The B.O.S.S (pol. S.Z.E.F)

Big Original Sanders Sandwich czyli Duża, Oryginalna Kanapka Pułkownika Sandersa – tak brzmi jej pełna nazwa.
W polskiej części sieci Kentucky Fried Chicken kanapka przybliżana jest klientom za pomocą hasła: Szef wszystkich kanapek!

Z której strony by na to nie patrzeć była to kolejna szansa dla KFC na pełną rehabilitację po udanej jak występ Joanny Moro w Opolu kanapce Rocker i nieco bardziej udanych ITwistach (nie mylić z produktami marki Apple). Ostatnimi czasy za jedyny sukces tej sieci uznaję siedmiotygodniowy pobyt wręcz legendarnego Qurrito na rynku.
Amerykańska sieć, specjalizująca się w daniach drobiowych a głównie panierowanych częściach kurczaka, w mojej opinii od jakiegoś czasu przeżywa kryzys nie mniejszy niż grecka gospodarka – dlatego każdą wzmiankę o nowościach i promocjach w KFC traktuję bardzo poważnie, staram się od razu przetestować nowe produkty i dać im po prostu szanse, której (tak na marginesie) zazwyczaj nie wykorzystują.

Tym razem wartości kaloryczne można poznać już dzień po premierze produktu, na polskiej witrynie internetowej KFC, choć nadal czekam na odpowiedź mailową w tej sprawie. W punkcie KFC przy ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu, w centrum handlowym M1 nie uzyskałem żadnej informacji na ten temat. Niezmiernie mnie to dziwi, bo nie wyobrażam sobie żeby tak duża sieć wprowadzała do swych punktów nowy produkt a pracownicy nie potrafili podać choćby ilości kalorii w nim zawartych – to jak chcieć kupić samochód, przejść się do salonu dealera a sprzedawca informuje nas, że to nowy model i nie ma pojęcia jaką pojemność ma silnik…

Odbiegając od tych dygresji wspomnę iż mamy spory wybór opcji zamówienia kanapki The B.O.S.S a wśród nich:
Kanapka The B.O.S.S (765kcal) -11.95zł
Kanapka Junior B.O.S.S (404kcal) -6.50zł
Zestaw Junior B.O.S.S czyli małe frytki, dolewka i sama kanapka -10.95zł
Zestaw The B.O.S.S czyli duże frytki, dolewka i kanapka -17.95zł
Box Junior B.O.S.S: pięć sztuk Hot Wings, dolewka, małe frytki, kanapka -19.95zł
Box The B.O.S.S: pięć razy Hot Wings, dolewka, duże frytki, kanapka -25.00zł

Dopłacać kilkanaście złotych za frytki, napój i pięć fragmentów skrzydełek drobiowych w panierce to nie w moim stylu, więc na stole wylądował: The B.O.S.S, Junior B.O.S.S, Grander Texas, duże frytki i Wielka Dolewka (której wielkość głównie zależy od pojemności pęcherza spożywającego oraz długości pobytu w danym lokalu).
Towarzyszka spożywania tymczasowo zajęła się kanapką Grander Texas, więc miałem nieco czasu by poświęcić go obu wersjom S.Z.E.F-a. Na początek zaserwuję Wam, drodzy Czytelnicy, porównanie gabarytów mojej ulubionej pozycji w ofercie sieci KFC i tych dwóch nowości.VLUU L200  / Samsung L200

Jak widać kanapki z serii B.O.S.S pakowane są standardowo w papier z dedykowanym pod nie nadrukiem. Obie w konkursie szerokości mogą co najwyżej pucować buty Granderowi a i wysokość The B.O.S.S niewiele przewyższa wysokość kanapki Grander Texas, która przecież w tej kategorii jest raczej Arturem Barcisiem niż Wiktorem Zborowskim.
Powiedzmy sobie szczerze – materiały marketingowe McDonald’s czy Burger King nigdy nie będą tak przesadne jak te z KFC. Nie mam pojęcia co marketingowcy tej marki chcą przez to osiągnąć, ale taką taktyką nie ugrają nigdy więcej niż kilka złośliwych komentarzy na fanpage’u na Facebooku. A kto wierzy, że zdjęcie na stronie internetowej czy planszach w punktach KFC odzwierciedla to co dostanie naprawdę to ma w sobie tyle wiary co Marta Wierzbicka mówiąca, że rozbierane zdjęcia otwierają nowe możliwości.
W sumie lepsze to niż więcej predyspozycji.
Po krótkim rekonesansie przyszedł czas na bezproblemowe odwinięcie papierka i odkrycie jednej z tajemnic tamtego wieczoru – oto przede mną i Wami, Junior B.O.S.S:VLUU L200  / Samsung L200

Kanapka opisywana jest na stronie internetowej KFC takim słowami: Nie podołasz wielkiemu B.O.S.S’owi? Spróbuj swoich sił na nieco mniejszej wersji największej kanapki w menu KFC. B.O.S.S. Junior to aromatyczny piklowany kurczak w łagodnej panierce, chrupiąca sałata, czerwona cebulka i plasterki ogórka w puszystej sezamowej bułce.
Zgodnie z niegdyś przyjętym a następnie porzuconym standardem przeanalizuję kanapkę, podpierając się opisem producenta.
Od samego początku: to aż śmieszne by zadawać takie pytanie na początku – sądzę, że z kanapką The B.O.S.S spokojnie poradził sobie dwunastolatek a co dopiero zdrowa osoba w sile wieku? Ale o tym nieco niżej.
Idąc dalej: albo ja nie jestem tu w stanie czegoś zrozumieć z powodu zbyt małej wiedzy (ratujcie, drodzy Czytelnicy o ile tak jest), ale piklowanie to według źródeł, proces garbarski. W mojej opinii, ktoś tu się chyba pomylił jak Doda skacząca na jednym z ostatnich koncertów w objęcia swych fanów, bo ten kurczak powinien być peklowany.
Łagodna panierka rzeczywiście nie jest ani trochę pikantna, za to nieco zbyt słona i właściwie pozbawiona większej ilości nut smakowych. Pod tym chrupiącym i właściwie nie nasiąkniętym olejem poszyciem kryje się soczysty i bardzo dobrze przygotowany (prawdopodobnie) filet z piersi kurczaka – nie jest on ani trochę suchy i w każdym miejscu świetnie usmażony, gdyby nie panierka, której brakuje wyrazu bardziej niż graczom w Scrabble to byłby to zdecydowany atut kanapki.VLUU L200  / Samsung L200Kolejno poruszamy kwestię ogródkową czy też warzywną – jak kto woli.
Sekcja warzyw, jak na tak małą kanapkę jest nad wyraz urodzajna i muszę przyznać iż znajdują się w niej warzywa, które uważam za jedne z najlepszych dodatków do burgerów (choć tu oczywiście mamy do czynienia nie z burgerem a kanapką – mięso nie równa się mięso, ale to już kwestia nomenklatury) czyli czerwoną cebulę i pikle (może stąd to piklowanie?). Dodatkowo mamy tu sałatę, pokrojoną w strzępki.
Warzywa jakościowo jak najbardziej do przyjęcia, wszystko trzy naprawdę chrupiące i świeże jak poranna bryza. Cebula mogłaby być odrobinę bardziej ostra, ale przecież nikt tego nie wyreguluje w procesie dojrzewania. Pikle smakują jak zwykłe ogórki konserwowe z piwnicy Babci Janinki a sałata ma bardzo przyjemny i zaskakująco intensywny smak.
Puszysta bułka to standard wśród sieciówek – lekko posypana sezamem, miękka, aromatyczna, ale tym razem mało konkretna porcja pieczywka daje sobie spokojnie radę z utrzymanie tego co znajduje się w jej wnętrzu.VLUU L200  / Samsung L200Sos o którym nikt nic nie wspomniał smakuje jak słoik majonezu i garść słodkiej papryki w proszku – właściwie tak też wygląda. Z dosyć rzadkiej, białej masy majonezowej przebijają czerwone kropeczki papryki.
Jako całość kanapka to smak sezamowej bułki, kotleta z fileta z piersi kurczaka, takiego jak u Babci Janinki w niedzielę – mdłego sosu, który niestety Juniorowi odbiera mocy a dodaje kalorii i przede wszystkim octowo-gorczycowy posmak pikli, bo w sumie ta nuta, wraz ze zbyt słoną panierką wysuwa się na czoło tej kompozycji.

