Nowy Kleparz Burger

Podczas ostatniego pobytu w Krakowie na cel obrałem sobie dwa z czterech proponowanych przez Was, drodzy Czytelnicy punktów oferujących burgery.
Już wieczorem w piątek wybrałem się do Moaburger, ale o tym lokalu napiszę prawdopodobnie za kilka dni.

Dziś coś co oczarowało mnie jak niejeden utwór grupy Three Days Grace czyli Nowy Kleparz Burger. Propozycję przejścia się tam wysunął Żorż ze Street Food Polska. Mimo, że Kraków znam jak Jan Vincent Rostowski budżet naszego państwa to na pętlę autobusową na Nowym Kleparzu trafiłem dosyć szybko – w pobliżu znajduje się kilka innych budek i właściwie ta jedna, konkretna niewiele różni się od innych. Jakiś czas temu zmieniła podobno właściciela i została przemalowana – efekt? Zajrzyjcie tutaj.

Gdy tylko dotarliśmy z towarzyszką spożywania w rzeczone miejsce zastanowiliśmy się dwa razy czy aby odpowiednio trafiliśmy – tak bardzo niepozorne i mało wyróżniające się to miejsce. Szybki rzut okiem na fanpage na Facebooku utwierdził nas w przekonaniu, że jest to lokalizacja słuszna jak porcje nakładane przez Roberta Makłowicza dla samego siebie.
Przyszedł w ten sposób czas na rekonesans menu, z którego najbardziej interesowały nas oczywiście burgery (bo oprócz nich Pan z budki serwuje hot-dogi, tortille, zapiekanki oraz standardowo frytki i napoje).
Ceny po raz kolejny sprawiły, że na naszych twarzach wymalowała się konsternacja godna minom Johnny’ego Deppa w słynnej roli Jacka Sparrowa z filmowej sagi Piraci Z Karaibów. Przyzwyczajeni do cen burgerów, na które z portfela trzeba wyłożyć banknot z wizerunkiem Bolesława Chrobrego a i czasem to za mało, nie spodziewaliśmy się, że zachwalane przez wiele osób i tanie burgery w Nowy Kleparz Burger, okażą się aż tak tanie.
Kolejnym nasuwającym się, oczywistym właściwie pytaniem był rozmiar tych burgerów (wersja XXL to dodatkowe 6.00zł do standardowej ceny).

Gdy tych dywagacji i niejasności miałem już dość bardziej niż oglądania w akcji polskiej reprezentacji w piłce nożnej po prostu podszedłem do okienka i zamówiłem standardowego burgera z bekonem i serem dla towarzyszki spożywania a dla siebie (skuszonego wizją smaku papryczki jalapeno jak wycieńczonego podróżnika fatamorganą na pustyni) Burgera Na Ostro, w wersji XXL z dodatkowym boczkiem i serem.

Dosłownie kilka chwil, smużek dymu, przejeżdżających autobusów, przechodzących osób i skromnych fal zachęcającego zapachu dzieliło nas od przyjęcia zamówienia i zadomowieniu się przy jednym z dwóch stolików (oba ogrodowe – jeden drewniano-stalowy a drugi biały, z tworzywa sztucznego – co należy nadmienić, bardzo czyste) do jego odebrania.

Dwa burgery przybyły dla nas w tackach wykonanych ze spienionego polistyrenu. Po ich otwarciu zaskoczenie niemal tak spore jakie informacje o pedofilii wśród księży wywołują w Watykanie. Może o tym wspomnę w podsumowaniu, w tej chwili zajmę się analizą ich smaku.
VLUU L200  / Samsung L200Burger standardowy z serem i bekonem (7.50zł) prezentuje się rewelacyjnie – bułka jest krągła, ma bardzo ładny, niemal pomarańczowy odcień, mięso i dodatki są świetnie widoczne (choć nie mogę powiedzieć, że mają chęć uciekać z kanapki jak Struś Pędziwiatr przed Wilusiem E. Kojotem), a boczek był jak żywcem wyciągnięty z filmów Food Porn – zdawało się, że mówi: weź mnie!
Wnętrze kanapki to coś czym chętnie zająłbym się w niemal każdej wolnej chwili i to nie tylko teoretycznie – jak teraz.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Zacznijmy od warzyw – chrupiąca sałata (prawdopodobnie lodowa) niczym specjalnym się nie wyróżniała, za to nadrabiał pomidor, którego solidny plaster wylądował w kanapce – mało wody a dużo miąższu sprawiło, że nie podchodziłem już tak sceptycznie do tego dodatku. Ogórek to po prostu pikle, pokrojone w dosyć cienkie, karbowane plasterki – nieprzesadnie raczyły nas octowym smakiem – właściwie były na tyle delikatne, że w całości niekoniecznie miały chęć się wybijać. Cebulka to dla mnie nieco zagadka – jej paseczki były tak cienkie i delikatne iż gotów bym sądzić, że to raczej jej wersja w deseń dymki czy odmiana pokroju szalotki a nie regularna cebula w dużych bulwach. Prezentowała się bardzo interesująco a do ogółu wnosiła nieco cebulowego posmaku, ale nie na tyle by zagłuszyć to co najważniejsze.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Ser to prawdopodobnie znośnej jakości ser żółty (raczej nie topiony), który ciągnie się przyjemnie póki nie stężeje – niestety ten moment nadchodzi tak szybko jak nieubłagana zima.
Najistotniejszymi w tej kompozycji uznałbym boczek i mięso czyli konkretną dawkę białek i tłuszczów. Pierwszy z nich świetnie wysmażony, niemal chrupiący, jednak w ogóle niesłony i niepozbawiony smaku prawdziwego boczku. Tego z foodtrucka Dobra Buła nie przebija, ale sądzę, że uplasowałby się wysoko w moim zestawieniu najsmaczniejszych boczków.
W grillowanej wołowinie znalazłem z kolei fragmenty ziół i to chyba dzięki nim była ona tak aromatyczna, że po przegryzieniu i uruchomieniu w większym stopniu zmysłu powonienia atakowała nas przyjemnym aromatem, bardzo dobrze podkreślającym smak samego mięsa, które ogólnie rzecz biorąc nie było zbyt intensywnie doprawione co mnie osobiście bardzo odpowiada. Dosyć mocno wysmażony burger skrywał jednak ogniska surowego mięsa co jak najbardziej uznaję za plus, choć nikt mnie o stopień wysmażenia nie pytał.
Niemal na sam koniec pozostaje kwestia sosu czosnkowego i bułki – ten pierwszy o dobrze dobranej konsystencji towarzyszka spożywania określiła jako: idealnie komponujący się z całością i podkreślający smak, któremu i tak niewiele brakowało już do doskonałości.
Z tego co się orientuję Nowy Kleparz Burger nie wypieka bułek na własną rękę a korzysta z takich, które nabywa po prostu od dostawców. Powiem jedno: oby z takich bułek korzystano przy większości marnych jakościowo burgerów to ich wartość smakowa wzrosłaby kilkukrotnie – miękka, pszenna bułka, nieco podobna do swoich odpowiedników spotykanych w McDonald’s. Posypana sezamem nie odznacza się zbyt intensywnym aromatem za to smakiem i strukturą powinna zadowolić każdego – nie przesiąka i nie rozpada się po kilku kęsach.

