Meksyk czy Indie?

Zastanawiałem się co te dwa kraje mają ze sobą wspólnego i doszedłem między innymi do takiego wniosku – to co dzieje się na indyjskich ulicach, Polacy nazwaliby meksykiem.
Skąd te przemyślenia?
Zmusiła mnie do tego polska filia, niemieckiego koncernu Lorenz-Bahlsen, produkującego słone przekąski (głównie chipsy) do którego należą takie marki jak Curly, Peppies, Monster Munch, Chio, Wiejskie Ziemniaczki i ta o której dziś mowa czyli Crunchips.

Jeszcze w czasie tegorocznych wakacji Crunchips poczęstował nas niezbyt wymyślnym smakiem Szynka-Ser. Następnie, prawdopodobnie by sprostać edycjom limitowanym (Deli) oraz serii Max, największego konkurenta na naszym rynku czyli Frito-Lay Poland, Lorenz-Bahlsen wypuścił na rynek dwa smaki z serii, która nosi nazwę Impreza Dookoła Świata.
Te dwa warianty smakowe grubo krojonych (X-Cut) chipsów to: Meksykańska Serowa Fiesta oraz Indyjski Ostry Mix. Brnąc dalej w temat porównań tych dwóch odległych od siebie jak wyobrażenia o pożytkowaniu pieniędzy publicznych w Polsce i Norwegii krajów, nasuwa się myśl o kuchniach, które w pewnym aspekcie są do siebie podobne – Meksykanie, bazując głównie na mięsie wołowym a Hindusi drobiowym i baranim przygotowują potrawy bardzo ostre. W Meksyku do ich tworzeniu używa się różnych rodzajów świeżych czy odpowiednio spreparowanych (na przykład chipotle) ostrych papryk a w Indiach, oprócz tych warzyw korzysta się głównie z mieszanek przypraw zwanych masalami (curry czy garam masala).VLUU L200  / Samsung L200Powoli zacząłem więc przekonywać się, że Crunchips stara się zaproponować klientom coś naprawdę ostrego po dawno nie widzianej serii ostrych chipsów (Chilli-Limonka, Chilli-Ser, Chilli) a która była udaną jak ostatnia przejażdżka Piotra Adamczyka i Weroniki Rosatti odpowiedzią na Lay’s w wersji Strong . Przecież nie zaliczymy smaków Salsa i Jamajka, a już tym bardziej Ser-Czosnek czy Chakalaka do kategorii chipsów choćby pikantnych. Kończąc te dygresję wspomnę jedynie, że dwie 140g paczki nabyłem w sklepie MarGo, płacąc 5.00zł za każdą z nich.

Sama otoczka obu wariantów jest nieco wątpliwa – dwa smaki w edycji imprezowej, jak obwieszcza nam to stylizowany napis w lewym górnym rogu opakowania oraz polityka firmy, to jednak zbyt mało by uznać je za początek całej serii i choć Crunchips na swoim oficjalnym polskim fanpage’u na Facebooku szumnie oznajmia, niemal codziennie, ich przybycie, to nie wydaje mi się by smaki te zagościły na dłużej w polskich sklepach i miały być protoplastami całej gamy nowych propozycji tej marki. Trzeba jednak wspomnieć, że na przykład Salsa i Jamajka ponad rok temu były anonsowane u dystrybutorów jako wersje limitowane a są z nami do tej pory.

Na początek zajmę się samą fakturą, większości z Was, drodzy Czytelnicy, pewnie dobrze znanych, grubo krojonych plastrów ziemniaka, smażonych na oleju roślinnym, które zapakowane w paczki Lorenz-Bahlsen nazwał X-Cut.
Pokrojone na grubość kilku milimetrów chipsy, charakteryzują się ryflowaniem podobnym do blacho-dachówek czy częstych elementów wątpliwie dekoracyjnych wnętrz aut w stylu tuningu zwanego swojsko wiejskim. Ich struktura to chrupiąca, dużo bardziej namacalna i lepiej wyczuwalna niż choćby Lay’s Max, warstwa plastra ziemniaka, co sprawia, że przyjemnie, choć nie najmocniej chrupią i spożywa je się z poczuciem przegryzania czegoś konkretnego.

