interesującego – mieszanka oleju słonecznikowego i rzepakowego, preparat nadający smaku, sól, stabilizator – wszystko tak interesujące i zaskakujące jak każdy z odcinków Benny Hill Show. W składzie preparatu nadającego smak odnalazłem cukier (czyżby coś rzeczywiście karmelizowano?), przyprawy (serio?), kwas cytrynowy (to ma być ten ocet?), suszoną cebulę (nareszcie konkrety), ocet balsamiczny (uff, jest) i kolor w postaci ekstarktu z papryki, który jest odpowiedzialny za barwę przynajmniej 60% chipsów na świecie.
Ktoś tu postarał się o uroczy jak wierszyki z podstawówki opis: The fragrant sweetness of caramelised onions gives a way to the bite of balsamic vinegar, a satisfying balance of sweet and savoury flavours. Co to oznacza?
Aromatyczna karmelizowana cebula robi trochę przestrzeni dla kęsa octu balsamicznego – według marketingowców jest to idealna równowaga między słodkim i kwaśnym smakiem. Anglicy pod względem smaku kwaśnego a już szczególnie octowego mają tak równo pod sufitem jak w Kaplicy Sykstyńskiej – pewnie dobrze im się kojarzy z Fish&Chipsów, w których tradycyjnie dania przyprawia się jedynie solą i octem słodowym – słono-kwaśna prostota, przez niektórych nazywana paskudztwem a innych bezguściem.
Wracając całkowicie do tematu, trzeba przyznać, że chipsy są nad wyraz chrupiące, maja na sobie tyle purchli co babcia Janinka a kolor oczywiście złoty, żaden paprykowy (zaskakujące?) z kilkoma drobinami zieleni. Smak?
Przede wszystkim słodki, ale po chwili odnajdujemy ocet balsamiczny w postaci dosyć intensywnej, kwaskowej nuty, która w żaden sposób nie psuje całości, rzeczywiście te dwa smaki są odpowiednio zbalansowane. W całości jest też wyczuwalna nuta przypalonej cebulki, jednak już nie tak intensywna jak ta znana mi z zapachu.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc to smak dla fanów nietypowych połączeń – nie spodziewajcie się czegoś pokroju sosu słodko-kwaśnego Łowicz z chińskimi warzywami takimi jak bambus z Podlasia i grzyby Mun z plantacji pod Grodziskiem – to jest bardzo intensywna mieszanka przypalonej ze sporą ilością cukru, cebuli oraz mocno wyczuwalnego słodkiego a zarazem kwaśnego octu balsamicznego – to nie wersja mild, ale też dosyć daleko jej do wersji hard, z tego powodu informację marketingowców, że smak jest odpowiednio zbalansowany cenię sobie tak wysoko jak poprzeczkę zawieszał Sergiej Bubka.
Ze swej strony polecam, ale ostrzegam przed zbytnim optymizmem, większości nie podejdą.

Mexican Fiery Sweet Chipotle to kolejna odsłona batalii Żółw versus Walkers Sensations. Tym razem w otwartym niemal 24h na dobę, prawdopodobnie największym w Europie Tesco znajdującym się w Slough, 150g paczkę, dostarczającą podobnie jak wersja wyżej około 750kcal, kupiłem za 1.00£.
Czego spodziewałem się po tym smaku? Mexican Fiery – meksykańskie i ogniste – będzie piekło jak mawiają homoseksualiści przed swoim pierwszym razem. Sweet Chipotle – słodko wędzony smak chilli.
Już mam jakieś pojęcie jak to może smakować: słodko ostry smak wędzonego chilli. Co zatem napisano z tyłu opakowania?
First the deep smoky flavour of chipotle chilli gives a way to sweet pimento and onion, before finishing with a spicy lingering heat. Co marketingowcy mieli na myśli? Na pewno to by opisać to ładnie i zachęcająco, ale zawsze można wychwycić interesujące nas informacje z całości: na początku będziemy mieli do czynienia ze smakiem wędzonego chilli, następnie słodka i lekko ostra papryka z cebulą a na koniec czeka nas coś ostrego.
Po takich przygotowaniach czas na bezproblemowe otwarcie czarnej paczki z grafiką na której pomarszczona, czerwona papryczka rozwarstwia się na coś pokroju mozaiki w niezbyt dobrze urządzonym mieszkaniu a w tle leży kupka mieszanki przypraw o kolorze ciemnego, sproszkowanego imbiru.
Otwieram i?
Wokół zaczyna unosić się zapach bożonarodzeniowej kuchni babci Janinki. Spodziewać się mogłem różnych wersji zapachu tych chipsów, czytając to co na opakowaniu sądziłem, że jestem przygotowany na różne opcje, ale rzeczywistość okazała się brutalna jak pokazy WWE – te chipsy pachną bigosem(!). Kwaśny aromat kapusty kiszonej miesza się z wędzonymi grzybami i kiełbasą. Może przesadzam jak w programie Rok w Ogrodzie na TVP1, ale jedyne o czym mówią marketingowcy na opakowaniu a co wyczuwam w tym zapachu to zapach dymu wędzarniczego i może delikatna nuta słodkiej papryki. Według składu powinienem też wyczuć: suchą cebulę, suchy czosnek, olej z pora(?), czerwoną paprykę, pietruszkę, kolendrę, kurkumę, cynamon – no cóż? Ja czuję jedynie bigos. Za kolor odpowiedzialna jest jak zazwyczaj czerwona papryka co interesujące, bo oprócz zielonych, ciemnobrązowych i czerwonych drobinek zauważyłem tyle paprykowego koloru co elementów o barwie fluorescencyjnego różu w kościołach.
Skoro chipsy zaskoczyły mnie w tak samo dziwny, ale przyjemny sposób jak zakończenie filmu Fight Club już samym zapachem to może chociaż smak będzie bardziej przypominał to co na opakowaniu a nie to co w garnku babci Janinki tuż przed końcem roku.
I rzeczywiście smak jest tak daleko od zapachu jak TGV od InterRegio – na początku dosyć słodki, może nawet za słodki, mieszający się z nutą wędzonego czegoś (bardzo ciężko stwierdzić co to) by po chwili zamienić się w dosyć ostry, lekko piekący choć nadal nieco przesłodzony smak chilli.VLUU L200  / Samsung L200Te konkretnie chrupiące cienkie plastry ziemniaków smażone na oleju rzepakowym z dodatkiem słonecznikowego zaskoczyły mnie na całej linii swym zapachem i smakiem co nie zmienia faktu, że są zwykłymi przeciętniakami wśród innych. Dodatkowo w mojej opinii są zbyt słodkie co sprawia, że głównie czujemy ich cukrowy posmak a dopiero kolejno ostry i słony smak – może to interesujące, ale niezbyt smaczne.
Prawdopodobne, że jest to ostro-słodkie chipotle, ale bardziej brytyjskie niż meksykańskie. Smakujące cukrem i ostrą papryką miało takie szanse by mnie zachwycić jak obraz Mucha na Połaci Śniegu autorstwa mojego znajomego z gimnazjum. Ze swojej strony zachęcam by spróbować z nadzieją, że może w kolejnej rundzie odnajdę coś smaczniejszego.