Uwaga! Nadchodzi szef wszystkich szefów.Tak wielkiej kanapki jeszcze w KFC nie było. B.O.S.S. to chrupiąca sałata, czerwona cebulka, plasterki ogórka, aromatyczny ser cheddar i dużo… bardzo dużo marynowanego kurczaka w łagodnej chrupiącej panierce.
Nie mam pojęcia czy marketingowcy KFC słowem Uwaga! chcą nas zachęcić do spożycia czy może przed nim przestrzec?
Szef wszystkich szefów, po odwinięciu go z dedykowanego papierka w kolorze drewniano-brązowym oraz ze stylizowanym napisem nań okazuje się co najwyżej szefem centrali gazowej w Zamościu.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Trzystopniowe dozowanie bułki bardzo przypomina klasykę McDonald’s czyli BigMaca, ale tu sprawdza się o wiele gorzej – o ile środkowa część spełnia swe zadanie w stabilnym podtrzymywaniu całości to już górna i dolna część są zbyt cienkie by oprzeć się pokusie przeciekania pod wpływem sporych ilości sosu, które jest identyczną, mdłą mieszaniną majonezu i sproszkowanej papryki – niestety, więcej polotu posiada Bronisław Komorowski w swych wypowiedziach niż znalazłem w kompozycji tego dressingu.
Warzywa podobnie jak wyżej – nic się nie zmieniło, bo przecież to ta sama dostawa.
Kwestia ilości kurczaka, którą w opisie poruszają marketingowcy to oczywiście czysty subiektywizm – mam nadzieję, że gdy rozmawiają o innych rozmiarach to już tak nie przesadzają – mogliby tym sprawić zawód nie tylko innym, ale też sobie.VLUU L200  / Samsung L200W mojej opinii ilość kurczaka, który być może był marynowany, jest zadowalająca, ale też nie porywająca – ot taki jeden kotlet z filetu z piersi Babci Janinki (o którym już wspominałem, uważny Czytelniku) bywa większy. Cheddar, szczerze mówiąc, wnosi do tej kanapki dużo więcej niż się spodziewałem. Sądziłem, że jeden marny plasterek zginie wśród nijakiego sosu i plastrów ogórka konserwowego, ale tak nie było – dosyć mocno wybijał się w smaku, choć czuć było, że jest to jedynie jego łabędzi śpiew. Może gdyby w dolnej części znajdował się jeszcze jeden plasterek ser dopełniłby kompozycję znacznie skuteczniej? Nie mnie to oceniać, póki nie spróbuję.
A propos ułożenia – składniki są ułożone na górze odwrotnie do tych na dole, co sprawia, że dolna część bułki wręcz rozpada się w trakcie jedzenia. Kanapka nie jest tak wysoka bym miał problemy z ugryzieniem na całej jej wysokości nawet przy pierwszym kęsie.
Ogół standardowej wersji kanapki The B.O.S.S to głównie posmak octu z ogórków konserwowych, mdląca nuta majonezowego sosu, a w dalszej części chrupiąca lecz mało aromatyczna partia drobiowa i lekko przebijająca się, ale nie mogąca rozwinąć skrzydeł nuta sera Cheddar – może oprócz tej ostatniej mamy po prostu do czynienia z tą samą, choć dużo mniej stabilną i większą kanapką co w opcji Junior. Nie różnią się znacząco jeżeli chodzi o doznania smakowe. Choć w samej niestabilnej strukturze kanapki, połączonej z soczystością kurczaka odnajdowałem duża przyjemność podczas kolejnych kęsów.

Pepsi z dozownika odpowiednio, chłodna i intensywna w smaku – dozowanie lodu bez zarzutów. Kubełek wypełniony niesolonymi frytkami, które posiadają dużo większy powierzchniowo przekrój niże te z McDonald’s czy nowe z Burger Kinga są chrupiące, smaczne, posiadające odpowiednią ilość skrobi, choć może czasem zbyt suche – jako dodatek sprawdził się doskonale – polecam.VLUU L200  / Samsung L200

W podsumowaniu przytoczę może takie oto powiedzenie: z pustego to i Salomon nie naleje.
Cóż poradzić jeżeli ktoś sądzi, że w dobie ciągle powstających punktów sprzedaży burgerów (czy to foodtrucki wszelkiej maści czy burgerownie w lokalach) zawojuje kubki smakowe swoich klientów sznyclem z piersi kurczaka, majonezem i warzywami?
To nie ten kierunek w mojej opinii – The B.O.S.S nigdy nie będzie szefem kanapek, choćby w KFC, bo nawet nie jest w stanie gonić Grandera (chyba, że w kwestii kosztów) a co dopiero go dogonić.
Jest to raczej zwykły pracownik w dyrektorskim przebraniu w postaci ładnej otoczki marketingowej – do prawdziwego rządzenia i dzielenia wiele mu brakuje.

Orient po polsku w amerykańskiej sieci.

Nareszcie – powiedziałbym. Minęło niemal dwa miesiące gdy osoby obsługujące fanpage McDonald’s na Facebooku zawiadomiły fanów (w tym również mnie), że na okres wakacyjny, McDonald’s przygotował kilka nowości a wśród nich mrożone desery, kawy, kanapkę Big Classic Western, która składem różniła się tak bardzo od poprzedniego Big Western jak każdy kolejny film z cyklu (od części pierwszej do trzeciej) Terminator a rozmiarem jak Tomasz Adamek i Witalij Kliczko. Do tego zaanonsowano dwa a właściwie cztery rodzaje McWrapa, które otrzymały przydomek orientalne.

Z jakiego powodu mówię o czterech a nie dwóch rodzajach? Zacznijmy od samego początku: dwa rodzaje McWrapa Orientalnego to Aromatyczny Kurczak i Soczysta Wołowina. Kolejne dwa podrodzaje każdego z nich wiążą się ze smakiem sosu jaki dobiera się do nich w kasie tuż po uprzednim wydaniu z siebie dźwięku: yyy…
Czyli z której strony by na to nie patrzeć mamy wybór niemal jak w większości kebabów w naszym kraju – wouowina ci kuciak?
I kolejno: sos otri ci uagodny?
Na koniec okraszone: duzi w cienkim ciecie, proszim!

Cztery McWrapy zostały zakupione w punckie sieci McDonald’s na ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu. Dwa z nich doczekały się obstawy w postaci McZestawów powiększonych (+685kcal z Coca-Colą / -16.40zł) a dwa kolejne pozostały samotne (-10.90zł).

Odbiegłem nieco od tematu, ale nie sądzę, by w tym samym czasie poseł Ryszard Kalisz zdążył odbiec dalej. Kontynuując kwestię McWrapów Orientalnych w McDonald’s należy wspomnieć o ich składzie. To, że na oficjalnej, polskiej witrynie internetowej sieci McDonald’s opisy ofert sezonowych znajdziemy jedynie w newsach jest niemal tak oczywiste jak to, że powieść Pięćdziesiąt Twarzy Greya autorstwa Eriki Leonard to pewien rodzaj soft-para-porn przechodzący w Harlequin naszych czasów skierowany do zapyziałych nastolatek, chcących przeczytać o czymś czego nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
I znów odbiegłem od tematu… Obiecuję, że to już ostatni raz, drogi Czytelniku. Co do składu McWrapów Orientalnych w newsie z dnia 02.07.2013 roku czytamy:
McWrap Orientalny Aromatyczny Kurczak to zupełnie nowa odsłona mięsa kurczaka marynowanego w ziołach podawanego w dobrze przyprawionym pszennym placku z chrupiącą kapustą, zielonym ogórkiem i sosami. Do wyboru wersja klasyczna i pikantna.
McWrap Orientalny Soczysta Wołowina to kolejna nowość. Siekana wołowina z ziołami, chrupiąca sałata, orzeźwiający ogórek, sosy, a to wszystko zawinięte w aromatyczny pszenny placek. Pozycja dostępna w dwóch wariantach: łagodnym i ostrym.

Jak widać w opisie oba rodzaje McWrapa niewiele się różnią – głównie rodzajem i sposobem przygotowania mięsa. Jeżeli chodzi o warzywa to nie trafiliśmy na festiwal a raczej zlot rozmiarów corocznego spotkania poławiaczy pereł bałtyckich. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracę głównie będzie wykonywał (jak to często bywa) asystujący sos a laury zbierze tak czy inaczej gwóźdź programu, którym niechybnie jest mięso – przygotowane całkiem inaczej niż inne pozycje wołowe czy drobiowe w sieci McDonald’s. Sama możliwość wyboru między wersjami pikantnymi a łagodnymi uznaję za posunięcie niemal tak znakomite jak szewski mat podczas gry w szachy. Wybór rodzaju mięsa a następnie wersji smakowej na pewno świetnie wpływa na podświadome postrzeganie marki przez jej klientów.