W ten sposób, z prędkością nieco niższą niż samochód osobowy marki Volvo Piotra Adamczyka (znów?) dotarliśmy do oceny pierwszego smaku, którym jest Indyjski Ostry Mix (524kcal/100g).
Paczka standardowa dla Crunchips – na dole ukośnie ułożone chipsy, wyżej ukośny napis powiadamiający nas o smaku jaki nabyliśmy i będziemy spożywali, do tego informacja o wersji X-Cut, odpowiednio stylizowaną czcionką – wokół, złote, indyjskie wzory. Sam napis Crunchips jawi się na tle dwóch słoni, które chyba rzeczywiście są bardziej indyjskie niż afrykańskie a tak naprawdę wyglądają jak gdyby ktoś narysował je za pomocą kolorowego piasku – co w Indiach jest dosyć popularną formą czegoś na kształt street-artu. Na tle grubo krojonych chipsów znajduje się miska z rysunkami słoni, w której znajdziemy gęsty, nieco tłusty sos, prawdopodobnie z mięsem kurczaka, w którym chętnie zamoczyłbym placuszek naan, poniżej dwie czerwone papryczki.
Z pewnymi problemami otwieram paczkę, a w moje nozdrza uderza pomidorowo-ketchupowa woń z dosyć mocnym dodatkiem czegoś na kształt curry czy kurkumy – ten zapach coś mi przypominał, ale na samym początku nie mogłem skojarzyć co.
Pierwszy kęs szybko przywołał to czego aromat nie potrafił. Na wejściu delikatna a potem utrzymująca się, mocna słodka nuta, ketchupowy, solidny dodatek, sporo umami i charakterystyczny dodatek zapachu indyjskich mieszanek (nie raz słyszałem, że to, eufemistycznie mówiąc, nieładnie pachnie) – ten sam smak odnajdziemy w chipsach Salsa tego samego producenta, tu przyprawiony dodatkowo czymś mocno pikantnym.
Zainteresowany zajrzałem więc z tyłu opakowania – z bardziej interesujących składników znalazłem: pomidora w proszku, który odpowiada za ketchupową nutę, sproszkowaną cebulę i czosnek, które jedynie uzupełniają kompozycję, glutaminian monosodowy oraz guanylan disodowy, które tworzą wrażenie tłustości czyli umami i gwiazda, świecąca tak jasno na tym smakowym nieboskłonie jak Gwiazda Polarna czyli papryka Cayenne w proszku – to prawdopodobnie ten dodatek sprawia, że chipsy są ostre przynajmniej jak Agnieszka Chylińska a nie Majka Jeżowska. Wypisana niemal na końcu listy składników lukrecja, przywodzi mi na myśl jedynie skandynawskie cukierki i likiery co sprawia, że cieszę się, że jej aromat nie jest aż nadto wyczuwalny.