Burger Na Ostro, który wylądował w moich dłoniach to bardzo podobna kompozycja ze standardowych składników oferowanych przez Nowy Kleparz Burger z dodatkiem papryczki jalapeno i ostrego sosu (15.00zł). Na swoje potrzeby wzbogaciłem go boczkiem i serem – w końcu miało to być danie niemniej treściwe od dwudaniowego obiadu.
Rozmiar burgera w wersji XXL po otwarciu podobnego, choć większego i odznaczającego się inną barwą pudełka, robi niemałe wrażenie.
Bułka jest dużo bardziej płaska, choć podobnej faktury i koloru. Jej objętość sprawiła, że zrodziły się pewne obawy. Czy wytrzyma próbę konsumpcji wraz z dodatkowymi składnikami?
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200

Jeżeli chodzi o analizę sekcji warzywnej to odsyłam wyżej, uważny Czytelniku – w tym buergerze nie znalazłem nic gorszego, lepszego czy innego w tej kwestii. Ser to ten sam wyrób, który ciągnie się póki jego temperatura drastycznie nie spadnie.
Mięsne patty jest równie aromatyczne i odpowiednio wysmażone, choć nieco bardziej płaskie niż w wersji standardowej (jak gdyby waga była podobna, ale objętość i forma różne). Boczek po raz kolejny wygląda jak dzieło sztuki (niekoniecznie kulinarnej) a smakiem mógłby obdzielić niejeden plaster podrzędnego bekonu.
Dobry człowiek z budki nie pożałował tego co tę wersję ma wyróżniać od innych czyli ostrego sosu i jalapeno.
Pierwszy z tej dwójki o kolorze świeżej cegły, wykazuje pewien związek z bazą pomidorową, ziołami i ostrymi przyprawami.
Zielona, ostra papryczka to kwintesencja smaku – kwaskowata i lekko pikantna – dokładnie taka jaką powinna być by dodać kompozycji czegoś więcej niż marnej ostrości marki Tabasko, sygnowanej przez rapera pod pseudnimem O.S.T.R., ale też by jej w żadnym stopniu nie zdominować. VLUU L200  / Samsung L200

Moje obawy niestety około połowicznego czasu spożywania zaczęły się sprawdzać – bułka nie wytrzymała naporu składników, odezwała się jej płaska, cienka, zdradziecka natura i od tamtej pory bardziej martwiłem się o to by więcej składników wylądowało w mojej jamie ustnej niż na tacce. VLUU L200  / Samsung L200Nie zmienia to faktu, że pierwszy ze spożywanych burgerów to kompozycja jak najbardziej klasyczna i udana – bez udziwnień, za to z mnóstwem konkretów. Wersja XXL kanapki Burger Na Ostro to przede wszystkim smak papryczek jalapeno oraz wołowiny a dodatkowo niezapomniane wrażenia przy rozpadającej się bułce, niemal tak silne jak bass wydobywający się z tylnej części czarnego wozu marki BMW. To co zawodzi w tym burgerze to kombinacja sosu i papryczki – choć wydaje się, że powinny do siebie pasować, w mojej opinii gdzieś się rozmijają i są od siebie niemal jak oderwane.

Podsumowując: Nowy Kleparz Burger to propozycja dla tych, którzy mają blisko bądź daleko, dla tych którzy maja więcej i mniej pieniążków, dla tych którzy są młodzi i dla tych, którzy już młodzi nie są.
Jeżeli szukasz burgera, który podany z niepozornej budki Cię zaskoczy a w niektórych przypadkach wręcz oczaruje to wybierz się na pętlę autobusową na Nowym Kleparzu. Właściwie te burgery mogłyby być kolejnymi plackami, w których znajdziemy nudne warzywa, ketchup, majonez i kotlet drobiowy z Biedronki, ale czuć, że w tym miejscu ktoś wkłada serce, zajawkę i mnóstwo pozytywnej energii by cudowną ręką (niemal jak ta Diego Maradony z 1986r.) sprawić, że to nie będzie kolejny, zwykły burger z budki. Czuć, że ta osoba chce nam sprawić przyjemność smakiem tej kanapki (już nie mówiąc o cenie).
Jest to też znakomita opcja dla tych osób, które duże burgery (jak na przykład gigantyczne kanapki w Moaburger) odrzucają i chciałyby skoczyć na smacznego, ale dużo mniejszego burgera, przez którego nie będą musiały opuszczać czterech kolejnych posiłków.
Dodatkowo kwestia cen: 6.00zł za smacznego, świeżego i autorskiego burgera to naprawdę niewiele, a hot-dog nie przekraczający granicy 4.00zł w Radomiu na dworcu PKP był przeze mnie widziany chyba ostatni raz przed Chrystusem – jest do tego z czego wybierać. Gdyby były droższe, powiedziałbym, że są bardzo dobre, ale w tym przedziale cenowym ocierają się o notę rewelacyjne.