Analiza nie będzie obszerna jak akt oskarżenia Katarzyny Waśniewskiej, bo zbyt wiele do analizowania tutaj nie mam.
Zacznę od McWrapów w wersji drobiowej (czyli mówimy o mięsie, które dojrzewa szybciej).
McWrap Aromatyczny Kurczak: (wersja Klasyczna: 408kcal / wersja Pikantna: 412kcal)
Na początek to co na zewnątrz – pszenny placek, który w standardowej wersji jest jedynie wypieczoną mieszaniną mąki pszennej i wody. Tutaj w wersji przyprawionej – nie mam pojęcia co może to oznaczać i jakimi przyprawami go potraktowano, ale na pewno suszona papryka miała w tym spory udział gdyż placek nie jest blady jak pojęcie Marty Wierzbickiej o kręceniu vloga a pomarańczowo-czerwony, o odcieniu jasnej cegły. Kapusta przywodzi niezmienne skojarzenia z najmniej smacznym kebabem jakiego kiedykolwiek przyszło mi spożywać a który dostępny był w sieci KFC. Na szczęście tu doświadczymy ilości tego warzywa, które nie przekraczają tych w daniach z chińskich restauracji na polskich rynkach. Pocięta wręcz wzorowo na cienkie i krótkie kawałeczka – bardzo świeża i bardzo chrupiąca, choć do całości nie wnosi zbyt wiele smaku. Ogórek podany w postaci kilku cienkich plasterków ze skórką jest pełen ogórkowego smaku i niemniej świeży niż kapusta.VLUU L200  / Samsung L200W końcu nadszedł czas na skosztowanie mięsa. Na samym początku naszej przygody z McWrapem wydaje się, że jest go tyle co wygranych pucharów w dorobku Pawła Brożka, ale z coraz dalszym spożywaniem nasza drobiowa wkładka nabiera w tej kwestii rozmachu, którego nie powstydziliby się arabscy szejkowie inwestujący w Bahrajnie – cała dolna część pszennego, zabarwionego placka jest bowiem wypchana jak zwierzęta w kolekcji Babci Janinki stojącej na meblościance z lat siedemdziesiątych. Niestety na samym dnie placek jest zwinięty w taki sposób, że w większości to jego strukturę czujemy pod naciskiem zębów. Mięso jest pokrojone w niezbyt drobną kostkę, a właściwie w skrawki, które często możemy spotkać w drobiowych wersjach zwykłych kebabów z ulic Żeromskiego, Sienkiewicza czy Floriańskiej i temu podobnych w całej Polsce. Bardzo smacznym, odpowiednio i nieprzesadnie przyprawionym kawałkom kurczaka nie brakuje soczystości i kruchości – jest to najlepsze drobiowe mięso bez panierki jakie przyszło mi spożywać u sieciówkowych gigantów. Byłbym nawet w stanie przyznać, że by tak smakowało, musiało być uprzednio marynowane, możliwe, że nawet w ziołach, bo mięso, jak w nazwie jest rzeczywiście mocno aromatyczne.
I na sam koniec asystent, który sprawia, że to o nim a nie o strzelającym bramkę piszą gazety i branżowe portale – mowa o sosie, a właściwie sosach.
Wersja pikantna to ostry, dosyć rzadki płyn na bazie pomidorowej, który pod względem dodatków nie wyróżnia się niczym szczególnym – jest po prostu pikantny (jak obiecano na planszy, znajdującej się nad kasami) i paprykowo-pomidorowy.
W wersji klasycznej sos jest tak interesujący jak informacja o sukni ślubnej Ewy Chodakowskiej na okładce nowego wydania tygodnika Party (nie mylić z party hard). Zdecydowanie łatwiej wyczuć nam smak mięsa niż sosu, który właściwie przypomina coś pomiędzy majonezem a jogurtem z nikłym dodatkiem ziół i przypraw.
To co chwali się sieci McDonald’s w kwestii tych dwóch zwilżaczy to to, że nie zabijają one smaku całości a za to znakomicie komponują się z resztą składników, tworząc bardzo smaczną kompozycję, w której dominuje smak świetnie doprawionego, soczystego kurczaka a dodatki pozostają dodatkami – sprawiając, że mamy w rękach bardzo smaczny, zbalansowany przedmiot spożywania.VLUU L200  / Samsung L200

McWrap Soczysta Wołowina: (wersja Łagodna: 587kcal / wersja Pikantna: ?kcal)
Do opisania tej wersji McWrapa na pewno użyję mniejszej ilości słów niż do opisania poprzedniej – dlaczego?
Ponieważ większość składników jest podobna do tego co opisałem wyżej jak Rafał Mroczek do swego brata Marcina. Placek opisany wyżej to ta sama kompozycja mąki, wody, suszonej papryki i rzekomych przypraw, które czuję jak Babcia Janinka rytmy d’n’b. Kolejno warzywa – ten sam, ogórkowy ogórek pokrojony w cienkie, chrupiące plastry. Pewnym novum jest sałata, która zastępuje kapustę i robi to w sposób dosyć zadowalający – jest co prawda mniej chrupiąca, ale z drugiej strony raczy nas pełniejszym, warzywnym smakiem, którego kapuście brakuje.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Mięso to bardzo podobny do tego z McWrapa w wersji Tzatziki, przyrządzony na grillu, kotlet z siekanej wołowiny, tym razem jednak przyprawiony nie czymś pokroju przyprawy gyros a bardziej mięsny i mocno ziołowy. Do tej pory sądziłem, że wkładka z wyżej wymienionego McWrapa w stylu greckim (na szczęście nie kryzysowym ani tym bardziej tandetnym pokroju reklamy serka Hochland Piato) jest najsmaczniejszą z tych spotykanych w sieci McDonad’s, ale zdecydowanie soczysta i konkretna porcja mięsa, która wręcz zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami (w tak małym ruloniku wydaje się być naprawdę spora) z McWrapa Soczysta Wołowina przejęła palmę pierwszeństwa.
W tym produkcie znalazłem też coś czego nie mogłem rozszyfrować – wyglądało trochę jak natka pietruszki, nawet tak smakowało, ale bardzo płasko i ciężko mi z pełną dozą prawdopodobieństwa poinformować Was, drodzy Czytelnicy, że to właśnie to.
Na sam koniec sosy, choć sam nie mam pojęcia co mogę tu napisać gdyż w mojej opinii nie różnią się od tych z opcji drobiowej omawianych McWrapów – sos z wersji pikantnej to pomidorowo-paprykowa kompozycja nie pozbawiona ostrości, ale też nie potraktowana hektolitrami Tabasco – wystarczająco ostra by dodać nieco ognia do całości dania, ale na szczęście nie na tyle by zagłuszać smak mięsa. Sos z wersji łagodnej  to podobny, jogurtowo-majonezowy wytwór, któremu wyraźnie widoczne zioła niewiele pomagają w wybiciu się na wyższy poziom kultury smakowej.
Również muszę wspomnieć iż sosy raczej dodają całości smaku niż utrudniają wyczucie nut smakowych innych dodatków co w mojej opinii jest dużym plusem.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, seria McWrapów Orientalnych w McDonald’s to seria niemal tak dobra jak początek sezonu Bundesligi w wykonaniu Borussi Dortmund (polskiej – przyp. red. Onet.pl) – świetne zbalansowany smak gdzie dodatki pozostają dodatkami a główni gracze wzbijają się na wyżyny. Bardzo smaczna siekana wołowina i jeszcze lepszy marynowany kurczak wraz z dwoma rodzajami sosów sprawiają, że jest w czym wybierać i każdy odnajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Tylko jedno mnie zastanawia? Gdzie tu orient?
Bo mówimy chyba jedynie o oriencie tureckim czy syryjskim z budki serwującej kebaby na pobliskim deptaku, ewentualnie o festiwalu tańca brzucha w Jaworznie. W mojej opinii choćby jeden z tych McWrapów zasmakuje każdemu (zazwyczaj pewnie i więcej), ale 10.90zł za sam smak, znakomicie przygotowanego niemal-kebaba w cienkim, paprykowym placku pszennym o niewielkich rozmiarach to nieco zbyt wiele.

Lay’s Deli(cious)?