Ogólnie rzecz biorąc jest to smak Salsa do którego dołożono sporo ostrego smaku.VLUU L200  / Samsung L200Meksykańska Serowa Fiesta (522kcal/100g). W tej wersji Lorenz-Bahlsen częstuje nas paczką na której znajdziemy, dwa sombrero, dwa marakasy, dwa plasterki papryczki Jalapeno a oprócz tego całą papryczkę, całą gamę trójkątów (czyżby ktoś z marketingowców miał zamiar złapać na to hipsterów?), miseczkę z sosem serowym, w którym chętnie zamoczyłbym kilka nachosów, oczywiście informację o wersji smakowej, wersji cięcia (X-Cut), logo Crunchips i Lorenz.
Tym razem przeanalizowałem skład, tak jak to zwykle czynię, czyli przed otwarciem paczki i oto czego się dowiedziałem: preparat aromatyzujący o smaku sosu serowego to: typowy zagęszczacz czyli mąka pszenna, sól, ser topiony w proszku (z dodatkową informacją, że ser ten wytworzono z mleka a z pominięciem informacji o prawdziwym pochodzeniu sera topionego, która jest tak zachęcająca jak sześćdziesięciolatka po kilkunastu wstrzyknięciach botoksu), enigmatyczny, bardziej niż wypowiedzi premiera Donalda Tuska na temat polskiej gospodarki aromat, cebula w proszku i barwnik w postaci ekstraktu z papryki oraz drożdże.
Brak wzmacniaczy smaku po ostatniej przygodzie z chipsami marki Lay’s, należącymi do limitowanej edycji Deli o smaku Ser Z Żurawiną nie uznaję za coś co mogłoby sprawić, że będą one mniej smakowały potencjalnym spożywającym.
Paczka otwiera się nieco trudniej niż te u konkurencji a już po chwili przestrzeń wokół wypełnia mocny, nawet nieco duszący zapach sera. Nie jest to jednak smrodkowy ser, znany z produktu Frito-Lay Poland, Cheetos Ser a bardziej aksamitny i mleczny aromat, lekko przełamany czymś zadziornym – podejrzewałem, że może to być coś związanego z zielona papryczką Jalapeno, zobrazowaną na opakowaniu, a której (choćby odpowiednika) zabrakło w składzie.
Jak przed wizytą u chirurga, przygotowany na ostre doznania pochwyciłem pierwszego chipsa i spotkałem się z nie mniejszym zaskoczeniem niż Tomasz Jacyków wsiadający do samolotu pełnego nieumytych rodaków.
Chipsy bowiem są… A właściwie nie są, ostre – mają świetny smak, w którym dzieli i rządzi główny składnik czyli topiony ser – mleczny, gładki i zrównoważony. Bez krzty ekstrawagancji Cheddara czy wyrazistości Goudy – czuć, że jest to najwyższej jakości mieszanka serowych odpadów topiona z niewielką ilością topników. To co przywoływało tę zadziorność w aromacie to kwaskowata nuta papryczki Jalapeno pozbawionej ostrości – znakomicie przełamuje delikatny smak sera i zaskakuje absencją kapsaicyny.
Brak umami nie jest żadną przeszkodą by cieszyć się ich smakiem – wyraźny, zdecydowany aromat nie potrzebuje już żadnych dodatków a brak wzmacniaczy smaku sprawia, że nie jest on ociężały i przytłaczający tłustością.