Wrzucając tacki do kosza na śmieci serdecznie podziękowaliśmy za tę lekcję z cyklu Jak karmić smacznie i tanio? a na pytanie: czy smakowało? chyba sami wiecie, drodzy Czytelnicy co odpowiedziałem.
Polecam i na pewno tam wrócę.

Ocena od żółwia: mocna czwórka (w skali 1-5).
4jpg

 

Reklamy

Meksyk czy Indie?

Zastanawiałem się co te dwa kraje mają ze sobą wspólnego i doszedłem między innymi do takiego wniosku – to co dzieje się na indyjskich ulicach, Polacy nazwaliby meksykiem.
Skąd te przemyślenia?
Zmusiła mnie do tego polska filia, niemieckiego koncernu Lorenz-Bahlsen, produkującego słone przekąski (głównie chipsy) do którego należą takie marki jak Curly, Peppies, Monster Munch, Chio, Wiejskie Ziemniaczki i ta o której dziś mowa czyli Crunchips.

Jeszcze w czasie tegorocznych wakacji Crunchips poczęstował nas niezbyt wymyślnym smakiem Szynka-Ser. Następnie, prawdopodobnie by sprostać edycjom limitowanym (Deli) oraz serii Max, największego konkurenta na naszym rynku czyli Frito-Lay Poland, Lorenz-Bahlsen wypuścił na rynek dwa smaki z serii, która nosi nazwę Impreza Dookoła Świata.
Te dwa warianty smakowe grubo krojonych (X-Cut) chipsów to: Meksykańska Serowa Fiesta oraz Indyjski Ostry Mix. Brnąc dalej w temat porównań tych dwóch odległych od siebie jak wyobrażenia o pożytkowaniu pieniędzy publicznych w Polsce i Norwegii krajów, nasuwa się myśl o kuchniach, które w pewnym aspekcie są do siebie podobne – Meksykanie, bazując głównie na mięsie wołowym a Hindusi drobiowym i baranim przygotowują potrawy bardzo ostre. W Meksyku do ich tworzeniu używa się różnych rodzajów świeżych czy odpowiednio spreparowanych (na przykład chipotle) ostrych papryk a w Indiach, oprócz tych warzyw korzysta się głównie z mieszanek przypraw zwanych masalami (curry czy garam masala).VLUU L200  / Samsung L200Powoli zacząłem więc przekonywać się, że Crunchips stara się zaproponować klientom coś naprawdę ostrego po dawno nie widzianej serii ostrych chipsów (Chilli-Limonka, Chilli-Ser, Chilli) a która była udaną jak ostatnia przejażdżka Piotra Adamczyka i Weroniki Rosatti odpowiedzią na Lay’s w wersji Strong . Przecież nie zaliczymy smaków Salsa i Jamajka, a już tym bardziej Ser-Czosnek czy Chakalaka do kategorii chipsów choćby pikantnych. Kończąc te dygresję wspomnę jedynie, że dwie 140g paczki nabyłem w sklepie MarGo, płacąc 5.00zł za każdą z nich.

Sama otoczka obu wariantów jest nieco wątpliwa – dwa smaki w edycji imprezowej, jak obwieszcza nam to stylizowany napis w lewym górnym rogu opakowania oraz polityka firmy, to jednak zbyt mało by uznać je za początek całej serii i choć Crunchips na swoim oficjalnym polskim fanpage’u na Facebooku szumnie oznajmia, niemal codziennie, ich przybycie, to nie wydaje mi się by smaki te zagościły na dłużej w polskich sklepach i miały być protoplastami całej gamy nowych propozycji tej marki. Trzeba jednak wspomnieć, że na przykład Salsa i Jamajka ponad rok temu były anonsowane u dystrybutorów jako wersje limitowane a są z nami do tej pory.

Na początek zajmę się samą fakturą, większości z Was, drodzy Czytelnicy, pewnie dobrze znanych, grubo krojonych plastrów ziemniaka, smażonych na oleju roślinnym, które zapakowane w paczki Lorenz-Bahlsen nazwał X-Cut.
Pokrojone na grubość kilku milimetrów chipsy, charakteryzują się ryflowaniem podobnym do blacho-dachówek czy częstych elementów wątpliwie dekoracyjnych wnętrz aut w stylu tuningu zwanego swojsko wiejskim. Ich struktura to chrupiąca, dużo bardziej namacalna i lepiej wyczuwalna niż choćby Lay’s Max, warstwa plastra ziemniaka, co sprawia, że przyjemnie, choć nie najmocniej chrupią i spożywa je się z poczuciem przegryzania czegoś konkretnego.

