Meksyk czy Indie?

Zastanawiałem się co te dwa kraje mają ze sobą wspólnego i doszedłem między innymi do takiego wniosku – to co dzieje się na indyjskich ulicach, Polacy nazwaliby meksykiem.
Skąd te przemyślenia?
Zmusiła mnie do tego polska filia, niemieckiego koncernu Lorenz-Bahlsen, produkującego słone przekąski (głównie chipsy) do którego należą takie marki jak Curly, Peppies, Monster Munch, Chio, Wiejskie Ziemniaczki i ta o której dziś mowa czyli Crunchips.

Jeszcze w czasie tegorocznych wakacji Crunchips poczęstował nas niezbyt wymyślnym smakiem Szynka-Ser. Następnie, prawdopodobnie by sprostać edycjom limitowanym (Deli) oraz serii Max, największego konkurenta na naszym rynku czyli Frito-Lay Poland, Lorenz-Bahlsen wypuścił na rynek dwa smaki z serii, która nosi nazwę Impreza Dookoła Świata.
Te dwa warianty smakowe grubo krojonych (X-Cut) chipsów to: Meksykańska Serowa Fiesta oraz Indyjski Ostry Mix. Brnąc dalej w temat porównań tych dwóch odległych od siebie jak wyobrażenia o pożytkowaniu pieniędzy publicznych w Polsce i Norwegii krajów, nasuwa się myśl o kuchniach, które w pewnym aspekcie są do siebie podobne – Meksykanie, bazując głównie na mięsie wołowym a Hindusi drobiowym i baranim przygotowują potrawy bardzo ostre. W Meksyku do ich tworzeniu używa się różnych rodzajów świeżych czy odpowiednio spreparowanych (na przykład chipotle) ostrych papryk a w Indiach, oprócz tych warzyw korzysta się głównie z mieszanek przypraw zwanych masalami (curry czy garam masala).VLUU L200  / Samsung L200Powoli zacząłem więc przekonywać się, że Crunchips stara się zaproponować klientom coś naprawdę ostrego po dawno nie widzianej serii ostrych chipsów (Chilli-Limonka, Chilli-Ser, Chilli) a która była udaną jak ostatnia przejażdżka Piotra Adamczyka i Weroniki Rosatti odpowiedzią na Lay’s w wersji Strong . Przecież nie zaliczymy smaków Salsa i Jamajka, a już tym bardziej Ser-Czosnek czy Chakalaka do kategorii chipsów choćby pikantnych. Kończąc te dygresję wspomnę jedynie, że dwie 140g paczki nabyłem w sklepie MarGo, płacąc 5.00zł za każdą z nich.

Sama otoczka obu wariantów jest nieco wątpliwa – dwa smaki w edycji imprezowej, jak obwieszcza nam to stylizowany napis w lewym górnym rogu opakowania oraz polityka firmy, to jednak zbyt mało by uznać je za początek całej serii i choć Crunchips na swoim oficjalnym polskim fanpage’u na Facebooku szumnie oznajmia, niemal codziennie, ich przybycie, to nie wydaje mi się by smaki te zagościły na dłużej w polskich sklepach i miały być protoplastami całej gamy nowych propozycji tej marki. Trzeba jednak wspomnieć, że na przykład Salsa i Jamajka ponad rok temu były anonsowane u dystrybutorów jako wersje limitowane a są z nami do tej pory.

Na początek zajmę się samą fakturą, większości z Was, drodzy Czytelnicy, pewnie dobrze znanych, grubo krojonych plastrów ziemniaka, smażonych na oleju roślinnym, które zapakowane w paczki Lorenz-Bahlsen nazwał X-Cut.
Pokrojone na grubość kilku milimetrów chipsy, charakteryzują się ryflowaniem podobnym do blacho-dachówek czy częstych elementów wątpliwie dekoracyjnych wnętrz aut w stylu tuningu zwanego swojsko wiejskim. Ich struktura to chrupiąca, dużo bardziej namacalna i lepiej wyczuwalna niż choćby Lay’s Max, warstwa plastra ziemniaka, co sprawia, że przyjemnie, choć nie najmocniej chrupią i spożywa je się z poczuciem przegryzania czegoś konkretnego.

W ten sposób, z prędkością nieco niższą niż samochód osobowy marki Volvo Piotra Adamczyka (znów?) dotarliśmy do oceny pierwszego smaku, którym jest Indyjski Ostry Mix (524kcal/100g).
Paczka standardowa dla Crunchips – na dole ukośnie ułożone chipsy, wyżej ukośny napis powiadamiający nas o smaku jaki nabyliśmy i będziemy spożywali, do tego informacja o wersji X-Cut, odpowiednio stylizowaną czcionką – wokół, złote, indyjskie wzory. Sam napis Crunchips jawi się na tle dwóch słoni, które chyba rzeczywiście są bardziej indyjskie niż afrykańskie a tak naprawdę wyglądają jak gdyby ktoś narysował je za pomocą kolorowego piasku – co w Indiach jest dosyć popularną formą czegoś na kształt street-artu. Na tle grubo krojonych chipsów znajduje się miska z rysunkami słoni, w której znajdziemy gęsty, nieco tłusty sos, prawdopodobnie z mięsem kurczaka, w którym chętnie zamoczyłbym placuszek naan, poniżej dwie czerwone papryczki.
Z pewnymi problemami otwieram paczkę, a w moje nozdrza uderza pomidorowo-ketchupowa woń z dosyć mocnym dodatkiem czegoś na kształt curry czy kurkumy – ten zapach coś mi przypominał, ale na samym początku nie mogłem skojarzyć co.
Pierwszy kęs szybko przywołał to czego aromat nie potrafił. Na wejściu delikatna a potem utrzymująca się, mocna słodka nuta, ketchupowy, solidny dodatek, sporo umami i charakterystyczny dodatek zapachu indyjskich mieszanek (nie raz słyszałem, że to, eufemistycznie mówiąc, nieładnie pachnie) – ten sam smak odnajdziemy w chipsach Salsa tego samego producenta, tu przyprawiony dodatkowo czymś mocno pikantnym.
Zainteresowany zajrzałem więc z tyłu opakowania – z bardziej interesujących składników znalazłem: pomidora w proszku, który odpowiada za ketchupową nutę, sproszkowaną cebulę i czosnek, które jedynie uzupełniają kompozycję, glutaminian monosodowy oraz guanylan disodowy, które tworzą wrażenie tłustości czyli umami i gwiazda, świecąca tak jasno na tym smakowym nieboskłonie jak Gwiazda Polarna czyli papryka Cayenne w proszku – to prawdopodobnie ten dodatek sprawia, że chipsy są ostre przynajmniej jak Agnieszka Chylińska a nie Majka Jeżowska. Wypisana niemal na końcu listy składników lukrecja, przywodzi mi na myśl jedynie skandynawskie cukierki i likiery co sprawia, że cieszę się, że jej aromat nie jest aż nadto wyczuwalny.
Ogólnie rzecz biorąc jest to smak Salsa do którego dołożono sporo ostrego smaku.VLUU L200  / Samsung L200Meksykańska Serowa Fiesta (522kcal/100g). W tej wersji Lorenz-Bahlsen częstuje nas paczką na której znajdziemy, dwa sombrero, dwa marakasy, dwa plasterki papryczki Jalapeno a oprócz tego całą papryczkę, całą gamę trójkątów (czyżby ktoś z marketingowców miał zamiar złapać na to hipsterów?), miseczkę z sosem serowym, w którym chętnie zamoczyłbym kilka nachosów, oczywiście informację o wersji smakowej, wersji cięcia (X-Cut), logo Crunchips i Lorenz.
Tym razem przeanalizowałem skład, tak jak to zwykle czynię, czyli przed otwarciem paczki i oto czego się dowiedziałem: preparat aromatyzujący o smaku sosu serowego to: typowy zagęszczacz czyli mąka pszenna, sól, ser topiony w proszku (z dodatkową informacją, że ser ten wytworzono z mleka a z pominięciem informacji o prawdziwym pochodzeniu sera topionego, która jest tak zachęcająca jak sześćdziesięciolatka po kilkunastu wstrzyknięciach botoksu), enigmatyczny, bardziej niż wypowiedzi premiera Donalda Tuska na temat polskiej gospodarki aromat, cebula w proszku i barwnik w postaci ekstraktu z papryki oraz drożdże.
Brak wzmacniaczy smaku po ostatniej przygodzie z chipsami marki Lay’s, należącymi do limitowanej edycji Deli o smaku Ser Z Żurawiną nie uznaję za coś co mogłoby sprawić, że będą one mniej smakowały potencjalnym spożywającym.
Paczka otwiera się nieco trudniej niż te u konkurencji a już po chwili przestrzeń wokół wypełnia mocny, nawet nieco duszący zapach sera. Nie jest to jednak smrodkowy ser, znany z produktu Frito-Lay Poland, Cheetos Ser a bardziej aksamitny i mleczny aromat, lekko przełamany czymś zadziornym – podejrzewałem, że może to być coś związanego z zielona papryczką Jalapeno, zobrazowaną na opakowaniu, a której (choćby odpowiednika) zabrakło w składzie.
Jak przed wizytą u chirurga, przygotowany na ostre doznania pochwyciłem pierwszego chipsa i spotkałem się z nie mniejszym zaskoczeniem niż Tomasz Jacyków wsiadający do samolotu pełnego nieumytych rodaków.
Chipsy bowiem są… A właściwie nie są, ostre – mają świetny smak, w którym dzieli i rządzi główny składnik czyli topiony ser – mleczny, gładki i zrównoważony. Bez krzty ekstrawagancji Cheddara czy wyrazistości Goudy – czuć, że jest to najwyższej jakości mieszanka serowych odpadów topiona z niewielką ilością topników. To co przywoływało tę zadziorność w aromacie to kwaskowata nuta papryczki Jalapeno pozbawionej ostrości – znakomicie przełamuje delikatny smak sera i zaskakuje absencją kapsaicyny.
Brak umami nie jest żadną przeszkodą by cieszyć się ich smakiem – wyraźny, zdecydowany aromat nie potrzebuje już żadnych dodatków a brak wzmacniaczy smaku sprawia, że nie jest on ociężały i przytłaczający tłustością.

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, obie świeże propozycje od Lorenz-Bahlsen pod banderą Crunchips to świetne, intensywne i trafione smaki. Na pewno należy zarzucić firmie odgrzewanie kotletów w przypadku Sals… To znaczy Indyjskiego Ostrego Mixu, ale tak odgrzane kotlety mógłbym spożywać z chęcią z jaką poprowadziłbym Ferrari Testarossa do płynącego z głośników utworu Protovision w wykonaniu Kavinsky’ego. Meksykańska Serowa Fiesta zaskakuje brakiem ostrości, pomimo wyraźnego aromatu Jalapeno i intensywnością, pomimo braku wzmacniaczy smaku. Poza tym cieszy znakomicie wyważonym smakiem i świetną, choć prostą kompozycją.
Oba smaki mogę uznać jako inspirowane Indiami i Meksykiem i (choć nie do końca) – odnajduję w nich lekki powiew kuchni i kultury obu tych krajów i to nie tylko na opakowaniach (jak ma się to w przypadku Nigerii i Aleksandry Szwed).
Na taką Imprezę Dookoła Świata, Crunchips może mnie zabrać.