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, obie świeże propozycje od Lorenz-Bahlsen pod banderą Crunchips to świetne, intensywne i trafione smaki. Na pewno należy zarzucić firmie odgrzewanie kotletów w przypadku Sals… To znaczy Indyjskiego Ostrego Mixu, ale tak odgrzane kotlety mógłbym spożywać z chęcią z jaką poprowadziłbym Ferrari Testarossa do płynącego z głośników utworu Protovision w wykonaniu Kavinsky’ego. Meksykańska Serowa Fiesta zaskakuje brakiem ostrości, pomimo wyraźnego aromatu Jalapeno i intensywnością, pomimo braku wzmacniaczy smaku. Poza tym cieszy znakomicie wyważonym smakiem i świetną, choć prostą kompozycją.
Oba smaki mogę uznać jako inspirowane Indiami i Meksykiem i (choć nie do końca) – odnajduję w nich lekki powiew kuchni i kultury obu tych krajów i to nie tylko na opakowaniach (jak ma się to w przypadku Nigerii i Aleksandry Szwed).
Na taką Imprezę Dookoła Świata, Crunchips może mnie zabrać.

Walkers Sensations

Brytyjskie Walkers to jedne z najpopularniejszych chipsów na wyspach. Marka,która według danych Wikipedii powstała jeszcze pod koniec XIX wieku, jakiś czas temu została przejęta przez Frito Lay, które z kolei jest marką koncernu PepsiCo, ma w swoim posiadaniu niemal 50% brytyjskiego rynku chipsów. Przez to, że mogą pochwalić się dużo bardziej interesującą i rozbudowaną paletą smaków niż ich polskie odpowiedniki postanowiłem nieco się na nich skupić, ale w trochę inny sposób niż zwykle – co jakiś czas będę dopisywał analizę kolejnego smaku do tego testu i tak stopniowo zamknę całość (o ile wystarczy mi czasu nim wrócę do Polski).
Co prawda miałem pomysł by zacząć od standardowej linii, która liczy sobie aktualnie dziesięć smaków, ale bardziej zainteresowała mnie produkowana od 2002 roku linia Sensations – konkretne, badzo nietypowe smaki (na przykład produkowany jakiś czas temu Slow Roasted Lamb & Mint), na pewno nie dla każdego (jak choćby opowieści spod znaku Harlequin). Póki co skupię się jedynie na siedmiu rodzajach chipsów, choć do tej linii zaliczają się też orzeszki w chrupiących skorupkach, fistaszki prażone, orzechy nerkowca, ryżowe i orientalne chrupki, migdały  oraz poppadomsy czyli coś w stylu orientalnych chrupiących placków.
Wszystkie występują w smakach których przyswajalne jak mleko dla noworodka nazwy to jedynie: Thai Sweet Chilli czy Roasted Chicken and Thyme. Większość jednak to mieszanka orientalnych smaków i nazw co mnie, jako fana tego typu aromatów, niezmiernie cieszy, a niektórym może połamać język.
Staram się kupować 150g paczki chipsów Walkers Sensations, które kosztują tu zazwyczaj niecałe 2.00£. Opakowania zaopatrzone są w bardzo interesujące grafiki i przyciągają wzrok na półkach sklepowych przede wszystkim swoją barwą – są czarne (nie, bynajmniej nie jestem rasistą).
Skoro wyczerpująco opisałem to w jaki sposób i co będę oceniał, uważny Czytelniku, zajmę się teraz analizą pierwszego smaku – babcia Janinka rzekłaby: pierwsze śliwki robaczywki, ale ja mam nadzieję, że tym razem będą smaczne.