Od chwili gdy Frito Lay Poland ruszyło z kampanią reklamą (zdecydowanie mniejszy rozmach niż nieco nieudane Lay’s Max) dotyczącą nowej, limitowanej serii chipsów zastanawiałem się skąd ta nazwa? Lay’s Deli – czyż może to być skrót od angielskiego słowa delicious, które słusznie kojarzy się z naszymi delicjami – czyli czymś przepysznym, wręcz rarytasem w swej kategorii? Może to jednak powiew orientu pochodzący od nazwy New Dehli czyli stolicy Indii. Tylko gdzie tu orient? Słodkie Tajskie Chilli jeszcze mógłbym pod tę kategorię podpisać, ale Pomidorki Cherry rosną u Babci Janinki w ogródku a Ser z Żurawiną to świetna przekąska serwowana w Zakopanem – także mniej w tym orientu niż w tureckich dywanach spod Bydgoszczy. Być może chodzi o deli co z angielskiego znaczy garmażeria, ale smaki nie odzworowują gotowych potraw. Przykładów tego typu skojarzeń znalazłbym na pewno więcej niż Jerzy Kryszak włosów na głowie. Bez rozstrzygania tej kwestii w mej głowie i na blogu, gwoli ścisłości należy wspomnieć, iż Lay’s Deli to trzy nowe smaki w limitowanej ofercie prezentowane stopniowo, od około 15. sierpnia. Alfabetycznie je wymieniając: Pomidorki Cherry(515kcal/100g), Ser z Żurawiną(518kcal/100g), Słodkie Tajskie Chilli(519kcal/100g). Swoje trzy paczki zakupiłem w sklepie MarGo, płacąc 4.80zł za każde 145g opakowanie. W sprzedaży dostępne są również paczuszki 28g smaku Słodkie Tajskie Chilli. Analizując, postąpię jak przy ustalaniu listy wyżej, więc zacznę od pomidorków:

Pomidorki Cherry: jak wspomniałem wyżej, uważny Czytelniku pomidorki cherry czy koktajlowe rosną w ogródku Babci Janinki. Babcia Janinka ceni je za słodki, intensywny, pełny smak dojrzałych pomidorów i formę – pomidory małych rozmiarów pokrojone na ćwiartki świetnie prezentują się w sałatkach.
A jak wypadają Pomidorki Cherry produkowane przez Frit Lay Poland?
145g paczka z deską Lay’s, na której leży kilka dojrzałych i kilka mniej dojrzałych pomidorów otwiera się jak to zwykle bywa przy opakowaniach tego producenta bez najmniejszych problemów. Zaglądając do środka wita nas blask folii aluminiowej, której dwa płaty, hermetycznie zamknięte, utrzymują dla nas zapach i smak przekąski jaką są pokrojone w cienkie plastry ziemniaki, usmażone na mieszance olejów: palmowego i słonecznikowego, przyprawione: cukrem, octanami sodu, glutaminianem monosodowym, maltodekstryną pszenną, kwasem cytrynowym i zabarwione ekstraktem z papryki.
Zapach, którym witają nas Pomidorki Cherry to mocna, dosyć ciężka ketchupowa nuta i właściwie nic więcej. Smak to ketchupowo-pomidorowa baza z dobrze wyczuwalnym aromatem tradycyjnej zupy pomidorowej przygotowanej na konkretnym wywarze i z użyciem (przecieru z) świeżych pomidorów. Nie są zbyt słone i odpowiednio kwaśne.
Smak bardzo przypomina mi ketchupową odsłonę Lay’s Stix czy chipsów Hyper, produkowanych przez Lay’s po przejęciu Star Foods – w mojej opinii w tym przypadku Lay’s poszło po linii oporu mniejszej niż Niemcy w inwazji na Norwegię w 1940 roku, co nie zmienia faktu, że otrzymujemy smaczne chipsy o smaku po prostu ketchupowym.VLUU L200  / Samsung L200

Ser z Żurawiną: ta wersja Deli to smak, który bezsprzecznie przywodzi skojarzenia z oscypkiem czy pizzą Górlaską dostępną w ofercie sieci pizzerii Dominium. Chwilkę po zauważeniu braku daty przydatności do spożycia w lewym górnym rogu opakowania, towarzyszka spożywania otworzyła paczkę i nasze receptory węchowe zostały poczęstowane bardzo przyjemnym, po części uderzającym lekkim smrodkiem (podobny do Cheetos Ser) aromatem sera, który (być może podświadomie) od razu skojarzył mi się bardziej z grillowanym oscypkiem niż zwykłym, żółtym serem w bloku. W tle krąży nuta czegoś słodkiego i lepkiego – skojarzyła mi się z frużeliną. Struktura chipsów nie mniej satysfakcjonująca niż wyniki oglądalności para-serialu Miłość na Bogato emitowanego przez telewizję VIVA – zdecydowanie twardsze i podobnie chrupiące do standardowej linii Lay’s. W mojej opinii ziemniaki z których je wykrojono zawierają więcej skrobi niż te z których chipsy Lay’s produkowano wcześniej. Kolor to blada a miejscami półprzezroczysta żółć ziemniaka z zaróżowieniami wynikającym ze zrównoważonego jak rozwój Warszawy i Grudziądza oprószania przyprawami. A propos przypraw: w składzie nie znajdziemy nic interesującego, choć brak wzmacniaczy smaku uznałbym za spore zaskoczenie – maślanka i mleko w proszku nadają smaku sera a sproszkowana żurawina odpowiada za odwzorowanie samej siebie. Smak to przede wszystkim nieco skarpetkowa nuta sera i słodka, owocowa nuta – przełamane lekką kwaskowatością, która jednak nie występuje równomiernie w całej kompozycji. Świetne odwzorowanie i przyjemny smak. Bardzo intensywny jak na brak wzmacniaczy pokroju glutaminianu sodu a co za tym idzie brak umami. Chipsy dzięki temu wydają się być lżejsze i mniej tłuste. Polecam.VLUU L200  / Samsung L200

Słodkie Tajskie Chilli: to ostatni smak z edycji Deli, który przyszło mi testować. W teorii ma on za zadanie odwzorowywać smak sosu sweet thai chilli, który ma dwojakie oblicze – na początku raczy przyprawioną słodyczą by na finiszu zaatakować odpowiednia ilością kaspaicyny czyli alkaloidem odpowiedzialnym za ostry smak papryczek chilli. To taki cwany lis w owczej skórze, który znakomicie komponuje się z kurczakiem z Twojego kurnika czy krową z zagrody (oczywiście po uprzednim przygotowaniu).
We Frito Lay Poland chyba skrupulatnie zabrali się za przepis na prawdziwy sos gdyż w składzie mamy: cebulę,pietruszkę, pomidor i czosnek – wszystkie w wersji bezwodnej i zmielonej (czytaj: sproszkowanej). Tajemniczy jak wnętrza sklepów marki Hollister termin przyprawy oraz wzmacniacze smaku (a wśród nich: glutaminian monosodowy i 5′-rybonukleotydy disodowe). Barwnik to już tradycyjny ekstrakt z papryki, którego na chipsach niemal nie widać a wszystko potraktowane solą i cukrem (niemal jak po staropolsku).
Zapach to główna i właściwie jedyna nuta głuchego, mało korzennego pieprzu – nie urozmaicona czy też nie zakłócona niczym innym.
Po pierwszych gryzach smak okazuje się wypadkiem przy pracy pokroju ostatniej katastrofy kolejowej pod Santiago de Compostela – na początku czujemy lekką słoność, następnie cukier a na koniec coś ostrego. Wszystko w porządku i w odpowiedniej kolejności, ale każdy z tych smaków jest zwykły i wręcz papierowy – jak narysowany Magicznym Ołówkiem Piotrka a jednak nieożywiony. Słony bierze się z soli, słodycz z cukru a smak ostry z fragmentów chilli tam dorzuconych, choć bardziej smakują one jak zmiażdżony pieprz – brakuje tu przestrzeni na spojenie całości za pomocą innych, bardziej tajskich aromatów. Cała kompozycja współgra tak dobrze jak The Cinematic Orchestra współgraliby z Dodą i jej wsparciem w postaci zespołu Virgin.
Niestety, najsłabszy smak ze wszystkich trzech – jestem w stanie go zjeść, ale zwyczajnie mi nie smakuje.VLUU L200  / Samsung L200

66.6(6)% tej serii jest udane jak Centrum Nauki Kopernik. Kolejne 33.3(3)% niestety już mniej, co nie zmienia faktu, że Frito Lay Poland w swoich flagowych Lay’sach pokazuje, że jest dosyć mocne jeżeli chodzi o edycje limitowane (wcale nie oznacza to, że standardowa linia jest słaba) i nieco odbija się po klapie jaką okazały się Lay’s MAX. Polecam szczególnie Ser z Żurawiną, Pomidorki Cherry to idealna propozycja dla fanów kanapek z ketchupem czy frytek z tym para-dressingiem. Słodkie Tajskie Chilli rekomendowane dla osób lubiących mieszanki soli, cukru i ostrych przypraw bez żadnego powiązania.