W ten sposób, z prędkością nieco niższą niż samochód osobowy marki Volvo Piotra Adamczyka (znów?) dotarliśmy do oceny pierwszego smaku, którym jest Indyjski Ostry Mix (524kcal/100g).
Paczka standardowa dla Crunchips – na dole ukośnie ułożone chipsy, wyżej ukośny napis powiadamiający nas o smaku jaki nabyliśmy i będziemy spożywali, do tego informacja o wersji X-Cut, odpowiednio stylizowaną czcionką – wokół, złote, indyjskie wzory. Sam napis Crunchips jawi się na tle dwóch słoni, które chyba rzeczywiście są bardziej indyjskie niż afrykańskie a tak naprawdę wyglądają jak gdyby ktoś narysował je za pomocą kolorowego piasku – co w Indiach jest dosyć popularną formą czegoś na kształt street-artu. Na tle grubo krojonych chipsów znajduje się miska z rysunkami słoni, w której znajdziemy gęsty, nieco tłusty sos, prawdopodobnie z mięsem kurczaka, w którym chętnie zamoczyłbym placuszek naan, poniżej dwie czerwone papryczki.
Z pewnymi problemami otwieram paczkę, a w moje nozdrza uderza pomidorowo-ketchupowa woń z dosyć mocnym dodatkiem czegoś na kształt curry czy kurkumy – ten zapach coś mi przypominał, ale na samym początku nie mogłem skojarzyć co.
Pierwszy kęs szybko przywołał to czego aromat nie potrafił. Na wejściu delikatna a potem utrzymująca się, mocna słodka nuta, ketchupowy, solidny dodatek, sporo umami i charakterystyczny dodatek zapachu indyjskich mieszanek (nie raz słyszałem, że to, eufemistycznie mówiąc, nieładnie pachnie) – ten sam smak odnajdziemy w chipsach Salsa tego samego producenta, tu przyprawiony dodatkowo czymś mocno pikantnym.
Zainteresowany zajrzałem więc z tyłu opakowania – z bardziej interesujących składników znalazłem: pomidora w proszku, który odpowiada za ketchupową nutę, sproszkowaną cebulę i czosnek, które jedynie uzupełniają kompozycję, glutaminian monosodowy oraz guanylan disodowy, które tworzą wrażenie tłustości czyli umami i gwiazda, świecąca tak jasno na tym smakowym nieboskłonie jak Gwiazda Polarna czyli papryka Cayenne w proszku – to prawdopodobnie ten dodatek sprawia, że chipsy są ostre przynajmniej jak Agnieszka Chylińska a nie Majka Jeżowska. Wypisana niemal na końcu listy składników lukrecja, przywodzi mi na myśl jedynie skandynawskie cukierki i likiery co sprawia, że cieszę się, że jej aromat nie jest aż nadto wyczuwalny.
Ogólnie rzecz biorąc jest to smak Salsa do którego dołożono sporo ostrego smaku.VLUU L200  / Samsung L200Meksykańska Serowa Fiesta (522kcal/100g). W tej wersji Lorenz-Bahlsen częstuje nas paczką na której znajdziemy, dwa sombrero, dwa marakasy, dwa plasterki papryczki Jalapeno a oprócz tego całą papryczkę, całą gamę trójkątów (czyżby ktoś z marketingowców miał zamiar złapać na to hipsterów?), miseczkę z sosem serowym, w którym chętnie zamoczyłbym kilka nachosów, oczywiście informację o wersji smakowej, wersji cięcia (X-Cut), logo Crunchips i Lorenz.
Tym razem przeanalizowałem skład, tak jak to zwykle czynię, czyli przed otwarciem paczki i oto czego się dowiedziałem: preparat aromatyzujący o smaku sosu serowego to: typowy zagęszczacz czyli mąka pszenna, sól, ser topiony w proszku (z dodatkową informacją, że ser ten wytworzono z mleka a z pominięciem informacji o prawdziwym pochodzeniu sera topionego, która jest tak zachęcająca jak sześćdziesięciolatka po kilkunastu wstrzyknięciach botoksu), enigmatyczny, bardziej niż wypowiedzi premiera Donalda Tuska na temat polskiej gospodarki aromat, cebula w proszku i barwnik w postaci ekstraktu z papryki oraz drożdże.
Brak wzmacniaczy smaku po ostatniej przygodzie z chipsami marki Lay’s, należącymi do limitowanej edycji Deli o smaku Ser Z Żurawiną nie uznaję za coś co mogłoby sprawić, że będą one mniej smakowały potencjalnym spożywającym.
Paczka otwiera się nieco trudniej niż te u konkurencji a już po chwili przestrzeń wokół wypełnia mocny, nawet nieco duszący zapach sera. Nie jest to jednak smrodkowy ser, znany z produktu Frito-Lay Poland, Cheetos Ser a bardziej aksamitny i mleczny aromat, lekko przełamany czymś zadziornym – podejrzewałem, że może to być coś związanego z zielona papryczką Jalapeno, zobrazowaną na opakowaniu, a której (choćby odpowiednika) zabrakło w składzie.
Jak przed wizytą u chirurga, przygotowany na ostre doznania pochwyciłem pierwszego chipsa i spotkałem się z nie mniejszym zaskoczeniem niż Tomasz Jacyków wsiadający do samolotu pełnego nieumytych rodaków.
Chipsy bowiem są… A właściwie nie są, ostre – mają świetny smak, w którym dzieli i rządzi główny składnik czyli topiony ser – mleczny, gładki i zrównoważony. Bez krzty ekstrawagancji Cheddara czy wyrazistości Goudy – czuć, że jest to najwyższej jakości mieszanka serowych odpadów topiona z niewielką ilością topników. To co przywoływało tę zadziorność w aromacie to kwaskowata nuta papryczki Jalapeno pozbawionej ostrości – znakomicie przełamuje delikatny smak sera i zaskakuje absencją kapsaicyny.
Brak umami nie jest żadną przeszkodą by cieszyć się ich smakiem – wyraźny, zdecydowany aromat nie potrzebuje już żadnych dodatków a brak wzmacniaczy smaku sprawia, że nie jest on ociężały i przytłaczający tłustością.