Caramelised Onion & Balsamic Vinegar czyli karmelizowana cebulka i ocet balsamiczny – tak to mogłoby brzmieć, choć nie ukrywam, że zazwyczaj bardziej podobają mi się oryginalne angielskie nazwy niż ich polskie odpowiedniki tłumaczone przez mistrzów lingwistyki (patrz przykład filmu Spirited Away).
Paczka na której umieszczono ładny okaz czerwonej cebulki o nieco podrasowanym kolorze, które pod wpływem chyba Microsoft Paint zamienia się niemal na naszych oczach w jakąś nieokreśloną mozaikę oraz dzban z ciemnym jak ulice o zmroku octem balsamicznym dostarcza nam ponad 750kcal.
Obsługa lewarka bywa trudniejsza niż otwarcie tej paczki – niestety, brakuje bocznego zamknięcia dzięki któremu można łatwiej dzielić się z innymi – nie sądziłem, że Brytyjczycy to tacy egoiści.
Po otwarciu – rozkoszny, słodki zapach lekko przypalonej cebulki – rzeczywiście, bardziej wyczuwam aromat jej czerwonej odmiany niż białej. Lekko kwaśnej nuty octu balsamicznego nie udało mi się wychwycić.
W składzie tego produktu nie znalazłem nic interesującego – mieszanka oleju słonecznikowego i rzepakowego, preparat nadający smaku, sól, stabilizator – wszystko tak interesujące i zaskakujące jak każdy z odcinków Benny Hill Show. W składzie preparatu nadającego smak odnalazłem cukier (czyżby coś rzeczywiście karmelizowano?), przyprawy (serio?), kwas cytrynowy (to ma być ten ocet?), suszoną cebulę (nareszcie konkrety), ocet balsamiczny (uff, jest) i kolor w postaci ekstarktu z papryki, który jest odpowiedzialny za barwę przynajmniej 60% chipsów na świecie.
Ktoś tu postarał się o uroczy jak wierszyki z podstawówki opis: The fragrant sweetness of caramelised onions gives a way to the bite of balsamic vinegar, a satisfying balance of sweet and savoury flavours. Co to oznacza?
Aromatyczna karmelizowana cebula robi trochę przestrzeni dla kęsa octu balsamicznego – według marketingowców jest to idealna równowaga między słodkim i kwaśnym smakiem. Anglicy pod względem smaku kwaśnego a już szczególnie octowego mają tak równo pod sufitem jak w Kaplicy Sykstyńskiej – pewnie dobrze im się kojarzy z Fish&Chipsów, w których tradycyjnie dania przyprawia się jedynie solą i octem słodowym – słono-kwaśna prostota, przez niektórych nazywana paskudztwem a innych bezguściem.
Wracając całkowicie do tematu, trzeba przyznać, że chipsy są nad wyraz chrupiące, maja na sobie tyle purchli co babcia Janinka a kolor oczywiście złoty, żaden paprykowy (zaskakujące?) z kilkoma drobinami zieleni. Smak?
Przede wszystkim słodki, ale po chwili odnajdujemy ocet balsamiczny w postaci dosyć intensywnej, kwaskowej nuty, która w żaden sposób nie psuje całości, rzeczywiście te dwa smaki są odpowiednio zbalansowane. W całości jest też wyczuwalna nuta przypalonej cebulki, jednak już nie tak intensywna jak ta znana mi z zapachu.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc to smak dla fanów nietypowych połączeń – nie spodziewajcie się czegoś pokroju sosu słodko-kwaśnego Łowicz z chińskimi warzywami takimi jak bambus z Podlasia i grzyby Mun z plantacji pod Grodziskiem – to jest bardzo intensywna mieszanka przypalonej ze sporą ilością cukru, cebuli oraz mocno wyczuwalnego słodkiego a zarazem kwaśnego octu balsamicznego – to nie wersja mild, ale też dosyć daleko jej do wersji hard, z tego powodu informację marketingowców, że smak jest odpowiednio zbalansowany cenię sobie tak wysoko jak poprzeczkę zawieszał Sergiej Bubka.
Ze swej strony polecam, ale ostrzegam przed zbytnim optymizmem, większości nie podejdą.