Tom… To znaczy: Ben i Jerry

Ben i Jerry podobno robią najlepsze na Świecie lody od 1978 roku, kiedy to nie mając perspektyw na przyszłość i niezbyt wiele życiowych doświadczeń otworzyli za niewielką sumę pierwszą lodziarnię w Burlington.
Brzmi pięknie, a jak było naprawdę? Tego nikt nam nie powie, więc trzymajmy się wersji oficjalnej.

To tyle tła historycznego, współcześnie, w 2000 roku markę przejął Unilever, sprzedawana jest w niemal 30 krajach (niestety nie w Polsce), prowadzi franczyzowe punkty sprzedaży lodów a w internecie można przeczytać mnóstwo ciekawostek na temat firmy (nie, nie tego pseudo-zespołu od JP).

Kontynuacja tematu wiąże się nierozerwalnie jak posiedzenia sejmowe i nuda z wymienieniem wszystkich smaków jakie producent oferuje. Tu spotyka mnie problem wagi przynajmniej kilku Mariuszów Pudzianowskich przed dietą MMA (Mariusz poleca wszystkim paniom, które nie mogą przyłożyć lewej ręki do lewego ucha), gdyż ilość oferowanych smaków i ich skomplikowanie sięga problemów jakie na każdym kroku dotykają bohaterów telenoweli Klan emitowanej przez Program Pierwszy Telewizji Polskiej. Jedyne co mi pozostaje to odesłać do oferty smaków jaką producent prezentuje na stronie internetowej. W lodach tych możemy znaleźć różne dziwactwa – jak czekoladowe rybki (Phish Food), niedźwiedzie polarne wykonane z białej czekolady (Baked Alaska), kawałki ciast, ciastek, chrupek i tym podobne. W Wielkiej Brytanii najbardziej rozpowszechnioną opcją sprzedaży lodów o których mowa wyżej to 500ml kubeczki (lub jak kto woli 411g) – cena to zależnie od miejsca około 4.50£ (przy ostatniej wizycie w Sainsbury’s przy Farnham Road w Slough była możliwość nabycia dwóch kubeczków za 7.00£). Wybór smaków, porównując z ogólną ofertą jest ograniczony jak ruch w kaftanie bezpieczeństwa. Z tego co sobie przypominam to zazwyczaj jest to około pięciu smaków – niestety, dla osób które nigdy żadnego produktu Ben&Jerry’s nie spożywały (jak przykładowy ja i towarzyszka spożywania) wybór spomiędzy tych kilku opcji rośnie do rangi niemal nierozwiązywalnego problemu. Zagwozdkę zakończył nareszcie wybór smaku Half Baked, którego opis na pudełku brzmi w ten sposób: Chocolate & Vanilla Ice Creams with Fudge Brownies & Chunks of Chocolate Chip Cookie DoughVLUU L200  / Samsung L200Wieczko kubełka jest zafoliowane, zgrzane tak by wytrzymać transport do miejsca docelowego (nie powiem, że przeznaczenia, bo ich przeznaczenie to nasz układ pokarmowy) a folia tak perforowana by bez problemu mogło je otworzyć nawet kilkuletnie dziecko.

Całość opakowania utrzymana w koncepcji łąki i nieba prosto z kreskówki w stylu Baranek Shaun. Mamy tu też krowę, tę samą, która towarzyszy nam na stronie internetowej dodatki z którymi spotkamy się gdzieś między jedną a drugą łyżeczką lodów, skład i kilka ciekawostek (jak na przykład ta, że w 2000 roku ktoś wpadł na pomysł by połączyć kilka klasycznych smaków ze względu na zbyt duży ich wybór i tak powstała wersja Half Baked).

Tuż po otwarciu miła niespodzianka, lody sięgają niemal ponad opakowanie a całe wieczko od środka jest nimi ubrudzone. Wącham i już wiem, że to nie Ben i Jerry a Babcia Janinka maczała w tym palce: dosyć mocna, ciemnawa czekolada na pierwszym planie i świąteczne ciasto Babci Janinki w tle – znakomity, kremowy i delikatnie pieszczący nasze zmysły aromat.
Po chwili dotarło do mnie, ze w dłoni trzymam łyżeczkę a lody nie służą właściwie do wąchania… Zabrałem się za degustację. VLUU L200  / Samsung L200Obie sekcje nie są podzielone a raczej zmieszane, choć to w czekoladowych lodach znajduje się większość braunisów a w waniliowych ciasteczek z czekoladowymi piegami (od razu zaznaczę, że nie maja one nic wspólnego z Pieguskami produkowanymi przez E.Wedel).
Lody czekoladowe są znakomite, choć nieco inne niż na przykład wersja z Magnum lub Grycan – odpowiednio intensywne, dosyć słodkie, smakujące mieszanką mlecznej i ciemnej czekolady – tłuste na tyle by być kremowo-gładkimi – nie ma też mowy o tym by w ich fakturze wyczuć jakiekolwiek ślady zagęstników czy zmrożonej wody. Lody waniliowe mniej wyczuwalne w ogólnej kompozycji, a właściwie przytłumione przez czekoladowe jak Schetyna przez Tuska, są dosyć smaczne, o podobnej konsystencji, ale jednak nie postawiłbym ich wyżej niż chociażby waniliowych lodów marki Manhattan produkowanej przez Nestle. VLUU L200  / Samsung L200To co mnie osobiście zaskoczyło to ilość dodatków, które wymieniłem wyżej – w całych 500ml, które dostarczają około 1100kcal znaleźliśmy ich na tyle, że przy każdej kolejnej łyżeczce mogliśmy schrupać kolejnego braunisa lub ciasteczko – Ben i Jerry widocznie nie są sknerami a pewnie i Babcia Janinka otrzymała swoją dolę.
Pierwsze spotkanie z chocolate brownie i już wiemy czemu nazwa tego specjału to Half Baked – tak jak każde typowe brownie – także i to przypomina nieco zakalcowate ciasto – tym razem czekoladowe. Babcia Janinka nie byłaby zadowolona, ale ja jestem w siódmym niebie – lekko gryzmułowate, przyklejające się do zębów ciasto o przyjemnym, czekoladowym smaku to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej. Smak ciastek z piegami wykonanymi z kawałeczków czekolady jest dosyć interesujący – one również smakują jak niedopieczone a wręcz w ogóle nieupieczone – ich struktura bardzo przypomina surowe ciasto (coś pomiędzy kruchym a biszkoptowym) – wyczuwalna jest jakby faktura mąki, gęsta masa i wciśnięte w nią malutkie kawałki czekolady. Po chwili przebywania w jamie ustnej ciasto przyjemnie się rozpuszcza a kawałeczki czekolady, nieco zmrożone nie chcą odpuścić i dzielnie walczą, na początku będąc orzechem nie do zgryzienia a na koniec czekoladowym przypływem.

Cóż dodać? Znakomite tłuściutko-kremowe lody z mnóstwem pysznych dodatków, których nikt mi nie pożałował. Nie są zbyt słodkie a jednak posiadają odpowiedni, intensywny smak doskonale odwzorowujący to co zostało przedstawione na opakowaniu.
Żałuję tylko, że tak szybko się kończą… Z drugiej strony może to dobrze, bo teraz mam chęć na kolejne smaki a tak mogłyby się przejeść?
Nie, chyba by nie mogły.
Czy są najlepsze na Świecie? Nie mam pojęcia – nie próbowałem wszystkich lodów na Świecie a opinia innych, choć ważna nie zawsze bywa trafna lub subiektywnie: bywa inna.
Ze swej strony polecam – jeżeli tylko będziecie mieli możliwość spróbować ich na zagranicznych wojażach (czasem bywają w losowych miejscach w Polsce) to zróbcie to.

