Nowy Kleparz Burger

Podczas ostatniego pobytu w Krakowie na cel obrałem sobie dwa z czterech proponowanych przez Was, drodzy Czytelnicy punktów oferujących burgery.
Już wieczorem w piątek wybrałem się do Moaburger, ale o tym lokalu napiszę prawdopodobnie za kilka dni.

Dziś coś co oczarowało mnie jak niejeden utwór grupy Three Days Grace czyli Nowy Kleparz Burger. Propozycję przejścia się tam wysunął Żorż ze Street Food Polska. Mimo, że Kraków znam jak Jan Vincent Rostowski budżet naszego państwa to na pętlę autobusową na Nowym Kleparzu trafiłem dosyć szybko – w pobliżu znajduje się kilka innych budek i właściwie ta jedna, konkretna niewiele różni się od innych. Jakiś czas temu zmieniła podobno właściciela i została przemalowana – efekt? Zajrzyjcie tutaj.

Gdy tylko dotarliśmy z towarzyszką spożywania w rzeczone miejsce zastanowiliśmy się dwa razy czy aby odpowiednio trafiliśmy – tak bardzo niepozorne i mało wyróżniające się to miejsce. Szybki rzut okiem na fanpage na Facebooku utwierdził nas w przekonaniu, że jest to lokalizacja słuszna jak porcje nakładane przez Roberta Makłowicza dla samego siebie.
Przyszedł w ten sposób czas na rekonesans menu, z którego najbardziej interesowały nas oczywiście burgery (bo oprócz nich Pan z budki serwuje hot-dogi, tortille, zapiekanki oraz standardowo frytki i napoje).
Ceny po raz kolejny sprawiły, że na naszych twarzach wymalowała się konsternacja godna minom Johnny’ego Deppa w słynnej roli Jacka Sparrowa z filmowej sagi Piraci Z Karaibów. Przyzwyczajeni do cen burgerów, na które z portfela trzeba wyłożyć banknot z wizerunkiem Bolesława Chrobrego a i czasem to za mało, nie spodziewaliśmy się, że zachwalane przez wiele osób i tanie burgery w Nowy Kleparz Burger, okażą się aż tak tanie.
Kolejnym nasuwającym się, oczywistym właściwie pytaniem był rozmiar tych burgerów (wersja XXL to dodatkowe 6.00zł do standardowej ceny).

Gdy tych dywagacji i niejasności miałem już dość bardziej niż oglądania w akcji polskiej reprezentacji w piłce nożnej po prostu podszedłem do okienka i zamówiłem standardowego burgera z bekonem i serem dla towarzyszki spożywania a dla siebie (skuszonego wizją smaku papryczki jalapeno jak wycieńczonego podróżnika fatamorganą na pustyni) Burgera Na Ostro, w wersji XXL z dodatkowym boczkiem i serem.

Dosłownie kilka chwil, smużek dymu, przejeżdżających autobusów, przechodzących osób i skromnych fal zachęcającego zapachu dzieliło nas od przyjęcia zamówienia i zadomowieniu się przy jednym z dwóch stolików (oba ogrodowe – jeden drewniano-stalowy a drugi biały, z tworzywa sztucznego – co należy nadmienić, bardzo czyste) do jego odebrania.