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, obie świeże propozycje od Lorenz-Bahlsen pod banderą Crunchips to świetne, intensywne i trafione smaki. Na pewno należy zarzucić firmie odgrzewanie kotletów w przypadku Sals… To znaczy Indyjskiego Ostrego Mixu, ale tak odgrzane kotlety mógłbym spożywać z chęcią z jaką poprowadziłbym Ferrari Testarossa do płynącego z głośników utworu Protovision w wykonaniu Kavinsky’ego. Meksykańska Serowa Fiesta zaskakuje brakiem ostrości, pomimo wyraźnego aromatu Jalapeno i intensywnością, pomimo braku wzmacniaczy smaku. Poza tym cieszy znakomicie wyważonym smakiem i świetną, choć prostą kompozycją.
Oba smaki mogę uznać jako inspirowane Indiami i Meksykiem i (choć nie do końca) – odnajduję w nich lekki powiew kuchni i kultury obu tych krajów i to nie tylko na opakowaniach (jak ma się to w przypadku Nigerii i Aleksandry Szwed).
Na taką Imprezę Dookoła Świata, Crunchips może mnie zabrać.

Orient po polsku w amerykańskiej sieci.

Nareszcie – powiedziałbym. Minęło niemal dwa miesiące gdy osoby obsługujące fanpage McDonald’s na Facebooku zawiadomiły fanów (w tym również mnie), że na okres wakacyjny, McDonald’s przygotował kilka nowości a wśród nich mrożone desery, kawy, kanapkę Big Classic Western, która składem różniła się tak bardzo od poprzedniego Big Western jak każdy kolejny film z cyklu (od części pierwszej do trzeciej) Terminator a rozmiarem jak Tomasz Adamek i Witalij Kliczko. Do tego zaanonsowano dwa a właściwie cztery rodzaje McWrapa, które otrzymały przydomek orientalne.

Z jakiego powodu mówię o czterech a nie dwóch rodzajach? Zacznijmy od samego początku: dwa rodzaje McWrapa Orientalnego to Aromatyczny Kurczak i Soczysta Wołowina. Kolejne dwa podrodzaje każdego z nich wiążą się ze smakiem sosu jaki dobiera się do nich w kasie tuż po uprzednim wydaniu z siebie dźwięku: yyy…
Czyli z której strony by na to nie patrzeć mamy wybór niemal jak w większości kebabów w naszym kraju – wouowina ci kuciak?
I kolejno: sos otri ci uagodny?
Na koniec okraszone: duzi w cienkim ciecie, proszim!

Cztery McWrapy zostały zakupione w punckie sieci McDonald’s na ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu. Dwa z nich doczekały się obstawy w postaci McZestawów powiększonych (+685kcal z Coca-Colą / -16.40zł) a dwa kolejne pozostały samotne (-10.90zł).

Odbiegłem nieco od tematu, ale nie sądzę, by w tym samym czasie poseł Ryszard Kalisz zdążył odbiec dalej. Kontynuując kwestię McWrapów Orientalnych w McDonald’s należy wspomnieć o ich składzie. To, że na oficjalnej, polskiej witrynie internetowej sieci McDonald’s opisy ofert sezonowych znajdziemy jedynie w newsach jest niemal tak oczywiste jak to, że powieść Pięćdziesiąt Twarzy Greya autorstwa Eriki Leonard to pewien rodzaj soft-para-porn przechodzący w Harlequin naszych czasów skierowany do zapyziałych nastolatek, chcących przeczytać o czymś czego nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
I znów odbiegłem od tematu… Obiecuję, że to już ostatni raz, drogi Czytelniku. Co do składu McWrapów Orientalnych w newsie z dnia 02.07.2013 roku czytamy:
McWrap Orientalny Aromatyczny Kurczak to zupełnie nowa odsłona mięsa kurczaka marynowanego w ziołach podawanego w dobrze przyprawionym pszennym placku z chrupiącą kapustą, zielonym ogórkiem i sosami. Do wyboru wersja klasyczna i pikantna.
McWrap Orientalny Soczysta Wołowina to kolejna nowość. Siekana wołowina z ziołami, chrupiąca sałata, orzeźwiający ogórek, sosy, a to wszystko zawinięte w aromatyczny pszenny placek. Pozycja dostępna w dwóch wariantach: łagodnym i ostrym.

Jak widać w opisie oba rodzaje McWrapa niewiele się różnią – głównie rodzajem i sposobem przygotowania mięsa. Jeżeli chodzi o warzywa to nie trafiliśmy na festiwal a raczej zlot rozmiarów corocznego spotkania poławiaczy pereł bałtyckich. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracę głównie będzie wykonywał (jak to często bywa) asystujący sos a laury zbierze tak czy inaczej gwóźdź programu, którym niechybnie jest mięso – przygotowane całkiem inaczej niż inne pozycje wołowe czy drobiowe w sieci McDonald’s. Sama możliwość wyboru między wersjami pikantnymi a łagodnymi uznaję za posunięcie niemal tak znakomite jak szewski mat podczas gry w szachy. Wybór rodzaju mięsa a następnie wersji smakowej na pewno świetnie wpływa na podświadome postrzeganie marki przez jej klientów.