Walkers Sensations

Brytyjskie Walkers to jedne z najpopularniejszych chipsów na wyspach. Marka,która według danych Wikipedii powstała jeszcze pod koniec XIX wieku, jakiś czas temu została przejęta przez Frito Lay, które z kolei jest marką koncernu PepsiCo, ma w swoim posiadaniu niemal 50% brytyjskiego rynku chipsów. Przez to, że mogą pochwalić się dużo bardziej interesującą i rozbudowaną paletą smaków niż ich polskie odpowiedniki postanowiłem nieco się na nich skupić, ale w trochę inny sposób niż zwykle – co jakiś czas będę dopisywał analizę kolejnego smaku do tego testu i tak stopniowo zamknę całość (o ile wystarczy mi czasu nim wrócę do Polski).
Co prawda miałem pomysł by zacząć od standardowej linii, która liczy sobie aktualnie dziesięć smaków, ale bardziej zainteresowała mnie produkowana od 2002 roku linia Sensations – konkretne, badzo nietypowe smaki (na przykład produkowany jakiś czas temu Slow Roasted Lamb & Mint), na pewno nie dla każdego (jak choćby opowieści spod znaku Harlequin). Póki co skupię się jedynie na siedmiu rodzajach chipsów, choć do tej linii zaliczają się też orzeszki w chrupiących skorupkach, fistaszki prażone, orzechy nerkowca, ryżowe i orientalne chrupki, migdały  oraz poppadomsy czyli coś w stylu orientalnych chrupiących placków.
Wszystkie występują w smakach których przyswajalne jak mleko dla noworodka nazwy to jedynie: Thai Sweet Chilli czy Roasted Chicken and Thyme. Większość jednak to mieszanka orientalnych smaków i nazw co mnie, jako fana tego typu aromatów, niezmiernie cieszy, a niektórym może połamać język.
Staram się kupować 150g paczki chipsów Walkers Sensations, które kosztują tu zazwyczaj niecałe 2.00£. Opakowania zaopatrzone są w bardzo interesujące grafiki i przyciągają wzrok na półkach sklepowych przede wszystkim swoją barwą – są czarne (nie, bynajmniej nie jestem rasistą).
Skoro wyczerpująco opisałem to w jaki sposób i co będę oceniał, uważny Czytelniku, zajmę się teraz analizą pierwszego smaku – babcia Janinka rzekłaby: pierwsze śliwki robaczywki, ale ja mam nadzieję, że tym razem będą smaczne.

Caramelised Onion & Balsamic Vinegar czyli karmelizowana cebulka i ocet balsamiczny – tak to mogłoby brzmieć, choć nie ukrywam, że zazwyczaj bardziej podobają mi się oryginalne angielskie nazwy niż ich polskie odpowiedniki tłumaczone przez mistrzów lingwistyki (patrz przykład filmu Spirited Away).
Paczka na której umieszczono ładny okaz czerwonej cebulki o nieco podrasowanym kolorze, które pod wpływem chyba Microsoft Paint zamienia się niemal na naszych oczach w jakąś nieokreśloną mozaikę oraz dzban z ciemnym jak ulice o zmroku octem balsamicznym dostarcza nam ponad 750kcal.
Obsługa lewarka bywa trudniejsza niż otwarcie tej paczki – niestety, brakuje bocznego zamknięcia dzięki któremu można łatwiej dzielić się z innymi – nie sądziłem, że Brytyjczycy to tacy egoiści.
Po otwarciu – rozkoszny, słodki zapach lekko przypalonej cebulki – rzeczywiście, bardziej wyczuwam aromat jej czerwonej odmiany niż białej. Lekko kwaśnej nuty octu balsamicznego nie udało mi się wychwycić.
W składzie tego produktu nie znalazłem nic interesującego – mieszanka oleju słonecznikowego i rzepakowego, preparat nadający smaku, sól, stabilizator – wszystko tak interesujące i zaskakujące jak każdy z odcinków Benny Hill Show. W składzie preparatu nadającego smak odnalazłem cukier (czyżby coś rzeczywiście karmelizowano?), przyprawy (serio?), kwas cytrynowy (to ma być ten ocet?), suszoną cebulę (nareszcie konkrety), ocet balsamiczny (uff, jest) i kolor w postaci ekstarktu z papryki, który jest odpowiedzialny za barwę przynajmniej 60% chipsów na świecie.
Ktoś tu postarał się o uroczy jak wierszyki z podstawówki opis: The fragrant sweetness of caramelised onions gives a way to the bite of balsamic vinegar, a satisfying balance of sweet and savoury flavours. Co to oznacza?
Aromatyczna karmelizowana cebula robi trochę przestrzeni dla kęsa octu balsamicznego – według marketingowców jest to idealna równowaga między słodkim i kwaśnym smakiem. Anglicy pod względem smaku kwaśnego a już szczególnie octowego mają tak równo pod sufitem jak w Kaplicy Sykstyńskiej – pewnie dobrze im się kojarzy z Fish&Chipsów, w których tradycyjnie dania przyprawia się jedynie solą i octem słodowym – słono-kwaśna prostota, przez niektórych nazywana paskudztwem a innych bezguściem.
Wracając całkowicie do tematu, trzeba przyznać, że chipsy są nad wyraz chrupiące, maja na sobie tyle purchli co babcia Janinka a kolor oczywiście złoty, żaden paprykowy (zaskakujące?) z kilkoma drobinami zieleni. Smak?
Przede wszystkim słodki, ale po chwili odnajdujemy ocet balsamiczny w postaci dosyć intensywnej, kwaskowej nuty, która w żaden sposób nie psuje całości, rzeczywiście te dwa smaki są odpowiednio zbalansowane. W całości jest też wyczuwalna nuta przypalonej cebulki, jednak już nie tak intensywna jak ta znana mi z zapachu.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc to smak dla fanów nietypowych połączeń – nie spodziewajcie się czegoś pokroju sosu słodko-kwaśnego Łowicz z chińskimi warzywami takimi jak bambus z Podlasia i grzyby Mun z plantacji pod Grodziskiem – to jest bardzo intensywna mieszanka przypalonej ze sporą ilością cukru, cebuli oraz mocno wyczuwalnego słodkiego a zarazem kwaśnego octu balsamicznego – to nie wersja mild, ale też dosyć daleko jej do wersji hard, z tego powodu informację marketingowców, że smak jest odpowiednio zbalansowany cenię sobie tak wysoko jak poprzeczkę zawieszał Sergiej Bubka.
Ze swej strony polecam, ale ostrzegam przed zbytnim optymizmem, większości nie podejdą.

Mexican Fiery Sweet Chipotle to kolejna odsłona batalii Żółw versus Walkers Sensations. Tym razem w otwartym niemal 24h na dobę, prawdopodobnie największym w Europie Tesco znajdującym się w Slough, 150g paczkę, dostarczającą podobnie jak wersja wyżej około 750kcal, kupiłem za 1.00£.
Czego spodziewałem się po tym smaku? Mexican Fiery – meksykańskie i ogniste – będzie piekło jak mawiają homoseksualiści przed swoim pierwszym razem. Sweet Chipotle – słodko wędzony smak chilli.
Już mam jakieś pojęcie jak to może smakować: słodko ostry smak wędzonego chilli. Co zatem napisano z tyłu opakowania?
First the deep smoky flavour of chipotle chilli gives a way to sweet pimento and onion, before finishing with a spicy lingering heat. Co marketingowcy mieli na myśli? Na pewno to by opisać to ładnie i zachęcająco, ale zawsze można wychwycić interesujące nas informacje z całości: na początku będziemy mieli do czynienia ze smakiem wędzonego chilli, następnie słodka i lekko ostra papryka z cebulą a na koniec czeka nas coś ostrego.
Po takich przygotowaniach czas na bezproblemowe otwarcie czarnej paczki z grafiką na której pomarszczona, czerwona papryczka rozwarstwia się na coś pokroju mozaiki w niezbyt dobrze urządzonym mieszkaniu a w tle leży kupka mieszanki przypraw o kolorze ciemnego, sproszkowanego imbiru.
Otwieram i?
Wokół zaczyna unosić się zapach bożonarodzeniowej kuchni babci Janinki. Spodziewać się mogłem różnych wersji zapachu tych chipsów, czytając to co na opakowaniu sądziłem, że jestem przygotowany na różne opcje, ale rzeczywistość okazała się brutalna jak pokazy WWE – te chipsy pachną bigosem(!). Kwaśny aromat kapusty kiszonej miesza się z wędzonymi grzybami i kiełbasą. Może przesadzam jak w programie Rok w Ogrodzie na TVP1, ale jedyne o czym mówią marketingowcy na opakowaniu a co wyczuwam w tym zapachu to zapach dymu wędzarniczego i może delikatna nuta słodkiej papryki. Według składu powinienem też wyczuć: suchą cebulę, suchy czosnek, olej z pora(?), czerwoną paprykę, pietruszkę, kolendrę, kurkumę, cynamon – no cóż? Ja czuję jedynie bigos. Za kolor odpowiedzialna jest jak zazwyczaj czerwona papryka co interesujące, bo oprócz zielonych, ciemnobrązowych i czerwonych drobinek zauważyłem tyle paprykowego koloru co elementów o barwie fluorescencyjnego różu w kościołach.
Skoro chipsy zaskoczyły mnie w tak samo dziwny, ale przyjemny sposób jak zakończenie filmu Fight Club już samym zapachem to może chociaż smak będzie bardziej przypominał to co na opakowaniu a nie to co w garnku babci Janinki tuż przed końcem roku.
I rzeczywiście smak jest tak daleko od zapachu jak TGV od InterRegio – na początku dosyć słodki, może nawet za słodki, mieszający się z nutą wędzonego czegoś (bardzo ciężko stwierdzić co to) by po chwili zamienić się w dosyć ostry, lekko piekący choć nadal nieco przesłodzony smak chilli.VLUU L200  / Samsung L200Te konkretnie chrupiące cienkie plastry ziemniaków smażone na oleju rzepakowym z dodatkiem słonecznikowego zaskoczyły mnie na całej linii swym zapachem i smakiem co nie zmienia faktu, że są zwykłymi przeciętniakami wśród innych. Dodatkowo w mojej opinii są zbyt słodkie co sprawia, że głównie czujemy ich cukrowy posmak a dopiero kolejno ostry i słony smak – może to interesujące, ale niezbyt smaczne.
Prawdopodobne, że jest to ostro-słodkie chipotle, ale bardziej brytyjskie niż meksykańskie. Smakujące cukrem i ostrą papryką miało takie szanse by mnie zachwycić jak obraz Mucha na Połaci Śniegu autorstwa mojego znajomego z gimnazjum. Ze swojej strony zachęcam by spróbować z nadzieją, że może w kolejnej rundzie odnajdę coś smaczniejszego.