Mexican Fiery Sweet Chipotle to kolejna odsłona batalii Żółw versus Walkers Sensations. Tym razem w otwartym niemal 24h na dobę, prawdopodobnie największym w Europie Tesco znajdującym się w Slough, 150g paczkę, dostarczającą podobnie jak wersja wyżej około 750kcal, kupiłem za 1.00£.
Czego spodziewałem się po tym smaku? Mexican Fiery – meksykańskie i ogniste – będzie piekło jak mawiają homoseksualiści przed swoim pierwszym razem. Sweet Chipotle – słodko wędzony smak chilli.
Już mam jakieś pojęcie jak to może smakować: słodko ostry smak wędzonego chilli. Co zatem napisano z tyłu opakowania?
First the deep smoky flavour of chipotle chilli gives a way to sweet pimento and onion, before finishing with a spicy lingering heat. Co marketingowcy mieli na myśli? Na pewno to by opisać to ładnie i zachęcająco, ale zawsze można wychwycić interesujące nas informacje z całości: na początku będziemy mieli do czynienia ze smakiem wędzonego chilli, następnie słodka i lekko ostra papryka z cebulą a na koniec czeka nas coś ostrego.
Po takich przygotowaniach czas na bezproblemowe otwarcie czarnej paczki z grafiką na której pomarszczona, czerwona papryczka rozwarstwia się na coś pokroju mozaiki w niezbyt dobrze urządzonym mieszkaniu a w tle leży kupka mieszanki przypraw o kolorze ciemnego, sproszkowanego imbiru.
Otwieram i?
Wokół zaczyna unosić się zapach bożonarodzeniowej kuchni babci Janinki. Spodziewać się mogłem różnych wersji zapachu tych chipsów, czytając to co na opakowaniu sądziłem, że jestem przygotowany na różne opcje, ale rzeczywistość okazała się brutalna jak pokazy WWE – te chipsy pachną bigosem(!). Kwaśny aromat kapusty kiszonej miesza się z wędzonymi grzybami i kiełbasą. Może przesadzam jak w programie Rok w Ogrodzie na TVP1, ale jedyne o czym mówią marketingowcy na opakowaniu a co wyczuwam w tym zapachu to zapach dymu wędzarniczego i może delikatna nuta słodkiej papryki. Według składu powinienem też wyczuć: suchą cebulę, suchy czosnek, olej z pora(?), czerwoną paprykę, pietruszkę, kolendrę, kurkumę, cynamon – no cóż? Ja czuję jedynie bigos. Za kolor odpowiedzialna jest jak zazwyczaj czerwona papryka co interesujące, bo oprócz zielonych, ciemnobrązowych i czerwonych drobinek zauważyłem tyle paprykowego koloru co elementów o barwie fluorescencyjnego różu w kościołach.
Skoro chipsy zaskoczyły mnie w tak samo dziwny, ale przyjemny sposób jak zakończenie filmu Fight Club już samym zapachem to może chociaż smak będzie bardziej przypominał to co na opakowaniu a nie to co w garnku babci Janinki tuż przed końcem roku.
I rzeczywiście smak jest tak daleko od zapachu jak TGV od InterRegio – na początku dosyć słodki, może nawet za słodki, mieszający się z nutą wędzonego czegoś (bardzo ciężko stwierdzić co to) by po chwili zamienić się w dosyć ostry, lekko piekący choć nadal nieco przesłodzony smak chilli.VLUU L200  / Samsung L200Te konkretnie chrupiące cienkie plastry ziemniaków smażone na oleju rzepakowym z dodatkiem słonecznikowego zaskoczyły mnie na całej linii swym zapachem i smakiem co nie zmienia faktu, że są zwykłymi przeciętniakami wśród innych. Dodatkowo w mojej opinii są zbyt słodkie co sprawia, że głównie czujemy ich cukrowy posmak a dopiero kolejno ostry i słony smak – może to interesujące, ale niezbyt smaczne.
Prawdopodobne, że jest to ostro-słodkie chipotle, ale bardziej brytyjskie niż meksykańskie. Smakujące cukrem i ostrą papryką miało takie szanse by mnie zachwycić jak obraz Mucha na Połaci Śniegu autorstwa mojego znajomego z gimnazjum. Ze swojej strony zachęcam by spróbować z nadzieją, że może w kolejnej rundzie odnajdę coś smaczniejszego.

Crunchips – Grillowany Stek & Sos Teksański

I po raz kolejny BBQ i po raz kolejny Teksas… Czy BBQ to Teksas czy Teksas to BBQ?
Sam już nie wiem… Do tego bezsensowne określenie Tugeza w które Lorenz-Bahlsen brnie już drugi sezon…

Pierwszą paczką tugezowych chipsów od marki Crunchips jakie spożyłem był smak Ser-Czosnek i ta firma ma szczęście, że nie miałem zamiaru ich opisywać – może jeszcze jakaś grupa nieświadomych osób skusi się na tę wątpliwą jak picie octu przyjemność.
Pod koniec stycznia tego roku Crunchips wprowadził nowy tugezowy smak, którym okazał się być Grillowany Stek & Sos Teksański.
Sezon grillowy rozpoczęty już w styczniu? Czy to aby dobry pomysł?
I czy w ogóle już wszyscy nie mają dość tego wszędobylskiego Teksasu a przede wszystkim sosu BBQ?
Ja na pewno nie, więc nareszcie zabrałem się do kosztowania tych chipsów.VLUU L200  / Samsung L200