Reklamy

Orient po polsku w amerykańskiej sieci.

Nareszcie – powiedziałbym. Minęło niemal dwa miesiące gdy osoby obsługujące fanpage McDonald’s na Facebooku zawiadomiły fanów (w tym również mnie), że na okres wakacyjny, McDonald’s przygotował kilka nowości a wśród nich mrożone desery, kawy, kanapkę Big Classic Western, która składem różniła się tak bardzo od poprzedniego Big Western jak każdy kolejny film z cyklu (od części pierwszej do trzeciej) Terminator a rozmiarem jak Tomasz Adamek i Witalij Kliczko. Do tego zaanonsowano dwa a właściwie cztery rodzaje McWrapa, które otrzymały przydomek orientalne.

Z jakiego powodu mówię o czterech a nie dwóch rodzajach? Zacznijmy od samego początku: dwa rodzaje McWrapa Orientalnego to Aromatyczny Kurczak i Soczysta Wołowina. Kolejne dwa podrodzaje każdego z nich wiążą się ze smakiem sosu jaki dobiera się do nich w kasie tuż po uprzednim wydaniu z siebie dźwięku: yyy…
Czyli z której strony by na to nie patrzeć mamy wybór niemal jak w większości kebabów w naszym kraju – wouowina ci kuciak?
I kolejno: sos otri ci uagodny?
Na koniec okraszone: duzi w cienkim ciecie, proszim!

Cztery McWrapy zostały zakupione w punckie sieci McDonald’s na ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu. Dwa z nich doczekały się obstawy w postaci McZestawów powiększonych (+685kcal z Coca-Colą / -16.40zł) a dwa kolejne pozostały samotne (-10.90zł).

Odbiegłem nieco od tematu, ale nie sądzę, by w tym samym czasie poseł Ryszard Kalisz zdążył odbiec dalej. Kontynuując kwestię McWrapów Orientalnych w McDonald’s należy wspomnieć o ich składzie. To, że na oficjalnej, polskiej witrynie internetowej sieci McDonald’s opisy ofert sezonowych znajdziemy jedynie w newsach jest niemal tak oczywiste jak to, że powieść Pięćdziesiąt Twarzy Greya autorstwa Eriki Leonard to pewien rodzaj soft-para-porn przechodzący w Harlequin naszych czasów skierowany do zapyziałych nastolatek, chcących przeczytać o czymś czego nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
I znów odbiegłem od tematu… Obiecuję, że to już ostatni raz, drogi Czytelniku. Co do składu McWrapów Orientalnych w newsie z dnia 02.07.2013 roku czytamy:
McWrap Orientalny Aromatyczny Kurczak to zupełnie nowa odsłona mięsa kurczaka marynowanego w ziołach podawanego w dobrze przyprawionym pszennym placku z chrupiącą kapustą, zielonym ogórkiem i sosami. Do wyboru wersja klasyczna i pikantna.
McWrap Orientalny Soczysta Wołowina to kolejna nowość. Siekana wołowina z ziołami, chrupiąca sałata, orzeźwiający ogórek, sosy, a to wszystko zawinięte w aromatyczny pszenny placek. Pozycja dostępna w dwóch wariantach: łagodnym i ostrym.

Jak widać w opisie oba rodzaje McWrapa niewiele się różnią – głównie rodzajem i sposobem przygotowania mięsa. Jeżeli chodzi o warzywa to nie trafiliśmy na festiwal a raczej zlot rozmiarów corocznego spotkania poławiaczy pereł bałtyckich. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracę głównie będzie wykonywał (jak to często bywa) asystujący sos a laury zbierze tak czy inaczej gwóźdź programu, którym niechybnie jest mięso – przygotowane całkiem inaczej niż inne pozycje wołowe czy drobiowe w sieci McDonald’s. Sama możliwość wyboru między wersjami pikantnymi a łagodnymi uznaję za posunięcie niemal tak znakomite jak szewski mat podczas gry w szachy. Wybór rodzaju mięsa a następnie wersji smakowej na pewno świetnie wpływa na podświadome postrzeganie marki przez jej klientów.

Analiza nie będzie obszerna jak akt oskarżenia Katarzyny Waśniewskiej, bo zbyt wiele do analizowania tutaj nie mam.
Zacznę od McWrapów w wersji drobiowej (czyli mówimy o mięsie, które dojrzewa szybciej).
McWrap Aromatyczny Kurczak: (wersja Klasyczna: 408kcal / wersja Pikantna: 412kcal)
Na początek to co na zewnątrz – pszenny placek, który w standardowej wersji jest jedynie wypieczoną mieszaniną mąki pszennej i wody. Tutaj w wersji przyprawionej – nie mam pojęcia co może to oznaczać i jakimi przyprawami go potraktowano, ale na pewno suszona papryka miała w tym spory udział gdyż placek nie jest blady jak pojęcie Marty Wierzbickiej o kręceniu vloga a pomarańczowo-czerwony, o odcieniu jasnej cegły. Kapusta przywodzi niezmienne skojarzenia z najmniej smacznym kebabem jakiego kiedykolwiek przyszło mi spożywać a który dostępny był w sieci KFC. Na szczęście tu doświadczymy ilości tego warzywa, które nie przekraczają tych w daniach z chińskich restauracji na polskich rynkach. Pocięta wręcz wzorowo na cienkie i krótkie kawałeczka – bardzo świeża i bardzo chrupiąca, choć do całości nie wnosi zbyt wiele smaku. Ogórek podany w postaci kilku cienkich plasterków ze skórką jest pełen ogórkowego smaku i niemniej świeży niż kapusta.VLUU L200  / Samsung L200W końcu nadszedł czas na skosztowanie mięsa. Na samym początku naszej przygody z McWrapem wydaje się, że jest go tyle co wygranych pucharów w dorobku Pawła Brożka, ale z coraz dalszym spożywaniem nasza drobiowa wkładka nabiera w tej kwestii rozmachu, którego nie powstydziliby się arabscy szejkowie inwestujący w Bahrajnie – cała dolna część pszennego, zabarwionego placka jest bowiem wypchana jak zwierzęta w kolekcji Babci Janinki stojącej na meblościance z lat siedemdziesiątych. Niestety na samym dnie placek jest zwinięty w taki sposób, że w większości to jego strukturę czujemy pod naciskiem zębów. Mięso jest pokrojone w niezbyt drobną kostkę, a właściwie w skrawki, które często możemy spotkać w drobiowych wersjach zwykłych kebabów z ulic Żeromskiego, Sienkiewicza czy Floriańskiej i temu podobnych w całej Polsce. Bardzo smacznym, odpowiednio i nieprzesadnie przyprawionym kawałkom kurczaka nie brakuje soczystości i kruchości – jest to najlepsze drobiowe mięso bez panierki jakie przyszło mi spożywać u sieciówkowych gigantów. Byłbym nawet w stanie przyznać, że by tak smakowało, musiało być uprzednio marynowane, możliwe, że nawet w ziołach, bo mięso, jak w nazwie jest rzeczywiście mocno aromatyczne.
I na sam koniec asystent, który sprawia, że to o nim a nie o strzelającym bramkę piszą gazety i branżowe portale – mowa o sosie, a właściwie sosach.
Wersja pikantna to ostry, dosyć rzadki płyn na bazie pomidorowej, który pod względem dodatków nie wyróżnia się niczym szczególnym – jest po prostu pikantny (jak obiecano na planszy, znajdującej się nad kasami) i paprykowo-pomidorowy.
W wersji klasycznej sos jest tak interesujący jak informacja o sukni ślubnej Ewy Chodakowskiej na okładce nowego wydania tygodnika Party (nie mylić z party hard). Zdecydowanie łatwiej wyczuć nam smak mięsa niż sosu, który właściwie przypomina coś pomiędzy majonezem a jogurtem z nikłym dodatkiem ziół i przypraw.
To co chwali się sieci McDonald’s w kwestii tych dwóch zwilżaczy to to, że nie zabijają one smaku całości a za to znakomicie komponują się z resztą składników, tworząc bardzo smaczną kompozycję, w której dominuje smak świetnie doprawionego, soczystego kurczaka a dodatki pozostają dodatkami – sprawiając, że mamy w rękach bardzo smaczny, zbalansowany przedmiot spożywania.VLUU L200  / Samsung L200

McWrap Soczysta Wołowina: (wersja Łagodna: 587kcal / wersja Pikantna: ?kcal)
Do opisania tej wersji McWrapa na pewno użyję mniejszej ilości słów niż do opisania poprzedniej – dlaczego?
Ponieważ większość składników jest podobna do tego co opisałem wyżej jak Rafał Mroczek do swego brata Marcina. Placek opisany wyżej to ta sama kompozycja mąki, wody, suszonej papryki i rzekomych przypraw, które czuję jak Babcia Janinka rytmy d’n’b. Kolejno warzywa – ten sam, ogórkowy ogórek pokrojony w cienkie, chrupiące plastry. Pewnym novum jest sałata, która zastępuje kapustę i robi to w sposób dosyć zadowalający – jest co prawda mniej chrupiąca, ale z drugiej strony raczy nas pełniejszym, warzywnym smakiem, którego kapuście brakuje.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Mięso to bardzo podobny do tego z McWrapa w wersji Tzatziki, przyrządzony na grillu, kotlet z siekanej wołowiny, tym razem jednak przyprawiony nie czymś pokroju przyprawy gyros a bardziej mięsny i mocno ziołowy. Do tej pory sądziłem, że wkładka z wyżej wymienionego McWrapa w stylu greckim (na szczęście nie kryzysowym ani tym bardziej tandetnym pokroju reklamy serka Hochland Piato) jest najsmaczniejszą z tych spotykanych w sieci McDonad’s, ale zdecydowanie soczysta i konkretna porcja mięsa, która wręcz zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami (w tak małym ruloniku wydaje się być naprawdę spora) z McWrapa Soczysta Wołowina przejęła palmę pierwszeństwa.
W tym produkcie znalazłem też coś czego nie mogłem rozszyfrować – wyglądało trochę jak natka pietruszki, nawet tak smakowało, ale bardzo płasko i ciężko mi z pełną dozą prawdopodobieństwa poinformować Was, drodzy Czytelnicy, że to właśnie to.
Na sam koniec sosy, choć sam nie mam pojęcia co mogę tu napisać gdyż w mojej opinii nie różnią się od tych z opcji drobiowej omawianych McWrapów – sos z wersji pikantnej to pomidorowo-paprykowa kompozycja nie pozbawiona ostrości, ale też nie potraktowana hektolitrami Tabasco – wystarczająco ostra by dodać nieco ognia do całości dania, ale na szczęście nie na tyle by zagłuszać smak mięsa. Sos z wersji łagodnej  to podobny, jogurtowo-majonezowy wytwór, któremu wyraźnie widoczne zioła niewiele pomagają w wybiciu się na wyższy poziom kultury smakowej.
Również muszę wspomnieć iż sosy raczej dodają całości smaku niż utrudniają wyczucie nut smakowych innych dodatków co w mojej opinii jest dużym plusem.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, seria McWrapów Orientalnych w McDonald’s to seria niemal tak dobra jak początek sezonu Bundesligi w wykonaniu Borussi Dortmund (polskiej – przyp. red. Onet.pl) – świetne zbalansowany smak gdzie dodatki pozostają dodatkami a główni gracze wzbijają się na wyżyny. Bardzo smaczna siekana wołowina i jeszcze lepszy marynowany kurczak wraz z dwoma rodzajami sosów sprawiają, że jest w czym wybierać i każdy odnajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Tylko jedno mnie zastanawia? Gdzie tu orient?
Bo mówimy chyba jedynie o oriencie tureckim czy syryjskim z budki serwującej kebaby na pobliskim deptaku, ewentualnie o festiwalu tańca brzucha w Jaworznie. W mojej opinii choćby jeden z tych McWrapów zasmakuje każdemu (zazwyczaj pewnie i więcej), ale 10.90zł za sam smak, znakomicie przygotowanego niemal-kebaba w cienkim, paprykowym placku pszennym o niewielkich rozmiarach to nieco zbyt wiele.