Monster X-Presso Hammer

Na półkach delikatesowych w Slough spotkałem się do tej pory z dwoma innymi rodzajami napoju energetyzującego Monster niż te dostępne w naszym kraju, jeden z nich to dostrzeżony z daleka (prawdopodobnie) Monster Import w puszce z zielonymi akcentami a drugi to ten, którego dziś mam zamiar przeanalizować pod niemal każdym możliwym kątem.

Znacie napoje kawowe ze stacji benzynowych? Te które udają kawę, ale w rzeczywistości są mieszaniną wody, rekonstytuowanego mleka i ekstraktu kawy?
Ja dosyć dobrze – lubię od czasu do czasu napić się tej prawdziwej jak jaja w proszku kawy – chłodnej a jednocześnie pysznie mlecznej, kremowej i delikatnej.
Może dlatego szybko chwyciłem kawowego Monstera?
Bardziej upierałbym się za wersją, że po prostu chciałem go spróbować, bo nigdy wcześniej takiego nie widziałem.

Zacznijmy od 285ml puszki w wersji: czasy starożytne we współczesnym mieszkaniu dystyngowanych ludzi czyli imitacje drewna i złota przeplatane brązowymi wstawkami. Stylizowane monsterowe M, napisy Hammer, X-presso, Monster oraz dopiski coffee i energy, które przedziela jakaś dziwna i pasująca tutaj jak Franciszek Smuda do reprezentacji Polski czaszka z krzyżem.
VLUU L200  / Samsung L200Po prawej od tego napisu miarka z oznaczeniami domniemanej jak niewinność oskarżonego wysokości samego płynu (espresso + milk) oraz piany, którą on wytwarza (foam zone).
A propos piany, za jej wytwarzanie odpowiedzialny jest E942 czyli podtlenek azotu, ale nie spodziewajcie się u siebie zwiększonych obrotów – to działa niestety inaczej.
W jaki sposób? Ja zorientowałem się tuż po otwarciu, ale o tym za chwilę…
W składzie standardowe ekstrakty z ziaren guarany, korzenia żeń-szenia, tauryna, spora ilość kofeiny (zaskakujące jak to, że po wakacjach do ramówki wróci M jak Miłość), niby witaminy (B2, B3, B6), które z takim napojem przyswajają się pewnie tak dobrze jak wiedza na temat historii malarstwa w Gwatemali, poza tym maltodekstryna czy regulator kwasowości, więc ogółem nuda i nic zaskakującego jak w kolejnym odcinku Zbuntowanego Anioła.

Elegancka, czarna, komponująca się z barwą białego złota zawleczka opatrzona logo marki Monster po przechyleniu wywołuje hałas godny Beastie Boys. Piana wypełnia całą nieckę poniżej rantu i już ma się wylewać gdy przykładam usta i zaczynam ja spijać. Oferujący około 125kcal, jeszcze do końca nieotwarty napój syczy groźnie jak zaniepokojony grzechotnik a ja ostrożnie badam teren, spijając kolejne mililitry piany i myśląc, że jednak przesadzili z tym podtlenkiem azotu…
Ostatnie partie piany wydostają się spod zawleczki i wreszcie mogę skupić się na smaku, zapachu i barwie. Raczej w odwrotnej kolejności.VLUU L200  / Samsung L200Przelane do szklanki X-presso (There is no x in espresso!) ma barwę bardzo mlecznej i bardzo rozwodnionej kawy rozpuszczalnej, przechodzącej w kolor cappuccino od Mokate u babci Janinki.
Biorąc pod uwagę, że według marki Monster jest to Espresso Coffee Drink with Milk, to jaki jest powód dla którego nie napiszą od razu, że to cappuccino (gdzie klasyczne to 1:5 espresso i spienione mleko)?
No tak, marketing. Poza tym może w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej nie wiedzą co to cappuccino? Oni są tacy zorientowani jeżeli chodzi o Europę…

Wracając do tematu: zapach zdecydowanie likierowy, jak to czym poczęstowałaby niepijącego wnuczka babcia Janinka na swojej imieninowej imprezie (to znowu ona!), z mocną bazą kawową i mleczną nutą krążącą ze znaczną mocą wokół dwóch poprzednich części kompozycji.
Czy zachęca? Kwestia sporna jak w przypadku żartów o Żydach – niektórych bawią a innych przyprawiają o mdłości i torsje.
Ja pozostałem rozdarty – zapach był dla mnie niczym zaloty siedmiolatki – może i urocze, ale nie do przyjęcia.
VLUU L200  / Samsung L200Smak to przede wszystkim słodycz, słodycz i jeszcze słodycz… Daleko w tle jakiś aromat mlecznej kawy rozpuszczalnej z nieco sztuczną nutą co nie zmienia faktu, że to espresso jest głównie słodkie i słodkie i chyba… Słodkie. Całość ma strukturę lekko rozwodnionego, rzadkiego kremu.
Jeżeli to pobudza w jakikolwiek sposób to tak jak poranna herbata.
Jeżeli to smakuje to tak jak kubek kawy rozpuszczalnej pół na pół z mlekiem i sześcioma naprawdę dużymi kostkami cukru.

Czemu Hammer w nazwie?
Nie mam zielonego pojęcia. Nie czuję się po tym jakby ktoś uderzył mnie młotkiem, nie mam ani trochę ochoty na dzierżenie młota w dłoni a rekin młot nie ma chyba z tym nic wspólnego…
Cały cukier skoncentrowany w tej puszce uwalniany jest tuż po otwarciu i towarzyszy nam od pierwszego łyka do samego końca – mnie to cieszy jak nazywanie kogoś kto gra w podrzędnych polskich tasiemcach gwiazdą na pierwszych stronach tabloidów.
Piana po przelaniu do szklanki przestaje być kłopotliwa – rozkosznie i niezłomnie unosi się na powierzchni, dodając uroku samemu napojowi.
Gdyby to było bardziej kawowe a mniej słodkie to pewnie spotkałbym się z tym młotem jeszcze niejeden raz a tak pozostaje mi poszukać wersji Midnite, która jest bardziej zdecydowana niż mdła.

Małe co nie co

Ostatnimi czasy mnóstwo sieciówek poszło w stronę budżetowych produktów. Nie, nie chodzi mi o rzeczy z przedziału 5-7.00zł, chodzi mi o produkty poniżej 5.00zł. McDonald’s już jakiś czas proponuje całkiem znośne Cheeseburgery (zdarza się, że dwa za 5.00zł), zestawy 2forU czy niedawne 4for2, KFC ma B-Smarty ledwie co poniżej granicy 5.00zł i niewypał jak te z czasów II Wojny Światowej w postaci kosztującego 4.00zł Rockera. Do tej dwójki dołączył ostatnio Burger King ze swoim karłowatym i niesmacznym jak reklamy zimnego Lecha przy Wawelu, Kurakiem.
ITwistVLUU L200  / Samsung L200Kolejnymi przedstawicielami tego nurtu, nawiązującego do pracy u podstaw są ITwisty, oferowane od czwartego czerwca (czyli dokładnie od dnia siedmiotygodniowego powrotu Qurrito) w sieci KFC.
Wygląd na bannerze? Tata Twister, mama Longer. Po domniemanych rodzicach ITwist odziedziczył wygląd (tata) i wielkość (mama). Oczywiście materiały marketingowe przedstawiają go jako cudownego młodzieńca, wręcz dumę rodziców. W rzeczywistości aż tak dobrze nie jest, ale też nie odbiega znacząco od tego co nad kasami w punktach KFC (prawdopodobnie ktoś zapamiętał sobie jak wyśmiany został Rocker).
Nasz bohater ceni się jak przy trasie E7 – niedrogo. 4.00zł w zupełności wystarczą by stać się jego posiadaczem na kilka chwil i zatopić w nim swe zmysły.