Analiza nie będzie obszerna jak akt oskarżenia Katarzyny Waśniewskiej, bo zbyt wiele do analizowania tutaj nie mam.
Zacznę od McWrapów w wersji drobiowej (czyli mówimy o mięsie, które dojrzewa szybciej).
McWrap Aromatyczny Kurczak: (wersja Klasyczna: 408kcal / wersja Pikantna: 412kcal)
Na początek to co na zewnątrz – pszenny placek, który w standardowej wersji jest jedynie wypieczoną mieszaniną mąki pszennej i wody. Tutaj w wersji przyprawionej – nie mam pojęcia co może to oznaczać i jakimi przyprawami go potraktowano, ale na pewno suszona papryka miała w tym spory udział gdyż placek nie jest blady jak pojęcie Marty Wierzbickiej o kręceniu vloga a pomarańczowo-czerwony, o odcieniu jasnej cegły. Kapusta przywodzi niezmienne skojarzenia z najmniej smacznym kebabem jakiego kiedykolwiek przyszło mi spożywać a który dostępny był w sieci KFC. Na szczęście tu doświadczymy ilości tego warzywa, które nie przekraczają tych w daniach z chińskich restauracji na polskich rynkach. Pocięta wręcz wzorowo na cienkie i krótkie kawałeczka – bardzo świeża i bardzo chrupiąca, choć do całości nie wnosi zbyt wiele smaku. Ogórek podany w postaci kilku cienkich plasterków ze skórką jest pełen ogórkowego smaku i niemniej świeży niż kapusta.VLUU L200  / Samsung L200W końcu nadszedł czas na skosztowanie mięsa. Na samym początku naszej przygody z McWrapem wydaje się, że jest go tyle co wygranych pucharów w dorobku Pawła Brożka, ale z coraz dalszym spożywaniem nasza drobiowa wkładka nabiera w tej kwestii rozmachu, którego nie powstydziliby się arabscy szejkowie inwestujący w Bahrajnie – cała dolna część pszennego, zabarwionego placka jest bowiem wypchana jak zwierzęta w kolekcji Babci Janinki stojącej na meblościance z lat siedemdziesiątych. Niestety na samym dnie placek jest zwinięty w taki sposób, że w większości to jego strukturę czujemy pod naciskiem zębów. Mięso jest pokrojone w niezbyt drobną kostkę, a właściwie w skrawki, które często możemy spotkać w drobiowych wersjach zwykłych kebabów z ulic Żeromskiego, Sienkiewicza czy Floriańskiej i temu podobnych w całej Polsce. Bardzo smacznym, odpowiednio i nieprzesadnie przyprawionym kawałkom kurczaka nie brakuje soczystości i kruchości – jest to najlepsze drobiowe mięso bez panierki jakie przyszło mi spożywać u sieciówkowych gigantów. Byłbym nawet w stanie przyznać, że by tak smakowało, musiało być uprzednio marynowane, możliwe, że nawet w ziołach, bo mięso, jak w nazwie jest rzeczywiście mocno aromatyczne.
I na sam koniec asystent, który sprawia, że to o nim a nie o strzelającym bramkę piszą gazety i branżowe portale – mowa o sosie, a właściwie sosach.
Wersja pikantna to ostry, dosyć rzadki płyn na bazie pomidorowej, który pod względem dodatków nie wyróżnia się niczym szczególnym – jest po prostu pikantny (jak obiecano na planszy, znajdującej się nad kasami) i paprykowo-pomidorowy.
W wersji klasycznej sos jest tak interesujący jak informacja o sukni ślubnej Ewy Chodakowskiej na okładce nowego wydania tygodnika Party (nie mylić z party hard). Zdecydowanie łatwiej wyczuć nam smak mięsa niż sosu, który właściwie przypomina coś pomiędzy majonezem a jogurtem z nikłym dodatkiem ziół i przypraw.
To co chwali się sieci McDonald’s w kwestii tych dwóch zwilżaczy to to, że nie zabijają one smaku całości a za to znakomicie komponują się z resztą składników, tworząc bardzo smaczną kompozycję, w której dominuje smak świetnie doprawionego, soczystego kurczaka a dodatki pozostają dodatkami – sprawiając, że mamy w rękach bardzo smaczny, zbalansowany przedmiot spożywania.VLUU L200  / Samsung L200

McWrap Soczysta Wołowina: (wersja Łagodna: 587kcal / wersja Pikantna: ?kcal)
Do opisania tej wersji McWrapa na pewno użyję mniejszej ilości słów niż do opisania poprzedniej – dlaczego?
Ponieważ większość składników jest podobna do tego co opisałem wyżej jak Rafał Mroczek do swego brata Marcina. Placek opisany wyżej to ta sama kompozycja mąki, wody, suszonej papryki i rzekomych przypraw, które czuję jak Babcia Janinka rytmy d’n’b. Kolejno warzywa – ten sam, ogórkowy ogórek pokrojony w cienkie, chrupiące plastry. Pewnym novum jest sałata, która zastępuje kapustę i robi to w sposób dosyć zadowalający – jest co prawda mniej chrupiąca, ale z drugiej strony raczy nas pełniejszym, warzywnym smakiem, którego kapuście brakuje.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Mięso to bardzo podobny do tego z McWrapa w wersji Tzatziki, przyrządzony na grillu, kotlet z siekanej wołowiny, tym razem jednak przyprawiony nie czymś pokroju przyprawy gyros a bardziej mięsny i mocno ziołowy. Do tej pory sądziłem, że wkładka z wyżej wymienionego McWrapa w stylu greckim (na szczęście nie kryzysowym ani tym bardziej tandetnym pokroju reklamy serka Hochland Piato) jest najsmaczniejszą z tych spotykanych w sieci McDonad’s, ale zdecydowanie soczysta i konkretna porcja mięsa, która wręcz zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami (w tak małym ruloniku wydaje się być naprawdę spora) z McWrapa Soczysta Wołowina przejęła palmę pierwszeństwa.
W tym produkcie znalazłem też coś czego nie mogłem rozszyfrować – wyglądało trochę jak natka pietruszki, nawet tak smakowało, ale bardzo płasko i ciężko mi z pełną dozą prawdopodobieństwa poinformować Was, drodzy Czytelnicy, że to właśnie to.
Na sam koniec sosy, choć sam nie mam pojęcia co mogę tu napisać gdyż w mojej opinii nie różnią się od tych z opcji drobiowej omawianych McWrapów – sos z wersji pikantnej to pomidorowo-paprykowa kompozycja nie pozbawiona ostrości, ale też nie potraktowana hektolitrami Tabasco – wystarczająco ostra by dodać nieco ognia do całości dania, ale na szczęście nie na tyle by zagłuszać smak mięsa. Sos z wersji łagodnej  to podobny, jogurtowo-majonezowy wytwór, któremu wyraźnie widoczne zioła niewiele pomagają w wybiciu się na wyższy poziom kultury smakowej.
Również muszę wspomnieć iż sosy raczej dodają całości smaku niż utrudniają wyczucie nut smakowych innych dodatków co w mojej opinii jest dużym plusem.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, seria McWrapów Orientalnych w McDonald’s to seria niemal tak dobra jak początek sezonu Bundesligi w wykonaniu Borussi Dortmund (polskiej – przyp. red. Onet.pl) – świetne zbalansowany smak gdzie dodatki pozostają dodatkami a główni gracze wzbijają się na wyżyny. Bardzo smaczna siekana wołowina i jeszcze lepszy marynowany kurczak wraz z dwoma rodzajami sosów sprawiają, że jest w czym wybierać i każdy odnajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Tylko jedno mnie zastanawia? Gdzie tu orient?
Bo mówimy chyba jedynie o oriencie tureckim czy syryjskim z budki serwującej kebaby na pobliskim deptaku, ewentualnie o festiwalu tańca brzucha w Jaworznie. W mojej opinii choćby jeden z tych McWrapów zasmakuje każdemu (zazwyczaj pewnie i więcej), ale 10.90zł za sam smak, znakomicie przygotowanego niemal-kebaba w cienkim, paprykowym placku pszennym o niewielkich rozmiarach to nieco zbyt wiele.