Smak Dzieciństwa.

Gdybyście mieli wybrać trzy produkty z półek sklepowych jako Wasz smak dzieciństwa, to co byście wskazali, drodzy Czytelnicy?
Ja prawdopodobnie gumę Turbo, którą przeżuć nie było łatwiej niż stare pędy bambusa, ciepłe lody, które wcale nie były ciepłe i spożywało się je częściej w zimę niż w lato a na końcu musiałbym wybrać z góry różnych rodzajów chrupek i chipsów, ale ostatnio uświadomiłem sobie, że na szczycie tej góry stałaby dumnie paczka chrupek kukurydzianych Maczugi o smaku ketchupowym, produkowanych początkowo przez Star Foods a po przejęciu tej firmy przez Frito Lay Poland uzupełniające linie Mr.Snaki pod-firmy Star Chips. Oczywiście był też baton Alibi produkowany przez Jutrzenkę czy Mamba o smaku cola, która na rynek wprowadził Storck – w ten sposób wymieniając byłbym zmuszony wybierać swoje TOP20, pozostając jednak w temacie to te trzy wyżej wymienione produkty spożywałem najczęściej i najchętniej.

Czy Maczugi nadal są dostępne w sklepach?
Pewnie, i to w niejednym wariancie. Występują bowiem w paczkach 24g i 48g, których ceny oscylują wokół, odpowiednio: 0.75zł i 1.20zł.
Do czasu przejęcia przez Frito Lay Poland i powolnego, aczkolwiek bardziej sukcesywnego niż budowanie polskich potęg w grach zespołowych, drożenia produktów ich cena zazwyczaj wynosiła 0.45zł (wersja około 20g) a smaki dodatkowe obok wersji Amerykański Ketchup, które były oferowane to Hot-Dog i Majonez Domowy. Gdzieś z tyłu głowy kojarzą mi się Maczugi cebulowe i serowe, ale może Wy to lepiej pamiętacie, drodzy Czytelnicy?
Aktualnie jako jedyny wariant smakowy tych chrupek na rynku to wspomniany wyżej Amerykański Ketchup. Niestety, amerykańskiego ketchupu nie jadłem nigdy, ale prawdopodobnie niewiele różni się on od naszego czyli bywają wersje konkretne i przesycone smakiem niemal jak koncentrat pomidorowy, ale bywają też wersje nędzne (cosik rzadziuśki ten ketchup – rzekł Kwiczoł, pociągając z czerwonej butli). Zamykając temat ketchupu a otwierając temat samych chrupek wspomnę o opakowaniach. Niezapomniany jak film Stanisława Barei Miś i legendarny jak potwór z Loch Ness jaskiniowec był widziany ostatnio na opakowaniu dawniej niż Yeti w Himalajach. Po jego zniknięciu kolorystyka pozostała podobna (granat, czerwień i nieco błyszczącego złota) a butelka ketchupu zmieniała swe miejsce Nie dalej niż dwa tygodnie temu Maczugi dołączyły do rodziny Mr.Snaki również pod względem opakowań i tak teraz mamy w niej:
Gębolce (Pizza), Łapaki (Ser-Pomidor), Zębolce (Ser-Ziemniak), Oczaki (Orzech) i Maczugi o smaku Ketchupu (już nie amerykańskiego).VLUU L200  / Samsung L200Aktualnie na opakowaniu tym biegnie bliżej nieokreślony czarny  kształt, przypominający wydłużoną wersję Bobka znanego przede wszystkim z książek opowiadających o wydarzeniach w Dolinie Muminków, który trzyma w jednej swej łapie maczugę a w drugiej butelkę ketchupu najbardziej przypominające produkt firmy Heinz (z której strony by nie spojrzeć ketchup amerykański). To co składa się na 120kcal w wersji 24g i 235kcal w 48g (ktoś nie potrafi tu mnożyć przez dwa?) to 68% kaszy kukurydzianej, olej roślinny, cukier, dioctany sodu, pomidory w proszku, glutaminian monosodowy, mleko w proszku, kwas cytrynowy, sól i tradycyjny ekstrakt z papryki, który ma pokolorować całość.

Jak widać na zdjęciu, po otwarciu paczki naszym oczom ukazują się chrupki kukurydziane o kształcie (nomen omen) maczug. Zabarwione delikatnie na czerwono, żółciutkie chrupki atakują nasze nozdrza jak niejeden kwas na lekcjach chemii – mocnym, wręcz żrącym, kwasowym aromatem, w którym dużo więcej octu niż aromatu pomidorów a już tym bardziej sosów pomidorowych.VLUU L200  / Samsung L200Na odchodzącym już do lamusa opakowaniu marketingowcy Frito Lay Poland umieścili parę informacji o manii chrupania i mieli rację – są to jedne z najmocniej (jeżeli nie pierwsze w tym zestawieniu) chrupiące chrupki. Spożywając a właściwie chrupiąc je w początkowym stadium głuchoty możemy skutecznie chronić nasz mózg przed dopływem informacji (choć nie mam pojęcia co w tym dobrego).
Smak to już nieźle wyważona mieszanka słodyczy i pomidorowej kwaskowatości z przewagą smaku słodkiego co sprawia, że aż tak do końca nie są one dla mnie tak pyszne jak jeszcze wydawały mi się dziesięć lat temu (człowiek chyba kiedyś w końcu dorasta) – smak ketchupu przypomina ona jak figura byłej posłani Renaty Beger przypomina kształty Anety Kręglickiej.

Podsumowując, powrót do tych chrupek to jak wędrówka DeLoreanem z Powrotu do Przyszłości Roberta Zemeckisa tylko, że w przeciwnym kierunku – smak rzeczywiście przypomniał mi lata podstawówki, ale to już nie to samo co bieganie do pobliskiego sklepu i jedzenie czterech paczek w ciągu jednej przerwy, popijając oranżadą DAN (Dobre Aromatyczne Napoje) kupioną za 0.35zł.

Dodatek: po odstaniu dwa dni w otwartej paczce nie przeżuwa się ich łatwiej niż gumy Turbo a chrupkość tracą szybciej niż znajomi kleptomana swoje rzeczy.

Hot or Not?

Cofając się niemal dwa miesiące wstecz myślałem jedynie o tym by zdążyć wrócić do kraju przed 9. września.
Nie dlatego, że miała mieć wtedy miejsce rodzinna impreza jakiegokolwiek rodzaju, nie na koncert ulubionego zespołu, nie na rocznicę wielkich wydarzeń, nie na mecz o wadze wielkiej jak pęczek pietruszki (Polska – San Marino).
Spieszyłem się, rezerwowałem lot i szybki powrót do domu z lotniska by zdążyć spróbować zaanonsowanego wtedy burgera Big King XXL w wersji Hot, dostępnego w sieci Burger King.

Uszczuplony jak ostatnimi czasy Dominika Ostałowska Big King XXL pozbył się kilku ważnych dla niego składników – przede wszystkim charakterystycznego King Sauce a oprócz tego pikli, którego pracowały na dobre imię swojego klienta jak obrońca Katarzyny Waśniewskiej i białej cebulki. Nie mam pojęcia w jakim celu pozostawiono strzępki sałaty lodowej, bo w mojej opinii jest to pakowanie czegoś zielonego na siłę. A propos siły – nasz bohater nabrał siły ognia jak gdyby nosił ze sobą kilka futerałów na gitary z filmu Desperado – poczytajcie z resztą sami: Prawdziwie królewska uczta. Podwójna porcja grillowanej wołowiny w towarzystwie sera cheddar, papryczki jalapeno i świeżej sałaty pokrytej sosem chilli cheese. Idealny wybór na wielki głód.
Opis wygląda bardzo dobrze i nie gorzej prezentuje się sama kanapka. Pierwszy raz nie udało mi się znaleźć elementu, który przekłamywałby rzeczywistość – w burgerze Hot Big King XXL znajdziemy bowiem: sezamowe pieczywo, dwa plastry sera Cheddar, znikomą jak liczbę kątów w okręgu ilość plasterków Jalapeño (rzeczywiście, mogła to być jedna papryczka), nieco sałaty lodowej i uwielbiany przeze mnie jak amerykański serial Przyjaciele, sos Chilli Cheese.
Czyż to zestawienie nie jest podobne do kanapki Long Chilli Cheese, oferowanego około okresu matur przez tę sieć?
Tak, dokładnie – a tamtą kompozycję uznałem za genialną w swej prostocie i smaku, żałując jedynie, że przyjemność jego spożywania nie trwała dłużej niż wejściówka programu informacyjnego TVP1 Teleexpress.
Teraz mam to w wersji powiększonej – jedynie z sałatą, którą dzięki opcji Have It Your Way! (koniecznie wykrzyknik) mogę po prostu wyrzucić – czy mógłbym chcieć więcej?
Może pokoju i sprawiedliwości na Świecie, ale to nie te kategorie.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Hot Big King XXL, którego spożyłem na pierwszym piętrze Galerii Słonecznej w Radomiu, zawitał do mnie ze świtą w postaci zestawu (nowa odsłona frytek i napój z dolewką) kolejnym Hot Big King XXL, tym razem bez zestawu i pojedynczym Whopperem z dodatkiem sera. Sam burger kosztuje 14.95zł a zakup zestawu zmusi nas do wyciągnięcia z portfela 20.95zł. Obaj Królowie zostali powiększeni o dodatkową porcję mięsa (kolejne 2.50zł). Niestety ilość kalorii w którą wyposażono tę wersję Big King XXL nie jest podana, ale licząc tak na oko jak Pan Rostowski finanse naszego kraju bez dodatkowego mięsa powinno to być około 1000-1100kcal. Dodatkowe patty to około 240kcal na plus.
Zaczynając analizę po raz kolejny muszę wspomnieć coś o bułce o której napisałem już chyba wszystko co mogłem – mam nadzieję, że mam wśród Czytelników kilka osób z chorobą Alzheimera i chętnie przeczytają po raz pierwszy (a właściwie kolejny), że to przyjemnie pachnące, lekko tostowane, białe, miękkie pieczywo nieco zapycha, ale nie na tyle by psuć nam całość. Przez wielkość porcji mięsa utrzymuje całość tak dobrze jak tuż po wyborach parlamentarnych w 2011 roku partia Janusza Palikota utrzymywała swój elektorat. Dolna część bułki nieco rozmiękła – z jednej strony to powód do radości z soczystego burgera a z drugiej problem przy spożywaniu, którym niezbyt się przejąłem.
Mięso to konkretne, około 113g patty, pełne soków, przynoszące smak prawdziwego mięsa i bardzo mi odpowiadające. Jak już kiedyś wspominałem to najbardziej smakująca mi sieciówkowa wołowina, choć zdarzają się przypadki, że wyciągnę z niej coś twardego jak worek kamieni – na szczęście mniejszych rozmiarów. Ser, który ma być serem cheddar a jest serem topionym o wątpliwym jak uroda naszych zachodnich sąsiadów smaku dojrzałego sera cheddar idealnie pasuje do mięsa i jak zazwyczaj cudownie reaguje na temperaturę burgerów roztapiając się odpowiednio na całej ich powierzchni.
Sałata to delikatnie chrupiące strzępki jej lodowej wersji, które posiadają różne odcienie zieleni i tak naprawdę do całości wnoszą tyle co romska rodzina do nowego mieszkania socjalnego. VLUU L200  / Samsung L200
Na samym końcu przyszedł czas na analizę tego co wyróżnia sezonową wersję kanapki Big King XXL od jej sezonowej, gorącej wersji. Spodziewałem się kanonady ognia z dwóch działek – jedno z nich na lufie miało mieć napisane Jalapeño a drugie Chilli Cheese – jednak to co dostałem to najwyżej zabawa w Dwa Ognie z dziećmi z podstawówki.
Po pierwsze to co przekreśla zadatki na ostrą zabawę to ilość amunicji jaką mają w sobie dwa działka wymienione wyżej – cztery czy pięć plasterków papryczki (bo na pewno nie papryczek) Jalapeño i ilość sosu Chilli Cheese, którą osobiście posmarowałbym jeden koreczek na przystawkę, nie są w stanie sprawić, że kompozycja dostanie taką porcję pikanterii na jaką zasługuje. Trzeba przyznać, że za obydwoma z tych składników wręcz przepadam a sam sos to do tej pory najlepszy dodatek jaki przyszło mi spożywać w jakiejkolwiek sieciówce, ale ktoś tutaj przy ustalaniu wielkości porcji a przy tym poziomu ostrości postąpił tak zachowawczo jak angielskie Panie Domu z używaniem soli.