Otwierająca się bez problemów paczka zachęca do zakupu amerykańskimi barwami (wyłączając biel) oraz napisanem Edycja Limitowana na szeryfowej gwieździe, zaczepionej na kowbojskim pasku.
Na pierwszym planie dwa konkretne, wołowe steki, które nie mają anoreksji, awersji do przypraw czy grafików komputerowych. Przed nimi biała miseczka bordowego sosu BBQ z ciemnoczerownym logo zwykłego SteakHouse’a, w które wkomponowano łeb rogatego zwierzęcia. Z tyłu srebrne tło, na którym zielone literki przekażą nam od kiedy nie możemy już jeść tych chipsów, że jest to wersja 140g, opowiedzą nieco o ich składzie i pochodzeniu. Przede wszystkim ujawniają jednak to co w Tugezie najbardziej interesujące, że są to: chipsy ziemniaczane dwustronne: faliście i gładko krojone.
Rzeczywiście chipsy te z jednej strony sa jak X-Cuty, a z drugiej jak zwykłe, gładkie ziemniaczane przekąski, co sprawia, że miejscami są tak cienkie, że pękają podczas smażenia, aczkolwiek większość zachowuje swoją nienaruszoną formę i bardzo mocno chrupie. Nie ma wśród nich zbyt wielu dużych plastrów ziemniaka, ale może dzięki temu mała część jest połamana lub ułomna jak gra aktorska w latynoskich telenowelach. Z drugiej strony większa część posiadała skazy w postaci zaciemnień na krańcach – może to powody dla których kupiłem je taniej?
A propos ceny to tę paczkę nabyłem w sklepie sieci Żabka w Radomiu na ul. Żeromskiego za 3.49zł i spożyłem w samolocie linii WizzAir na trasie z Warszawy (Chopina) do Londynu (Luton). Zazwyczaj jednak chipsy tej marki można nabyć za cenę od 4.00zł do 5.00zł – czasem sięgającą nawet wyżej.
Przez zmianę ciśnienia na pokładzie samolotu chipsy rozrosły się jak Ciotka Marge w trzeciej części przygód Harryego Pottera co obrazuje zdjęcie.

Tuż po otwarciu w nozdrza uderza bardzo intensywny zapach dymu wędzarniczego. Chwilkę wąchałem nieco mocniej i oprócz tego aromatu udało mi się wyczuć bardzo nikłą nutę przypraw – głównie papryki. Może dlatego, że jest głównym barwnikiem? Choć tak naprawdę ciężko w to uwierzyć, bo chipsy mają barwę naturalną jak Almette z reklamy.
W smaku wyczuwalne delikatne umami, mnóstwo sosu BBQ czyli aromat dymu wędzarniczego oraz przyprawy, niemal w ogóle nie do wychwycenia nuta mięsna, która błądzi i gubi się między innymi smakami. Chipsy nie są słone jak Morze Martwe, ale w mojej opinii i tak nieco w tym aspekcie przesadzono.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc nie takiego smaku się spodziewałem, a sam zapach i słony smak dymu, kojarzący się bardziej z pogorzeliskiem niż wędzarnią niezbyt mnie satysfakcjonował. Ledwie co wyczuwalna nuta przypraw zagłuszona aromatem dymu jak megafonem Związków Zawodowych nie jest w stanie niczego uratować. Mimo, że nikt nie wspomniał o tym na opakowaniu to jestem pewien, że w trakcie produkcji tych chipsów nie ucierpiała żadna sztuka bydła – smaku steku czy wołowiny znajdziecie tam tyle co złota na krańcu tęczy.

Polecam spróbować, ale ostrożnie – jedna paczka na pięć osób (ja musiałem zjeść je sam, więc wiem co mówię). Szczególnie rekomenduje je tym, którzy aspirują do bycia strażakami – łatwo dzięki nim zacząć oswajać się z dymem.