Tropical Mango Smoothie

Jeżeli chodzi o sieć Burger King to inaczej niż w KFC oferta Polska-UK pokrywa się przynajmniej w 40%. Klasyk nad klasyki czyli Whopper, Steakhouse w wielu wariacjach, Big King (w niektórych restauracjach dostępna opcja XL), kilka ileś-tam-funciaków z serem, mniejsze czy większe kanapki z kurczakiem (na przykład Chicken Royale czyli bliźniak dobrze mi znanego Long Chicken). Podobne desery lodowe, Sundae, Frappe i coś z czego skorzystałem ja, ale o tym za chwilkę.
Jeżeli chodzi o ofertę wołową to spożyłem Angus Smoked Bacon & Cheddar, a przy okazji jedna z towarzyszek spożywania umożliwiła mi spożycie połowy Stekhouse’a w wersji Double.
Tym razem jednak zajmę się czymś ze strefy słodyczy, a raczej tym co ma nas ochłodzić w letnie dni (a tych ostatnio tu nie brakuje – w sumie podobnie jak wszędzie na naszej półkuli). Właściwie mówię o Smoothie – oferowane tu dwa smaki to te same dostępne w Polsce od 7.50zł (Banan-Truskawka oraz Mango) a tutaj mały za 1.89£ a duży za 2.19£ – różnica więc tak duża jak ta w scenariuszu dwóch kolejnych odcinków serialu Barwy Szczęścia. Może dlatego zdecydowałem się na wersję większą, która dostarcza nieco ponad 300kcal. Co zabawne – aktualnie w McDonald’s w UK dostępne są również Smoothies o smaku Mango&Pineapple i Strawberry&Banana – jak wiadomo te dwie sieci konkurują nie tylko na polu burgerów a ja nie mam zamiaru rozstrzygać kto w smoothiesowej bitwie był pierwszy a tym bardziej kto zwyciężył.

Wracając do bohatera mojej oceny: smoothie to głównie lód (więc woda), sok owocowy i jogurt – w punkcie Burger King w Slough na ulicy High Street jest to realizowane tak, że do stacjonarnego blendera wlewana jest odpowiednia ilość żółtawego płynu (który w mojej opinii jest czymś na kształt skoncentrowanego substytutu jogurtu i soku owocowego) oraz wrzucany jest cały kubek lodu. Kolejno wszystkie składniki są mieszane oraz kruszone na naszych oczach i już po chwili przed nami stoi kubek żółto-pomarańczowego płynu z zaokrąglaną przykrywką, która na środku posiada otwór na grubą, przezroczystą rurkę, którą otrzymujemy w zestawie.

Pierwsze pociągnięcie ze słomki i już przypomina mi się obrazek reklamujący Tropical Mango Smoothie z oficjalnej, amerykańskiej strony Burger King gdzie oprócz cząstek mango spostrzegłem fragmenty ananasa (wtedy zrodziła się teoria, że Burger King i McDonald’s mogą nam podawać to samo, ale to sprawdzę spożywając jeszcze smoothie w McDonald’s) – zdecydowanie wyczuwalna nuta ananasa, którą po chwili przykrywa delikatnie mdłe i słodkie ale nad wyraz znakomite i wyraziste mango. Pociągając dalej ze słomki nie wyczujemy już zbyt wiele ananasa. Jak na mango smak jest bardzo intensywny i dużo bardziej zdecydowany – w porównaniu do owocu wyeliminowano niezdecydowaną, mydlaną nutę i dodano dużo więcej świeżości, soczystości i w rzeczy samej to mango jest dużo bardziej owocowe.
Gładkość struktury jest porażająca, nie brakuje mi tu ani trochę mleczności, jakichkolwiek grudek czy chrupek – wystarczy ten idealnie przemielony lód z sokiem. Słówko smooth, które niestety nie posiada gastronomicznego odpowiednika w polskim języku znakomicie oddaje to z czym mamy do czynienia.VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując Tropical Mango Smoothie a w Polsce po prostu Mango Smoothie to produkt warty wydanych na niego pieniędzy – nie orzeźwia co prawda jak wytrawne napoje bezalkoholowe, ale potrafi skutecznie nas ochłodzić i zapewnić dawkę solidnych, soczystych, wyrazistych owocowych doświadczeń.

Nie spodziewajcie się rozcieńczonego soku – nastawcie się na coś o konkretnym smaku a jedyne co w nim złego to możliwy ból zębów wywołany chłodem.

Doładowany?