Krótko wspomnę też o nowej odsłonie frytek, które kosztowałem już po raz kolejny.
Frytki przeszły terapię odchudzającą i aktualnie bardziej przypominają grubością frytki z McDonald’s niż te z KFC. W Wielkiej Brytanii frytki z sieci Burger King były grube, chrupiące i smaczne – u nas wersja grubsza była nieco mniej chrupiąca i wyrazista niż ta zza Kanału La Manche. Nowy model frytki, przynajmniej w mojej ocenie, to przede wszystkim dużo więcej skrobi i zdecydowanie mniej wody – zdarza się, że są one tak mączne, że aż ciężko je ugryźć po usmażeniu, ale większość z nich jest po prostu cienkim fragmentem ziemniaka o ładnej, żółtawej barwie, puszystym wnętrzu i nieco zbyt twardej warstwie wierzchniej z delikatnie przesadzoną nutą skrobi. Szczerze powiedziawszy ciężko mi zdecydować która odsłona bardziej mi smakowała, mimo, że zazwyczaj wolę frytki grubsze. Tym razem w tej (nazwijmy to) konfrontacji remis.
Napój nalewany z dozowników własnoręcznie również na zakończenie wypadł w podobnym stosunku – Pepsi z domieszką jej niskokalorycznej wersji bardzo smaczna, odpowiednio chłodna i wystarczająco wyrazista – niestety ulubiona Mirinda tym razem tak intensywna w smaku jak woda z cukrem.VLUU L200  / Samsung L200

Podsumowując, zestawienie kanapki jest jak najbardziej prawidłowe jednak ilość składników na które liczyłem jak na Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich w których jeszcze nie mogłem brać udziału jest zdecydowanie zbyt mała by jakkolwiek mnie satysfakcjonować. Oczywiście, da się wyczuć przyjemnie serowy i delikatnie pikantny posmak sosu Chilli Cheese jak również ostrawy i kwaskowaty smak papryczek Jalapeño, ale tych nut jest zbyt mało w całości kompozycji by mnie porwać i sprawić tak dużą przyjemność ze spożywania co wspomniany wyżej Long Chilli Cheese dzięki któremu żywiłem tak duże nadzieje w związku z tą kanapką – niestety, rzeczywistość zbyt brutalnie zweryfikowała me oczekiwania i pozostawiła mnie z po prostu smaczną i delikatnie pikantną wersją jednego z moich ulubionych burgerów, która jest tak hot jak Anna Bałoń po przybraniu na wadze.
Ze swej strony polecam, nie zachwycając się jednak i szybko przechodząc w tryb codzienny po spożyciu (jakkolwiek to brzmi).

Serowy Kąsek i Klasyka bez Dodatków.

Bywa tak, że dodatki przyćmiewają dania główne – tak na przykład zdarza się w programie Kuby Wojewódzkiego gdzie często to on jest bardziej błyszczącą gwiazdką niż jego goście, choć z pozoru wydawałoby się, że powinno być inaczej.
Bywa też tak, że smak dodatków oceniamy jako równie pociągający i zajmujący co smak dania głównego – to tak jak w przypadku, który mam zamiar dziś opisać.

Pewnego popołudnia wybrałem się z towarzyszką spożywania na mały spacer połączony z obiadem w punkcie sieci Burger King na High Street w Slough. Naszą ofiarą padła kanapka dnia (1.99£), ale czymże byłaby ta kanapka gdybyśmy nie zamówili jej w wersji XL?
Tak też się stało i po chwili nie trwającej dłużej niż czas utrzymywania się PiS-u przy władzy XL Bacon Double Cheeseburger wylądował na naszym stole. Nie dość, że już w samej nazwie jest on podwójny to dołożyliśmy kolejną dwójkę w postaci dwóch kanapek. Jedna z nich z zestawem Super przeniosła w niemal bezprzewodowy sposób z mojego konta na konto amerykańskiej sieci 4.59£ a druga z zestawem pobrała w ten sam sposób 6.59£. Spojrzałem w dół i tuż pod dotykowym panelem przeznaczonym dla kasjera dostrzegłem cztery dodatki do wyboru, które zakupione do zestawu to wydatek jedynie 0.99£. Postanowiłem spróbować wyglądających najbardziej zachęcająco i na pewno niedostępnych w ofercie tej sieci w Polsce Chilli Cheese Bites.

XL Bacon Double Cheeseburger to klasyk nad klasykami okrojony z dodatków jak modelki pozujące do aktów i przyprawiony konkretną ilością kalorii w postaci bekonu. Całość była dla mnie jak niejedna para butów widzianych na wystawie: już przy pierwszej wizycie w tym lokalu chciałem go mieć – choćby na chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Analiza nie będzie zbyt długa, bo i nie powinna – prostota tej kanapki zachwyci fanów klasycznych burgerów a dodatkowo sprawi, że wegetarianie i dietetycy zaczną sobie rwać włosy z głowy. Oto jej skromny opis na stronie producenta: No, there hasn’t been an eclipse, that’s just our XL Bacon Double cheeseburger blocking out the sun. 100% flame grilled beef with melted cheese, topped with bacon. XL ent!
Mamy tu jedynie bułkę, dwie porcje Królewskiej wołowiny, dwa plastry sera i boczek. Znakomicie(!). Nawiasem mówiąc jestem pod wrażeniem suchego żartu towarzyszącego temu opisowi – na szczęście miałem ze sobą 700ml kubek w którym znajdowała się Coca-Cola z lodem i to mnie uratowało.
Właściwie wszystkie elementy z których składa się kanapka dawno lub mniej dawno temu spożywałem, więc teoretycznie wiedziałem czego się spodziewać po całości, a jak to wyszło w praktyce? O tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Bułka to standard w tej sieci – miękkie, niekoniecznie suche pieczywo o delikatnie maślanym aromacie z nutą sezamu, którym posypane jest na wierzchu. Ser, który tym razem nie otrzymał nawet określenia Cheddar został roztopiony nie do końca, choć niemal w całości – jego smak to zdecydowana topiona baza z lekkim posmakiem sera. W mojej opinii od sera Cheddar marki Hochland różni się jak jednojajowe bliźnięta między sobą. Mięso to po raz kolejny konkretne, wystarczająco soczyste i swoją grubością mogące niesprawiedliwie konkurować z talerzem obiadowym patty, które dosyć łatwo wciąga mnie w świat niemal stuprocentowej wołowiny, broniącej się jedynie własnym smakiem. Z jednej strony jako sieciówkowej wołowinie brakuje jej objętości a z drugiej jako patty właśnie sieciówkowe jest wręcz wybitne, bo smaczne, soczyste i nieprzemielone na drobne. Ostatnim z aktorów tej wspaniałej uczty dla ciała i ducha to bekon do którego osobiście nie mam zastrzeżeń. Nie był on lotów tak wysokich jak najsłynniejszy lot balonem Felixa Baumgartnera, ale standardowo wysmażony, lekko tłuściutki, odpowiednio słony oraz niepozbawiony lekkiego dymnego aromatu to cechy, które powinny mu wystarczyć by być znakomitym dodatkiem do całości.
VLUU L200  / Samsung L200Jeżeli już mowa o całej kanapce to zestawienie mimo, że standardowe, mocno zaskakuje – brak warzyw działa na korzyść (na pewno nie dostawców) a brak sosów wpływa zaskakująco dobrze (na pewno nie na kieszeń podproducentów). Wręcz czuje się te 955kcal, które w naszym mózgu wywołują dwie reakcje żyjące ze sobą w pewnej sprzeczności: czy wykorzystać więc jamę ustna do mruczenia i wychwalania tego dzieła prostoty i grilla czy też w milczeniu zająć się spożywaniem i delektowaniem?
Wybrałem opcję drugą i nie żałuję: charakterystyczne choć nieco pozbawiony charakteru smak wołowiny z sieci Burger King świetnie współgra z delikatnie mdłą bułką i specyficznym choć oklepanym aromatem sera. W całości da się wyczuć niezbyt intensywną nutę bekonu, który przyjemnie uzupełnia całość, mimo, że nie odgrywa znaczącej roli. Całość smacznie kaloryczna, o odpowiedniej temperaturze i konsystencji – od czasu do czas a nawet częściej chętnie spożyję takiego klasyka bez dodatków.