ITwist występuje w czterech odmianach smakowych, dla których wspólnym mianownikiem są warzywa – zazwyczaj pomidor pokrojony w kosteczkę oraz sałata lodowa pocięta w paseczki – Stripe z drobiowych piersi i tortilla z jednym wyjątkiem. Zakręcony w tortillę przez pracowników KFC i otulony grubym papierem (od środka matowo bladym a na zewnątrz kolorem odpowiadającym wersji) prezentuje się całkiem nieźle nie licząc rozmiarów, które bardziej przypominają Flipa niż Flapa.
Cztery ITwisty kupiłem w punkcie KFC w Galerii Słonecznej w Radomiu, koszt każdego to, jak wspomniałem wyżej, 4.00zł, za kolejne 1.50zł można dostać je w formie B-Smarta z czego osobiście nie skorzystałem.
Wrzucę na warsztat każdego z nich by przybliżyć Ci, drogi Czytelniku ich charakterystykę wewnętrzną.

Sądzę, że na początek najwygodniej będzie wziąć pod lupę ITwist Classic(326kcal) – w końcu propozycje klasyczne wyznaczają pewne standardy, powinny być ponadczasowe a ich skład nie jest zbyt wymyślny.
KFC na swej stronie internetowej opisuje klasycznego ITwista w ten sposób: soczyste, pikantne polędwiczki z kurczaka, przełożone sałatą lodową i pomidorami, polane sosem majonezowym, zakręcone w tortillę.
Jest tajemnicą Poliszynela, że Stripesy w KFC bywają suche – na szczęście ten tutaj był odpowiednio soczysty, a dzięki panierce chrupiący i rzeczywiście nieco pikantny. Sałata prawie nie chrupka co pewnie wynikało z kontaktu z ciepłymi piersiami… Kurczaka oczywiście. Pomidor w postaci małej kostki sprawdza się dużo lepiej niż ten najczęściej spotykany w kanapkach czyli pokrojony w plastry. Dzięki temu nie sprawia, że wszystko płynie jak po oberwaniu chmury a dodaje nieco kolorytu i uroku, choć jego smak jest płaski jak ostrze noża. Tortilla mimo tego, że nim nie jest, bardzo przypomina pszenny placek, w którym podawany jest McWrap dostępny w sieci McDonald’s – może jest bardziej aromatyczna i mniej klei się do zębów, ale również jest jedynie niezbędną, podobnie zapychającą otoczką. Sos majonezowy sprawia, że całość nie wydaje nam się tak bardzo sucha, choć soczyste polędwiczki i pomidor już o to się zatroszczyły. Jego smak opiera się na głównej nucie majonezu i pobocznym aromacie przypraw – jak zazwyczaj w przypadku tego typu sosów porywają jak kolejny odcinek Barw Szczęścia.
Całość to rzeczywiście klasyka bez udziwnień – smaczny Strip, standardowe warzywa i nudnawy sos, zamknięte w tortilli.
Klasyk może i nudny jak W Pustyni i w Puszczy, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Interesującą propozycją wydał mi się ITwist Ser(?kcal) – sądziłem, że jest to po prostu Classic z serem, ale pomyliłem się jak Leo Messi w swoim zeznaniu podatkowym. KFC opisuje go tak: soczysty strips ze świeżymi warzywami i sosem serowym.
Także mamy tu interesującą kwestię serowego sosu. Jak przekonałem się później w każdym ITwiście Strip był bardzo soczysty i delikatnie pikantny (Hot&Spicy). Wspomnieć też należy, że niezbyt różniły się one wielkością i odpowiadały gabarytom kokonu z tortilli, w który były zawinięte.
Tortilla i warzywa standardowe czyli pomidor w kostkę i sałata w paski – dokładniej opisane wyżej, uważny Czytelniku.
Także jedyne co pozostaje mi do opisania to sos serowy – dosyć gęsty, o lekko pomarańczowym zabarwieniu i wyczuwalnej na języku strukturze.
Znacie smak Cheetos Ser? Ten jest bardzo podobny – lekko śmierdzący, nieco syntetyczny aromat sera w połączeniu z gęstym płynem na pewno nie zasmakuje każdemu. Jak dla mnie swój test zaliczył na trzy z plusem – ani mnie nie zachwycił, ani nie zranił. Me uczucia pozostały obojętne wobec jego zalotów.
Serowy może i bezpłciowy jak Dzieci z Bullerbyn, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200
VLUU L200  / Samsung L200Trzeci ITwist jakiego sprobowałem to Ananas(278kcal). Soczysta polędwiczka ze świeżymi warzywami, dwoma rodzajami sosów, w tym ananasowym – tak opisywany jest na oficjalnej stronie KFC. Od razu na wstępie przyznaję się i wybaczcie mi ignorancję godną Joanny Muchy – nie wyczułem w smaku drugiego sosu.
Na zewnątrz aromatyczna, zapychająca tortilla, zawinięta u dołu jak domek ślimaka. Wewnątrz typowy soczysty Strip, warzywa z tej samej parafii co w każdym inny ITwiście, sos, którego nie wyczułem i sos ananasowy. Niezbyt gęsty i jasny. Smakiem przypominający sałatkę na słodko Babci Janinki – dobrze wyważony między byciem nieprzesadnie słodkim a dodającym odpowiednich walorów smakowych. Może powiew Hawajów?
Ananasowy może i słodki jak Karolcia, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200

Dzięki niebiosom ostatni wybrany randomowo ITwist to Papryka(252kcal). Czemu tak się cieszę, że był ostatni? Z tego powodu iż był bardzo pikantny i moje kubki smakowe zatraciłby zdolności rozpoznawcze jak głowa po uderzeniu obuchem gdybym wybrał go jako pierwszego, drugiego lub trzeciego. KFC opisuje ten produkt w taki sposób: Soczysty strips ze świeżymi warzywami, sosem paprykowym w pomidorowej tortilli.
Lecz to zdecydowanie zbyt mało informacji – należałoby dodać, że sos paprykowy jest dosyć ostry, a tortilla ma odmienny kolor.
Tak, bo to co wyróżnia tego ITwista spośród pozostałych to kolor tortilli, która wygląda jak gdyby komuś w fabryce wypadło drugie śniadanie w postaci zupy pomidorowej albo puszki z rybą w pomidorach i wpadło do gara z tortillową masą. Zawinięty w papier koloru hiper-fiolet może nieco zmylić swoją nader wysublimowaną powierzchownością, ale nie na długo, bo tylko do pierwszego kęsa – wtedy ujawnia swoje prawdziwe oblicze.
Aromatyczna, zdecydowanie lekko pomidorowa w smaku i aromacie tortilla kryje, jak już uważny Czytelniku wiesz soczysty Strip w chrupiącej i lekko pikantnej panierce, kilka drobinek pomidora oraz paski sałaty. To co nadaje dzikości i zadziorności to pomarańczowy sos z czerwonymi drobinkami, prawdopodobnie ostrych papryczek. Niechybnie ktoś potraktował jego kadź tabasco, a przynajmniej tak właśnie on smakuje. Główna nuta to tabasco, gdzieś na drugim planie jest tabasco a w tle tabasco. Dosyć ostry, w mojej opinii można było uszczuplić go o pewną ilość… Tak, tabasco lub czegoś na jego kształt.
Paprykowy może i ostry jak Ferdydurke, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Ogólna konkluzja wygląda następująco: skoro za 4zł dostajemy minitiwistera, a zdaje sobie sprawę, że jest mnóstwo osób, które mimo często niemal na wpół surowej tortilli tę pozycję w menu KFC uwielbiają, skoro przy takim wydatku mamy w środku soczystego i chrupiącego Stripesa o niebanalnym smaku, skoro za taką cenę dokładają nam dosyć dobrej jakości warzywa i skoro przy tak małej wydanej kwocie przy kasie mamy tyle wariantów do wyboru gdzie każdy znajdzie coś dla siebie i lekko się zasyci to mimo, że klasyk może być nudny, serowy wydaje się nie mieć ognia, ananasowy może jest i za słodki a paprykowy zbyt ostry to za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.