Korzystając z prawdopodobnie niekrótkiego pobytu w UK zajrzałem do punktu KFC, oferującego dania w Drive Thru, który znajduje się na ulicy Farnham Road w Slough, całkiem niedaleko Londynu.
Słyszałem kiedyś, że w mieście mnóstwa Polaków, Pakistańczyków i niemal zerowej populacji Anglików nawet rosół musi być z curry. Coś w tym jest, mało osób odwiedza tu McDonald’s, KFC czy Burger Kinga, mimo tego, że punkty tych sieci funkcjonują już od kilku lat. Rządzą tu lokalne punkty szybkiej obsługi serwujące pakistańskie sosy z baraniną i kurczakiem, samosy czyli coś na kształt muzułmańskich pierogów, shishkebaby, ugrzecznione hamburgery czy ćwierćfunciaki. Jest też kilka restauracji gdzie można zjeść standardowe jak schabowy z kapustą dania polskiej kuchni.

Wracając do samego KFC – lokal jest tak duży jak porcje pożywienia na pokładzie samolotów linii LOT. Za kasą sami Pakistańczycy, za punktem odbioru zamówień sami Pakistańczycy, w kuchni sami Pakistańczycy – nawet gdyby kierownictwo KFC miało taki zamiar to w tej restauracji wieprzowiny nikt nigdy nie da rady wprowadzić, bo wiązałoby się to z wymianą całej załogi.
Zapomnijcie o dolewce – pół litra napoju do zestawu i ani kropli więcej. Nie rozeznałem się do końca w menu, ale moje zwiady wystarczyły na zorientowanie się, że jest ono całkiem inne niż u nas. Zestawy, kubełki – wszystko wygląda tak podobnie jak Cezary Żak i Artur Barciś.
Po namyśle długim jak Hubba Bubba w rolce wybrałem kanapkę (burgera?) o nazwie Supercharger – wydawała się to być standardowa pozycja w menu: sezamowa bułka, podobna nieco do tych w Subwayu, dwa kawałki kurczaka w panierce, ser na kształt cheddara, majonez, sos i sałata.
SuperchargerSupercharger opisany jest na oficjalnej, brytyjskiej stronie KFC w ten sposób: Two mini breast fillets, a tangy sauce, lettuce and cheese all together on a 7 inch toasted sub.
Pierwszy raz nikt mnie nie oszukał – wystarczyło słowo mini by objawić mi prawdę o tych kawałkach piersi kurczaka rodem z Chikkera dostępnego w McDonald’s. Małe i nieforemne. Do tego soczyste, ale niesmaczne. Głównie powoduje to panierka, którą ktoś zbyt długo przetrzymał w rozgrzanym tłuszczu – jednym słowem spalona. Ciemnopomarańczowy sos z drobinkami czerwonych papryczek czy czegoś co ma je imitować przypomina bardzo kompozycję ChilliCheese, którą ostatnio miałem okazję się raczyć w punktach sieci Burger King przy degustacji Long ChilliCheese. Sos w kanapce Supercharger właściwie jest tak tangy jak Hanna Gronkiewicz-Waltz chętna do wydawania pieniędzy z kasy miasta na metro. W mojej opinii to bardziej kwaśno-ostra kompozycja, która zagłusza smak reszty składników…
Właściwie to co miałoby się tam wybijać?
Nieroztopiony ser, który wygląda tak dobrze jak Weronika Rosati bez makijażu? 7-calowa bułka, która swym delikatnym smakiem i mikrą objętością niczego nie zdominuje mimo, że jest miękka i posiada bardzo mi odpowiadającym sezamowo-maślanym aromat? Sałata, której ilość jak i chrupkość balansuje na poziomie otwartej tydzień temu 28g paczki chipsów Lay’s? Majonez, który jest po prostu majonezem?
Po raz kolejny potwierdziło się, że serwis w KFC, nawet bez presji (kolejka była tak długa jak film krótkometrażowy) nie potrafi odpowiednio złożyć kanapki – nie mam pojęcia z czego to wynika, ale znów otrzymałem produkt z tak ułożonymi składnikami jak gdyby ktoś puścił Ona Tańczy dla Mnie na kuchni i wszyscy zaczęli pracować jednocześnie pląsając. Sałata była wszędzie, sos uciekał z kanapki a mięso kurczaka było na krawędzi jak Sylvester Stallone.
Supercharger IIZawinięta w czarny jak zużyty olej silnikowy papierek kanapka dostarcza nam za niecałe 5.00£, 675kcal – przynajmniej według oficjalnej rozpiski KFC, bo w mojej opinii tyle kalorii w tej kanapce nigdy nie było i nie będzie.

Podsumowując kanapka jest odpowiednio choć prosto zestawiona. Nigdy w takich kompozycjach nie brakowało mi fajerwerków w postaci Jalapeno, anchois czy sera pleśniowego. Wystarczy bułka, konkretna ilość mięsa, kilka warzyw i sosy.
W tym przypadku się to jednak nie sprawdziło – bułka, choć nieco płaska jest odpowiednio smaczna i sycąca. Sałata miernej jakości, majonez występuje tu chyba jedynie w niekoniecznej roli zmiękczacza. Całości smak nadaje spalona panierka z nutą przypraw na soczystym kurczaku oraz ostro-kwaśny sos, który lekko wsiąka w bułkę. Sprawia to, że kanapka, która przed pierwszy kęsem zapowiadała się bardzo dobrze, po ostatnim pozostawia niesmak jak pogryzione przypadkiem ziele angielskie albo nawet ziarenko pieprzu. Była szansa na to by z tego prostego pomysłu wyciągnąć jak najwięcej, ale zrobiono wiele by końcowy produkt nie smakował najlepiej.
Aż obawiałbym się spróbować opcji Sweet and Fire skoro standard nie oferuje zbyt udanej kompozycji. Nie czuje się doładowany a tym bardziej super-doładowany.