Mówiąc o dodatkach słowem wspomnę o frytkach i napoju: te pierwsze są całkiem inne niż te sprzedawane w punktach sieci Burger King w Polsce – grubsze, bardziej ziemniaczane, o delikatniejszej, choć przyjemnie chrupiącej powłoczce. Drugi to podana w przykuwającym uwagę niemal tak efektywnie jak każdy muscle car na polskich ulicach, naprawdę sporych rozmiarów kubku Coca-Cola, która jest odpowiednio schłodzona, z pokrytą kwasem fosforowym słodyczą i odpowiednią ilością lodu, który wesoło szumi i trzeszczy przy poruszaniu pojemnikiem.
Tym może nieco rwanym jak ból w udzie krokiem przechodzę do sedna. Dodatku, który wspominam równie smacznie co samo danie główne.VLUU L200  / Samsung L200Chilli Cheese Bites na oficjalnej, brytyjskiej stronie internetowej sieci Burger King są opisane w ten sposób: There are two ways to make your cheese bites more exciting. One way, is to base jump while you eat them. The other safe, and tastier, way is to add chillies. Available in Regular and Large. Wersja Regular to cztery sztuki, które legitymują się wartością odżywczą 238kcal a Large to sześć serowych kąsków czyli 366kcal. Składniki odżywcze to jak nietrudno się domyślić głównie węglowodany i tłuszcz, choć zawartość białka nie jest liczona w dziesiątych częściach grama – inaczej niż można by się spodziewać. Same Cheese Bites przy pierwszym kontakcie ani trochę nie sprawiają wrażenia pożywienia, które jest w stanie dać nam choć po części zadowalające doznania smakowe. Już pierwszy kęs sprawia, że zdajemy sobie sprawę, że myliliśmy się jak Donald Tusk i jego partnerzy partyjni w ustalaniu programu Platformy Obywatelskiej przed wyborami.
VLUU L200  / Samsung L200Lekko chrupiąca, niezbyt gruba panierka, w którą wchłonęło nieco tłuszczu, ale nie na tyle by psuć nam smak całości kryje gorące wnętrze o barwie kremowej żółci z wstawkami jarzynowej zieleni i konsystencji dosyć rzadkiego budyniu, które po pierwsze raczy nas przyjemnym, warzywnym smakiem świeżej, zielonej papryki, uzupełnionej mieszanką charakterystycznych nut sera topionego i żółtego, który pochodzi z półki przynajmniej tak niskiej jak Jarosław Kaczyński.VLUU L200  / Samsung L200Chilli czyli smak ostrych papryczek jest wyczuwalny dopiero na finiszu i znakomicie uzupełnia całość nie dominując w niej. Kompozycja jest bardzo udana – wnętrze pełne tłuszczów wystarczy by wytworzyć odpowiednią konsystencję za to smak papryki i chilli pokrywa tłusty smak, dając miejsce aromatowi serów. Panierka jedynie domyka całość i nie ma w niej nic co warte byłoby zapamiętania.

Podsumowując całe danie muszę przyznać, że żałuję iż cheese bitesów nie ma więcej – cztery czy sześć sztuk to za mało by nacieszyć się ich interesującym smakiem i sprawić problemu wątrobie. Kanapka jest jak występy Ireneusza Krosnego – to coś co swą prostotą wybija się ponad inne produkty, każdy powinien bez problemu ją zrozumieć a większość nawet będzie bawić.
W obu przypadkach dokonałem na pewno wyboru o niebo lepszego niż desygnowanie Bartosza Arłukowicza na stanowisko Ministra Zdrowia. Ponad 2000kcal, które oferuje danie w takiej konfiguracji jaką ja wybrałem sprawia, że po wyjściu z lokalu czuje się ciężki i bardzo szczęśliwy, że prostota może w takim przypadku zwyciężyć a dodatek może znaczyć niemal tyle co główne danie. Ze swojej strony jak najbardziej polecam i liczę, że serowe kąski pojawią się w ofercie sieci Burger King w Polsce.

Krótka rozprawka o Relentlessie.

Coca-Cola Co. zaatakowała rynek napojów energetycznych w Wielkiej Brytanii w 2006 roku – aktualnie posiada 28% tego rynku. Na pewno nie byłoby to możliwe za pomocą marki Burn – należało stworzyć coś innego – niestety od podstaw. Marketingowcy postanowili, że nowa marka tego typu napojów na brytyjskim rynku zostanie nazwana Relentless – na początku oferowano jedynie oryginalny smak a następnie dodawano do niego owoce.. To znaczy soki owocowe – zagęszczone. Relentless w porównaniu z dostępnymi w Polsce napojami Rockstar czy Monster ma niższą zawartość cukru przy podobnej zawartości kofeiny (32mg/500ml). Skupię się dziś głównie na odpowiedzi na pytanie: czy Relentless jest smaczny? Osobiście piję tego typu napoje głównie dla smaku, bo oprócz ponad 500ml puszek Red Bulla żadne nie działają na mnie bardziej pobudzająco niż poranna kawa. Żeby nie było tak łatwo to na warsztat wezmę wszystkie smaku i wersje tego napoju.

Origin Podstawowa i najstarsza, pochodząca (podobnie jak siedmioletnie dzieci) z 2006 roku wersja. Zamiar jaki mieli stwórcy to przyciągniecie do półek sklepowych oraz lodówek jak największej ilości potencjalnych nabywców nie tylko kampanią reklamową. Czy się udało? W moim przypadku nieszczególnie – zawierający 10.1g cukru na 100ml napój zapachem przypomina mniej słodkie i bardziej rzadkie napoje energetyzujące do których osobiście zaliczam produkty typu: Black czy Tiger. Należy wspomnieć iż taki zapach nie jest tym czego w napojach energetyzujących szukam.
Właściwie zazwyczaj nie chodzi przecież o zapach, choć to niemal niezbędny element smaku – tym razem dosyć mocno gazowany napój o barwie napoju energetyzującego (zaskakujące?) smakuje tak jak po zapachu można by się spodziewać – niekoniecznie intensywny w smaku, lekko kwaśny, słodkawy… Zdecydowanie dla osób z mniej wymagającymi podniebieniami.
VLUU L200  / Samsung L200Orange Jeden z moich faworytów, sądzę, że gdyby był koniem to na niego postawiłbym wszystkie swoje pieniądze w dorocznej gonitwie.

Pomarańczowo-rdzawa puszka kryje 500ml napoju w którym odnajdziemy 5% soku pomarańczowego (nie udzielono nam informacji czy jest to sok z soku zagęszczonego czy sok naturalny czy też słodzony). Otwiera się dosyć głośno, z potężnym sykiem uwalniając przyjemny aromat pomarańczowej oranżadki w proszku znany niektórym z wczesnego a innym z późnego dzieciństwa.
Mocno gazowany płyn barwy pomarańczowej smakuje podobnie jak moglibyśmy spodziewać się po zapachu – zaraz na początku konkretna nuta pomarańczy na finiszu zastępowana niepewnie przez smak napoju energetyzującego – podobny do tego znanego mi z wersji Origin. Ogólna kompozycja to znów oranżadka w proszku – zabawne, przywołujące wspomnienia i smaczne, polecam.
VLUU L200  / Samsung L200

Lemon Ice Niepohamowanie podążam nieco niechronologicznie, bo ten smak to najświeższa propozycja od Relentless. Zawsze podobały mi się dopiski Ice przy napojach, tytoniu do fajki wodnej czy alkoholach – nawet jeżeli ten mróz należało wprowadzić samemu przez przetrzymanie danego produktu w zamrażarce nie stanowiło to dla mnie problemu takiej wagi jak prezerwatywy dla Watykanu.
Miejscami ciemnożółta puszka stanowi naczynie dla 240kcal i 58g cukru rozpuszczonym w wodzie a smak zapewnia flavouringscitric acid oraz acidity regulator, którym jest cytrynian sodu. Zapach który uwalniany jest po otwarciu puszki to tonikowa cytryna (aż zdziwiłem się, że w składzie nie jest wymieniona chinina, ale może ona znajduje się pod tym flavourings?). Bezbarwny, gazowany jak niemal każda mineralna woda gazowana napój ma przyjemny, cytrynowy (czy raczej jedynie kwaśny?) smak z dodatkiem lekkiej goryczki toniku – świetne rozwiązanie tuszujące zawartą w nim słodycz przez co napój wydaje się być naprawdę smaczny. Mroźność musimy załatwić sobie sami, ale kilkanaście minut pobytu w temperaturze odpowiadającej mroźnym nocom w Suwałkach powinno zrobić swoje, po raz kolejny polecam.
VLUU L200  / Samsung L200

Tropical Juiced Pozytywne rozczarowanie – mógłbym rzecz. Wypuszczony na rynek w lutym 2008 roku, uwięziony w tropikalnie zielonej puszce z dziwnie przypominającymi anioły motywami napój zawiera dokładnie tyle samo kofeiny i tauryny co wersja podstawowa. Spodziewałem się soczyście interesującego smaku, który przynajmniej choć trochę będzie przypominał naturalny sok z domieszką napoju energetyzującego – nie tym razem – jakby odpowiedział typowy, bohaterski policjant z amerykańskich filmów do nikczemnych złoczyńców.
Zaraz po jego wypuszczeniu na rynek ten smak Relentlessa posiadał 50% soku a w tym aż 7% przecieru owocowego – aktualnie jest to kolejno 18% (17.5% pomarańcza; 0.5% marakuja i 2% (morela, guava, mango) – jestem przynajmniej rad, że inaczej niż Tymbark czy Rockstar nie opierają swoich dodatków na sokach jabłkowych. Nie zmieniła się natomiast ilość kalorii i cukru, która wynosi: 220kcal oraz 53.5g.
Nieco jaśniejszy i o podobnej zawartości gazu co wersja Orange płyn pachnie pomarańczowo, raczej płasko i mało zachęcająco – w tle próbują dobić się do naszego aparatu węchowego inne owoce, ale brak im skrzydeł (może Red Bull by pomógł?).
Na samym wierzchu, po przelaniu do szklanki tworzy się średnioziarnista, szybko opadająca, jasno-biała piana – jest to jedyny tego typu przypadek wśród Relentelssów, które opisuję.
Smak nieco inny od wersji pomarańczowej – choć, co wynikałoby ze składu i moich oczekiwań – powinien być dosyć podobny. Jest mniej oranżadowy, lepiej skomponowany, bardziej owocowy i cała pomarańczowość, której najwięcej jest przełamana nutą innych owoców, z których najwyraźniej wyczuwalna jest słodko-cierpka marakuja i mdłe mango – guavy nie wyczułem, morelę może gdzieś na dnie bym odszukał.
Kompozycja dosyć udana i nieco lepiej zbalansowana – gdybym miał powiedzieć tak lub nie – powiedziałbym: tak. Jednak nie muszę tego robić i powiem: spróbujecie a się przekonacie ile dla Was znaczy. Osobiście spodziewałem się więcej, ale i tak jestem zadowolony.
VLUU L200  / Samsung L200

Apple&Kiwi Przedostatni wypust Relentless, który zaskakuje podwójnie, ale o tym za chwilę. Wprowadzony na rynek mniej więcej w tym czasie gdy Loreen ze swoim utworem Euphoria zwyciężyła w finale Eurowizji – mówimy więc o maju zeszłego roku.
Puszka o barwie electric blue, przechodzącej w turkus i kolejnymi dziwnymi grafikami przywodzącymi na myśl tanie, wielowątkowe i nie trzymające się kupy opowieści fantasy. Co najbardziej zaskakujące w składzie to brak soku jabłkowego i kiwi. Co w takim razie zapewnia nam ten smak?
Ekstrakty z czarnej porzeczki i marchwi – jedyne co kojarzy mi się wspólnego między tymi warzywami i owocami to jedynie to, że jabłka, marchew i czarną porzeczkę mam w ogródku, reszta to tylko dorobiona teoria, która trzyma się kupy jak te powieści, o których wspomniałem wyżej.
Dosyć cicho otwieram puszkę w której znajduje się 225kcal a zarazem 53.5g cukru wącham zawartość i… Nie odnajduje tam ani marchwi, ani czarnej porzeczki, ani kiwi. Przede wszystkim pachnie to syntetycznym winogronem z delikatną nutą jabłka. W mojej opinii bardzo zachęcający aromat, choć zdaje sobie sprawę, że część osób ta chemia może odrzucić. Popijając lodowato chłodny, dosyć mocno gazowany płyn niełatwo oderwać uwagę od jego koloru (chyba, że pijemy prosto z puszki) o odcieniu kostki klozetowej oznaczonej napisem Zapach Morski. Ta barwa wzmacnia dodatkowo poczucie syntetyczności produktu, ale mnie bardziej interesuje smak, a w nim: soczyste, sztuczne, zielone winogrono, płaska nuta jabłka i nareszcie kiwi – lekko zaznaczone, ale przynajmniej mogę cieszyć się jego obecnością.
Smaczny a właściwie najsmaczniejszy z całej siódemki.
VLUU L200  / Samsung L200

Berry Juiced Znów oszukani, chciałoby się rzecz. Wprowadzone w 2009 roku, 500ml napoju energetyzującego legitymuje się w portfolio smakiem: truskawka, malina, czarna porzeczka. Cóż z tego odnajdujemy w składzie? 4% soku z czarnej porzeczki, 0.5% malina i taka sam udział procentowy soku truskawkowego. Tym razem ktoś poinformował nas, że pijemy napój z dodatkiem soków z soku zagęszczonego. Dodatkowo 14% soku z jabłek i 1% z czerwonych winogron, 32mg kofeiny na 100ml napoju o kolorze wina, któremu kolor nadają antocyjany, kwas cytrynowy, kilka witamin, woda gazowana i najważniejszy jak Piotr Kupicha w Feelu, cukier – 53g. Napój dostarcza 220kcal a po przelaniu do szklanki pieni się tak delikatnie jak piwo z Tesco marki Tesco. Zapach to przede wszystkim słodkie, landrynkowe berries z przewagą truskawki i maliny oraz delikatna, soczystą nutą winogrona, zagubioną wśród całej, przytłaczającej słodyczy.
Smak jest zdecydowanie mniej słodki niż można by się spodziewać po zapachu. Już nie tak ciężki i przytłaczający jak gryzące sumienie, a zdecydowanie lżejszy i bardziej kwaśny, choć w mojej opinii nadal zbyt słodki. Dominuje w nim truskawka ze zdecydowanym dodatkiem maliny, nutą czerwonego winogrona i delikatnym posmakiem cierpkiej porzeczki.
Może subiektywnie nie jest on najsmaczniejszy, ale obiektywnie rzecz biorąc dla fanów landrynkowej słodyczy (jak choćby Albus Dumbledore) powinien być w sam raz.
VLUU L200  / Samsung L200

Sugar Free Na koniec pozostawiłem to czego najbardziej się obawiałem.
Nigdy nie przepadałem za napojami bez cukru, słodzonymi czymś co ma go zastępować a w rzeczywistości tylko nieudolnie udaje jak Bartosz Arłukowicz ministra zdrowia (czyjego?)…
15kcal, które posiadają kolor jedynie nieco bledszy od Origina. W składzie mają niemal to wszystko co standardowa wersja: E331 (zwanu tu Acidity Regulator), gurana, kofeina, gazowana woda, prezer… To znaczy konserwanty i to co tutaj robi różnicę (niekoniecznie na plus): aspartam, acesulfam K i sól sodowa sacharyna – brzmi źle?
A smakuje nie najgorzej, ale po kolei (oby nie państwowej): delikatnie gazowany napój, na którym przez chwilę zawiesza się gruboziarnista, szybko opadająca pianka nie powala aromatem – słodko-kwaśny zapach napoju energetycznego, zaburzony wyraźnie wyczuwalną syntetyczną nutą słodzików. Smak jak już wspomniałem wyżej nie jest tak zły jak można by się spodziewać – płyn podpisany jako sparkling mixed fruit flavour low calorie stimulation drink jest po prostu słodzikową wersją swego Origin-alnego brata – na początku czujemy atak słodzików, który po chwili zamienia się w kwaskowy finisz – nie jest to najprzyjemniejszy smak a zrównoważony jest jak psychopatyczni mordercy psychicznie, ale jedno mogę o nim powiedzieć: jest to najsmaczniejszy napój niskokaloryczny jaki przyszło mi pić. Podawajcie schłodzony – przy temperaturze ponad dziesięć stopni w skali Celsjusza smakuje, eufemistycznie rzecz ujmując, źle.
VLUU L200  / Samsung L200

Może i nie jest to tak duża kolekcja produktów jak marek Monster czy Rockstar, ale Coca-Cola postarała się o godną konkurencję dla tych dwóch potentatów na rynku.

Tom… To znaczy: Ben i Jerry

Ben i Jerry podobno robią najlepsze na Świecie lody od 1978 roku, kiedy to nie mając perspektyw na przyszłość i niezbyt wiele życiowych doświadczeń otworzyli za niewielką sumę pierwszą lodziarnię w Burlington.
Brzmi pięknie, a jak było naprawdę? Tego nikt nam nie powie, więc trzymajmy się wersji oficjalnej.

To tyle tła historycznego, współcześnie, w 2000 roku markę przejął Unilever, sprzedawana jest w niemal 30 krajach (niestety nie w Polsce), prowadzi franczyzowe punkty sprzedaży lodów a w internecie można przeczytać mnóstwo ciekawostek na temat firmy (nie, nie tego pseudo-zespołu od JP).

Kontynuacja tematu wiąże się nierozerwalnie jak posiedzenia sejmowe i nuda z wymienieniem wszystkich smaków jakie producent oferuje. Tu spotyka mnie problem wagi przynajmniej kilku Mariuszów Pudzianowskich przed dietą MMA (Mariusz poleca wszystkim paniom, które nie mogą przyłożyć lewej ręki do lewego ucha), gdyż ilość oferowanych smaków i ich skomplikowanie sięga problemów jakie na każdym kroku dotykają bohaterów telenoweli Klan emitowanej przez Program Pierwszy Telewizji Polskiej. Jedyne co mi pozostaje to odesłać do oferty smaków jaką producent prezentuje na stronie internetowej. W lodach tych możemy znaleźć różne dziwactwa – jak czekoladowe rybki (Phish Food), niedźwiedzie polarne wykonane z białej czekolady (Baked Alaska), kawałki ciast, ciastek, chrupek i tym podobne. W Wielkiej Brytanii najbardziej rozpowszechnioną opcją sprzedaży lodów o których mowa wyżej to 500ml kubeczki (lub jak kto woli 411g) – cena to zależnie od miejsca około 4.50£ (przy ostatniej wizycie w Sainsbury’s przy Farnham Road w Slough była możliwość nabycia dwóch kubeczków za 7.00£). Wybór smaków, porównując z ogólną ofertą jest ograniczony jak ruch w kaftanie bezpieczeństwa. Z tego co sobie przypominam to zazwyczaj jest to około pięciu smaków – niestety, dla osób które nigdy żadnego produktu Ben&Jerry’s nie spożywały (jak przykładowy ja i towarzyszka spożywania) wybór spomiędzy tych kilku opcji rośnie do rangi niemal nierozwiązywalnego problemu. Zagwozdkę zakończył nareszcie wybór smaku Half Baked, którego opis na pudełku brzmi w ten sposób: Chocolate & Vanilla Ice Creams with Fudge Brownies & Chunks of Chocolate Chip Cookie DoughVLUU L200  / Samsung L200Wieczko kubełka jest zafoliowane, zgrzane tak by wytrzymać transport do miejsca docelowego (nie powiem, że przeznaczenia, bo ich przeznaczenie to nasz układ pokarmowy) a folia tak perforowana by bez problemu mogło je otworzyć nawet kilkuletnie dziecko.

Całość opakowania utrzymana w koncepcji łąki i nieba prosto z kreskówki w stylu Baranek Shaun. Mamy tu też krowę, tę samą, która towarzyszy nam na stronie internetowej dodatki z którymi spotkamy się gdzieś między jedną a drugą łyżeczką lodów, skład i kilka ciekawostek (jak na przykład ta, że w 2000 roku ktoś wpadł na pomysł by połączyć kilka klasycznych smaków ze względu na zbyt duży ich wybór i tak powstała wersja Half Baked).

Tuż po otwarciu miła niespodzianka, lody sięgają niemal ponad opakowanie a całe wieczko od środka jest nimi ubrudzone. Wącham i już wiem, że to nie Ben i Jerry a Babcia Janinka maczała w tym palce: dosyć mocna, ciemnawa czekolada na pierwszym planie i świąteczne ciasto Babci Janinki w tle – znakomity, kremowy i delikatnie pieszczący nasze zmysły aromat.
Po chwili dotarło do mnie, ze w dłoni trzymam łyżeczkę a lody nie służą właściwie do wąchania… Zabrałem się za degustację. VLUU L200  / Samsung L200Obie sekcje nie są podzielone a raczej zmieszane, choć to w czekoladowych lodach znajduje się większość braunisów a w waniliowych ciasteczek z czekoladowymi piegami (od razu zaznaczę, że nie maja one nic wspólnego z Pieguskami produkowanymi przez E.Wedel).
Lody czekoladowe są znakomite, choć nieco inne niż na przykład wersja z Magnum lub Grycan – odpowiednio intensywne, dosyć słodkie, smakujące mieszanką mlecznej i ciemnej czekolady – tłuste na tyle by być kremowo-gładkimi – nie ma też mowy o tym by w ich fakturze wyczuć jakiekolwiek ślady zagęstników czy zmrożonej wody. Lody waniliowe mniej wyczuwalne w ogólnej kompozycji, a właściwie przytłumione przez czekoladowe jak Schetyna przez Tuska, są dosyć smaczne, o podobnej konsystencji, ale jednak nie postawiłbym ich wyżej niż chociażby waniliowych lodów marki Manhattan produkowanej przez Nestle. VLUU L200  / Samsung L200To co mnie osobiście zaskoczyło to ilość dodatków, które wymieniłem wyżej – w całych 500ml, które dostarczają około 1100kcal znaleźliśmy ich na tyle, że przy każdej kolejnej łyżeczce mogliśmy schrupać kolejnego braunisa lub ciasteczko – Ben i Jerry widocznie nie są sknerami a pewnie i Babcia Janinka otrzymała swoją dolę.
Pierwsze spotkanie z chocolate brownie i już wiemy czemu nazwa tego specjału to Half Baked – tak jak każde typowe brownie – także i to przypomina nieco zakalcowate ciasto – tym razem czekoladowe. Babcia Janinka nie byłaby zadowolona, ale ja jestem w siódmym niebie – lekko gryzmułowate, przyklejające się do zębów ciasto o przyjemnym, czekoladowym smaku to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej. Smak ciastek z piegami wykonanymi z kawałeczków czekolady jest dosyć interesujący – one również smakują jak niedopieczone a wręcz w ogóle nieupieczone – ich struktura bardzo przypomina surowe ciasto (coś pomiędzy kruchym a biszkoptowym) – wyczuwalna jest jakby faktura mąki, gęsta masa i wciśnięte w nią malutkie kawałki czekolady. Po chwili przebywania w jamie ustnej ciasto przyjemnie się rozpuszcza a kawałeczki czekolady, nieco zmrożone nie chcą odpuścić i dzielnie walczą, na początku będąc orzechem nie do zgryzienia a na koniec czekoladowym przypływem.

Cóż dodać? Znakomite tłuściutko-kremowe lody z mnóstwem pysznych dodatków, których nikt mi nie pożałował. Nie są zbyt słodkie a jednak posiadają odpowiedni, intensywny smak doskonale odwzorowujący to co zostało przedstawione na opakowaniu.
Żałuję tylko, że tak szybko się kończą… Z drugiej strony może to dobrze, bo teraz mam chęć na kolejne smaki a tak mogłyby się przejeść?
Nie, chyba by nie mogły.
Czy są najlepsze na Świecie? Nie mam pojęcia – nie próbowałem wszystkich lodów na Świecie a opinia innych, choć ważna nie zawsze bywa trafna lub subiektywnie: bywa inna.
Ze swej strony polecam – jeżeli tylko będziecie mieli możliwość spróbować ich na zagranicznych wojażach (czasem bywają w losowych miejscach w Polsce) to zróbcie to.

Nie wszystko cudowne co certyfikowane.

Tytuł mówi sam za siebie – dziś rozprawię się z Angusem czyli wołowiną certyfikowaną, pochodzącą z rasy bydła Aberdeen Angus. Co do samej historii tej wołowiny i innych szczegółów odsyłam do Wikipedii – ja niczego więcej nie objawię, może jedynie tyle, że te krówki można czasem tu, w UK zobaczyć na własne oczy (nie, nie mówię o cukierkach).
Osobiście zajmę się jedynie oceną burgera w którym znajduje się patty sporządzone ze 100% (jak firma z tekstyliami) certyfikowanej wołowiny Angus.

Zaczynając muszę wspomnieć o dwóch kwestiach (wątpliwości dotyczą mojej wizyty w punkcie Burger King w Slough). Pierwsza z nich to bułki w ofercie Angus Collection: otrzymana bułka i ta z materiałów marketingowych różniły się jak muzyka zespołu PIN i Nightwish – pierwsza słodkawa, miękka, pospolita i zapychająca a druga pełna, konkretna i zapadająca w pamięć.
Kwestia druga to obsługa: młoda (stawiam, że młodsza ode mnie) dziewczyna w burce (nie mam uprzedzeń, ale cholernie mnie to raziło) zapewniała mnie, że zamówiony przez mnie Angus XT (czyli wersja z grubszym patty) Smoked Bacon&Cheddar to ten za którego policzyła 6.49£ zamiast 7.09£ w zestawie Super. Kolejno jej sporo starszy kolega poinformował mnie, że wersji XT już nie ma… Idąc dalej po otwarciu pudełka zawód porównywalny z tym na portalu Onet.pl po przegranym przez Polską Borussię finale tegorocznej LM – bułka okazała się sezamowo-maślana a nie pszenno-słona.
Tak czy inaczej chodziło mi tu przecież o mięso a nie o całą kompozycję. Lekko skonsternowany niewiedzą pracowników przeszedłem do stolika i konkretów.

Co ujrzałem? Czarne pudełko, co interesujące dwustronne jak skafandry dla dzieci z lat 90′ – z jednej strony mamy pudełko na Angusa a obracając je spodem do wierzchu mamy pudełko kryjące kanapkę Chicken Tendercrisp. Nie, to nie działa tak, że jedynie obrócenie pudełka zmieni zawartość – to nie historia rodem z Harry’ego Pottera. Obrócenie pudełka z burgerem w środku może jedynie narobić bałaganu. Interesujący zabieg, zapewne obniżający koszty – według mnie znakomite posunięcie Burger Kinga. Pudełkiem interesujemy się jedynie przez chwilę w trakcie spożywania, więc nie sądzę by komuś ten dualizm przeszkadzał a dla osób kolekcjonujących takie pudełka to wręcz gratka.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200W środku kanapka, która zawiera: bułkę maślano-sezamową, majonez, pomidora, sałatę, ser, bekon i oczywiście burgera z certyfikowanej wołowiny Angus.VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200Kolejno: o tego typu bułkach z sieci Burger King pisałem już więcej rozprawek niż przez cały okres edukacji na lekcjach języka polskiego. Majonez – król mdłości, który łechta podniebienie aż do wymiotów – nigdy za nim nie przepadałem i nadal uważam, że zamiast niego powinno się do burgerów wrzucać sosy i to zrobiłoby im dobrze jak wypicie gorącej herbaty po niespodziewanych wymiotach. Pomidor i sałata – zazwyczaj przeze mnie karcone jak nieposłuszne psy w dawnych czasach tym razem wyciągane niemal na piedestał: mimo, że nie najważniejsze tu bardzo smaczne i już nie takie płaskie w smaku jak zazwyczaj. Pomidor nad wyraz pomidorowy i z wyraźnie zbitym miąższem, dzięki czemu nie rozlewa się gdy tylko spróbujemy go ukąsić. Sałata miejscami wyjątkowo zielona, bardzo chrupiąca o zadziwiająco świeżym i warzywnym smaku. Mature Cheddar jak opisują go na przejrzystych jak powietrze w mglisty poranek stronach internetowych sieci Burger King jest tak dojrzały jak decyzje Joanny Muchy czy zachowania Jolanty Rutowicz. Zwykły, topiony ser o niezbyt wyraźnym aczkolwiek przyjemnym smaku, nie do końca roztopiony i ciągnący się tak długo jak trzyodcinkowe miniseriale. Jako przedostatni wezmę na warsztat boczek, który miał być smoked a tak naprawdę jest niewyraźny i smutny. Moją radością było jedynie to, że nie był przesadnie słony. Z drugiej strony nieprzesadnie chrupiący i niezbyt dobrze wysmażony – to przymioty które cieszą jak informacje o narodzinach królewskiego dziecięcia (choć może przesadziłem, bo bekon interesował mnie bardziej).VLUU L200  / Samsung L200

Takim sposobem jak mawiał Pascal Brodnicki a do tego żwawo przeszliśmy do bohatera dzisiejszej oceny czyli patty sporządzonego z certyfikowanej przez Aberdeen-Angus Cattle Society wołowiny pochodzącej z rasy Aberdeen Angus.
Zacząć należy od wyglądu – średnio-mocno zmielona wołowina jest uformowana w dużo bardziej cienki burger niż te standardowe znane z produktów sieci Burger King. Nieco bardziej zwęglony, choć to zależy z której strony na niego patrzeć, posiadający dziwne wypryski ściętego białka, przypominające przyssawki ośmiornicy. Przygotowany raczej standardowo z tego co widzę.
Przyprawiony jedynie solą burger przy pierwszym kęsie wydaje się być w porządku, ale dalej atakuje nas takimi sucharami jak niektórzy koledzy z gimnazjum. Soczystości nie dostrzegłem nawet z odległości kilku milimetrów.
Rzeczywiście, burger jest nad wyraz mięsny, ale czyż nie tak samo mięsne są burgery z McDonald’s czy te standardowe z Burger Kinga?
Te z McDonald’s, mimo, że nieco łykowate, lubię za ich soczystość i niezagubienie smaku mięsa, te z Burger Kinga za konkrety i ich indywidualny posmak – Angus przy nich wydaje się być po prostu ich cieńszą, mniej soczystą i bardziej zwykłą wersją.
Sama świadomość pożywiania się certyfikowanym mięsem nie działa na mnie aż tak mocno by wrócić po kolejne burgery z Angusem – w ten sposób zaoszczędzę pieniążki na prawdziwe konkrety w stylu XL Bacon Double Cheeseburger, który pożywi mnie ponad 1000kcal.

Podsumowując: cała kanapka, która dostarcza 682kcal jest tak standardowo-klasyczna, że analiza jej zestawienia wiązałaby się z moim cofnięciem do epoki przed pierwszą wizytą w McDonald’s by się nad tym rozpisywać. Sama kwestia wołowiny jest jasna jak cera Anne Hathaway – świetny zabieg marketingowy Burger Kinga, szczególnie tu, niemal w ojczyźnie Angusa – niestety nie przekładający się na smak.
Od teraz dwa razy zastanowię się nim będę musiał przyznać, że jakość idzie w parze ze smakiem a wspólny wykres tych dwóch wartości jest zawsze liniowy rosnący.

Steakhouse Double

W Polsce jeszcze jakiś czas temu w sieci Burger King był dostępny Steakhouse. Aktualnie zniknął, podobnie jak informacje o próbach nuklearnych Korei Północnej. Będąc w UK, w nieco dziwnych okolicznościach dotyczących bułek zamówiłem za 6.49£ Angus Smoked Bacon&Cheddar w zestawie super (0.75l napój i duże frytki – dodatkowe 0.60£) a obie towarzyszki spożywania mogły raczyć się Double Steakhouse w zestawach regular (0.4l napój i małe frytki, które wcale nie są takie małe) za 6.79£. Dzięki temu, że żołądek jednej z nich napełnił się tuż po tym jak spożyłem swojego burgera miałem możliwość skorzystania z dokładki w postaci połowy Steakhouse Double (nie, to nie znaczy, że zjadłem pojedynczego).

Ostatnio jeżeli myślę o Burger Kingu to widzę w ich ofercie coraz więcej klasyki – zazwyczaj sezamowe bułki, konkretne burgery, wszędobylski majonez, który przyprawia mnie o taką radość jak brak papieru toaletowego w łazience, pomidor, sałata…
Steakhouse niewiele odbiega od tych standardów: choć na grafikach widzimy nieco powiększoną wersję bułki znanej z Chikkera oferowanego przez McDonald’s to w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street otrzymałem zwykłą, sezamową, znaną z Big Kinga bułkę. Idąc dalej dwa wołowe burgery (tutaj można rzec, że są zwykłe – to nie certyfikowany Angus), bekon, cokolwiek to znaczy strona internetowa podaje, że znajduje się w nim amerykański ser, chrupiącą cebula, świeża sałata i pomidory a za utrzymanie odpowiedniej wilgotności nie są odpowiedzialne nawilżacze powietrza a dwa sosy w postaci majonezu i western BBQ. W sumie jest on podobnie zestawiony do mojej ulubionej wariacji na temat Big Kinga XXL gdzie dokładam dwa patty, prażoną cebulę i sos BBQ zastępujący King sauce. Jedyna różnica to pikle, które walczą o swoje miejsce z pomidorami – na początku ten drugi dodatek wydawał mi się bez szans jak Adamek przed walką z Kliczko, ale potem… Oczywiście o tym za chwilę.VLUU L200  / Samsung L200Zacznę od dodatków: Pepsi znakomicie chłodna, odpowiednia ilość lodu w sporych kostkach, nie zaburzających delektowania się napojem i nie uwalniających takich ilości wody, że napój po chwili traci swój smak. Kubek przywodzący na myśl fale Pepsi, które mógł narysować nawet Salvador Dali wygląda świetnie i okazale, choć takie już w naszym kraju widywałem. Pewnie jakieś anty-tłuszczowe rozporządzenia Izby Gmin czy Izby Lordów sprawiły, że otrzymując 750ml napoju nie możemy liczyć na choćby kroplę więcej – na szczęście w Polsce wygląda to inaczej. Sam smak napoju odpowiada mi bardziej niż Coca-Cola z 2l butelki, którą na każdym kroku można kupić tu za 1.00£ – wyrazisty i dzięki odpowiedniej temperaturze złudnie pozbawiony zbytniej słodyczy. VLUU L200  / Samsung L200Frytki: lekko żółte, grubsze i nieco dłuższe niż w Polsce. Nie mam pojęcia jakich odmian ziemniaka sieć Burger King używa do ich produkcji tutaj, ale są rewelacyjne – zwarte, konkretne a jednocześnie puszyste, chrupiące i zawierające mniej tłuszczu niż bohaterki Łabędziem Być po poddaniu ich zabiegowi liposukcji. Dużo smaczniejsze niż te oferowane w naszym kraju i choć to inna półka frytek to dla mojego podniebienia mogą spokojnie konkurować z tymi oferowanymi w McDonald’s.

Nareszcie przyszedł czas na ujawnienie kto naprawdę rządzi Światem… A nie, to nie ten tekst.
Nareszcie przyszedł czas na analizę naszego głównego bohatera czyli standardowego tutaj, nie wykorzystującego żadnego Have It Your Way! Steakhouse Double.
Typowa dla sieci Burger King, lekko tostowana bułka udekorowana ziarnami sezamu, które zdecydowanie dodają jej uroku i delikatnego aromatu po podgrzaniu – miękka jak nogi po pielgrzymce do Częstochowy, zapychająca, aromatyczna i smaczna. W rzeczy samej to tylko pieczywo, ale do burgerów pasuje idealnie.
Kolejno zatrzymam się na sekcji warzywnej, która w tym burgerze jest tak klasyczna jak muzyka Mozarta – chrupiąca, bardzo świeża i zielona sałata. Po raz kolejny jestem zmuszony użyć słowa chrupiąca by opisać cebulę, której jednak małe ilości sprawiają, że jej delikatny jak na białą odmianę smak jest niemal niewyczuwalny w całym burgerze.
Sprawa pomidora nie jest już tak prosta jak zwykle. Nareszcie sprawił to co powinien – dodał powiewu świeżości, pomidorowego smaku i utrzymał wilgotność na zadowalającym a nie zbyt wysokim poziomie. Gdybym miał pewność a nie jedynie szanse jak w Lotto, że za każdym razem będzie taki jak w tej kanapce to stawiałbym go ponad pikle.
Burgery to standardowe mielone mięso wołowe o którym napisałem już tyle co Henryk Sienkiewicz o Faraonie, więc dodam jedynie, że jeżeli chodzi o sieciówkowe patty to to smakuje mi najbardziej (już nie wspominając, że jest go tu dwa razy więcej).
Finiszem tak znakomitym jak te z peletonu w Tour de France powinien zająć się prawdziwy amerykański team w postaci bekonu (pol. boczku), prażonej cebulki i sosu BBQ.VLUU L200  / Samsung L200Mało nie zapomniałbym o amerykańskim serze, który jest tak amerykański jak Helena Vondrackova – to standardowy ser topiony typu Hochland, którego w swoim zespole wymienione wyżej składniki nie chcą, bo jest zbyt europejski. Za to w całą kanapkę wkomponowuje się tak dobrze jak zwykle.
Wspomniany wyżej amerykański team zdecydowanie zyskuje dzięki dwóm graczom: sos BBQ Western współgra idealnie z prażona cebulką jak Scottie Pippen z Michaelem Jordanem. W tym teamie kuleje nieco bekon, któremu ktoś zapewnił zbyt mało czasu w ciepłych klimatach – słabo wysmażony, praktycznie niesłony i płaski w smaku – z dwóch opcji gdzie miałby przyćmiewać lub nie przeszkadzać innym składnikom wybieram tę drugą i właśnie w ten sposób bekon się tu zachowuje. Nie przeszkadza znakomicie chrupiącej i wyrazistej prażonej cebulce, której jest niestety zbyt dużo. Nie robi też przeszkód sosowi BBQ, który nadaje całej kanapce amerykańskiego, prawdziwie burgerowego klimatu – jego ilość jest na tyle odpowiednia by sprawić, że kanapka staje się jeszcze smaczniejsza, ale nie na tyle by przebijać smakiem całą kompozycje co czasem udawało się prażonej cebuli.
Na sam koniec pozostawiłem tego, który przydaje się tu jak gwiazdy w polityce – niezauważalny w całej kompozycji dopóki nie przychodzi czas na oficjalne prezentacje gdzie można go wymienić jako teoretycznie znaczący coś dodatek. Majonez, bo o nim mowa, występuje tu w ilościach, które dodane do całej miski sałatki pokryłyby dwa liście sałaty i jeden groszek – ma taka siłę przebicia jaką aktualnie dysponuje partia Janusza Palikota i choć tam jest, to tak jakby go nie było, więc odpuszczę mu.

Kończąc te dywagacje na temat pojedynczych składników czas podsumować całą kanapkę. Tylko co ja mogę tu napisać? Początkowo może się wydawać, że składników jest zbyt wiele, ale idąc dalej to prawdziwie podwójna klasyczna kompozycja, której również klasycznej odmienności nadają prażona cebulka i sos BBQ – dodałbym bardziej wyrazisty boczek, usunął majonez, ale do innych składników nie jestem w stanie się przyczepić.
Znakomicie zestawione, świeże i smaczne 947kcal, których spożywanie może spowodować tylko uśmiech (ewentualnie u niektórych zajady).
Ze swojej strony polecam – nawet zestawiając go z Have It Your Way! w Polsce powinniście być zadowoleni.

Tropical Mango Smoothie

Jeżeli chodzi o sieć Burger King to inaczej niż w KFC oferta Polska-UK pokrywa się przynajmniej w 40%. Klasyk nad klasyki czyli Whopper, Steakhouse w wielu wariacjach, Big King (w niektórych restauracjach dostępna opcja XL), kilka ileś-tam-funciaków z serem, mniejsze czy większe kanapki z kurczakiem (na przykład Chicken Royale czyli bliźniak dobrze mi znanego Long Chicken). Podobne desery lodowe, Sundae, Frappe i coś z czego skorzystałem ja, ale o tym za chwilkę.
Jeżeli chodzi o ofertę wołową to spożyłem Angus Smoked Bacon & Cheddar, a przy okazji jedna z towarzyszek spożywania umożliwiła mi spożycie połowy Stekhouse’a w wersji Double.
Tym razem jednak zajmę się czymś ze strefy słodyczy, a raczej tym co ma nas ochłodzić w letnie dni (a tych ostatnio tu nie brakuje – w sumie podobnie jak wszędzie na naszej półkuli). Właściwie mówię o Smoothie – oferowane tu dwa smaki to te same dostępne w Polsce od 7.50zł (Banan-Truskawka oraz Mango) a tutaj mały za 1.89£ a duży za 2.19£ – różnica więc tak duża jak ta w scenariuszu dwóch kolejnych odcinków serialu Barwy Szczęścia. Może dlatego zdecydowałem się na wersję większą, która dostarcza nieco ponad 300kcal. Co zabawne – aktualnie w McDonald’s w UK dostępne są również Smoothies o smaku Mango&Pineapple i Strawberry&Banana – jak wiadomo te dwie sieci konkurują nie tylko na polu burgerów a ja nie mam zamiaru rozstrzygać kto w smoothiesowej bitwie był pierwszy a tym bardziej kto zwyciężył.

Wracając do bohatera mojej oceny: smoothie to głównie lód (więc woda), sok owocowy i jogurt – w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street jest to realizowane tak, że do stacjonarnego blendera wlewana jest odpowiednia ilość żółtawego płynu (który w mojej opinii jest czymś na kształt skoncentrowanego substytutu jogurtu i soku owocowego) oraz wrzucany jest cały kubek lodu. Kolejno wszystkie składniki są mieszane oraz kruszone na naszych oczach i już po chwili przed nami stoi kubek żółto-pomarańczowego płynu z zaokrąglaną przykrywką, która na środku posiada otwór na grubą, przezroczystą rurkę, którą otrzymujemy w zestawie.

Pierwsze pociągnięcie ze słomki i już przypomina mi się obrazek reklamujący Tropical Mango Smoothie z oficjalnej, amerykańskiej strony Burger King gdzie oprócz cząstek mango spostrzegłem fragmenty ananasa (wtedy zrodziła się teoria, że Burger King i McDonald’s mogą nam podawać to samo, ale to sprawdzę spożywając jeszcze smoothie w McDonald’s) – zdecydowanie wyczuwalna nuta ananasa, którą po chwili przykrywa delikatnie mdłe i słodkie ale nad wyraz znakomite i wyraziste mango. Pociągając dalej ze słomki nie wyczujemy już zbyt wiele ananasa. Jak na mango smak jest bardzo intensywny i dużo bardziej zdecydowany – w porównaniu do owocu wyeliminowano niezdecydowaną, mydlaną nutę i dodano dużo więcej świeżości, soczystości i w rzeczy samej to mango jest dużo bardziej owocowe.
Gładkość struktury jest porażająca, nie brakuje mi tu ani trochę mleczności, jakichkolwiek grudek czy chrupek – wystarczy ten idealnie przemielony lód z sokiem. Słówko smooth, które niestety nie posiada gastronomicznego odpowiednika w polskim języku znakomicie oddaje to z czym mamy do czynienia.VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując Tropical Mango Smoothie a w Polsce po prostu Mango Smoothie to produkt warty wydanych na niego pieniędzy – nie orzeźwia co prawda jak wytrawne napoje bezalkoholowe, ale potrafi skutecznie nas ochłodzić i zapewnić dawkę solidnych, soczystych, wyrazistych owocowych doświadczeń.

Nie spodziewajcie się rozcieńczonego soku – nastawcie się na coś o konkretnym smaku a jedyne co w nim złego to możliwy ból zębów wywołany chłodem.