Dwa burgery przybyły dla nas w tackach wykonanych ze spienionego polistyrenu. Po ich otwarciu zaskoczenie niemal tak spore jakie informacje o pedofilii wśród księży wywołują w Watykanie. Może o tym wspomnę w podsumowaniu, w tej chwili zajmę się analizą ich smaku.
VLUU L200  / Samsung L200Burger standardowy z serem i bekonem (7.50zł) prezentuje się rewelacyjnie – bułka jest krągła, ma bardzo ładny, niemal pomarańczowy odcień, mięso i dodatki są świetnie widoczne (choć nie mogę powiedzieć, że mają chęć uciekać z kanapki jak Struś Pędziwiatr przed Wilusiem E. Kojotem), a boczek był jak żywcem wyciągnięty z filmów Food Porn – zdawało się, że mówi: weź mnie!
Wnętrze kanapki to coś czym chętnie zająłbym się w niemal każdej wolnej chwili i to nie tylko teoretycznie – jak teraz.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Zacznijmy od warzyw – chrupiąca sałata (prawdopodobnie lodowa) niczym specjalnym się nie wyróżniała, za to nadrabiał pomidor, którego solidny plaster wylądował w kanapce – mało wody a dużo miąższu sprawiło, że nie podchodziłem już tak sceptycznie do tego dodatku. Ogórek to po prostu pikle, pokrojone w dosyć cienkie, karbowane plasterki – nieprzesadnie raczyły nas octowym smakiem – właściwie były na tyle delikatne, że w całości niekoniecznie miały chęć się wybijać. Cebulka to dla mnie nieco zagadka – jej paseczki były tak cienkie i delikatne iż gotów bym sądzić, że to raczej jej wersja w deseń dymki czy odmiana pokroju szalotki a nie regularna cebula w dużych bulwach. Prezentowała się bardzo interesująco a do ogółu wnosiła nieco cebulowego posmaku, ale nie na tyle by zagłuszyć to co najważniejsze.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Ser to prawdopodobnie znośnej jakości ser żółty (raczej nie topiony), który ciągnie się przyjemnie póki nie stężeje – niestety ten moment nadchodzi tak szybko jak nieubłagana zima.
Najistotniejszymi w tej kompozycji uznałbym boczek i mięso czyli konkretną dawkę białek i tłuszczów. Pierwszy z nich świetnie wysmażony, niemal chrupiący, jednak w ogóle niesłony i niepozbawiony smaku prawdziwego boczku. Tego z foodtrucka Dobra Buła nie przebija, ale sądzę, że uplasowałby się wysoko w moim zestawieniu najsmaczniejszych boczków.
W grillowanej wołowinie znalazłem z kolei fragmenty ziół i to chyba dzięki nim była ona tak aromatyczna, że po przegryzieniu i uruchomieniu w większym stopniu zmysłu powonienia atakowała nas przyjemnym aromatem, bardzo dobrze podkreślającym smak samego mięsa, które ogólnie rzecz biorąc nie było zbyt intensywnie doprawione co mnie osobiście bardzo odpowiada. Dosyć mocno wysmażony burger skrywał jednak ogniska surowego mięsa co jak najbardziej uznaję za plus, choć nikt mnie o stopień wysmażenia nie pytał.
Niemal na sam koniec pozostaje kwestia sosu czosnkowego i bułki – ten pierwszy o dobrze dobranej konsystencji towarzyszka spożywania określiła jako: idealnie komponujący się z całością i podkreślający smak, któremu i tak niewiele brakowało już do doskonałości.
Z tego co się orientuję Nowy Kleparz Burger nie wypieka bułek na własną rękę a korzysta z takich, które nabywa po prostu od dostawców. Powiem jedno: oby z takich bułek korzystano przy większości marnych jakościowo burgerów to ich wartość smakowa wzrosłaby kilkukrotnie – miękka, pszenna bułka, nieco podobna do swoich odpowiedników spotykanych w McDonald’s. Posypana sezamem nie odznacza się zbyt intensywnym aromatem za to smakiem i strukturą powinna zadowolić każdego – nie przesiąka i nie rozpada się po kilku kęsach.

Burger Na Ostro, który wylądował w moich dłoniach to bardzo podobna kompozycja ze standardowych składników oferowanych przez Nowy Kleparz Burger z dodatkiem papryczki jalapeno i ostrego sosu (15.00zł). Na swoje potrzeby wzbogaciłem go boczkiem i serem – w końcu miało to być danie niemniej treściwe od dwudaniowego obiadu.
Rozmiar burgera w wersji XXL po otwarciu podobnego, choć większego i odznaczającego się inną barwą pudełka, robi niemałe wrażenie.
Bułka jest dużo bardziej płaska, choć podobnej faktury i koloru. Jej objętość sprawiła, że zrodziły się pewne obawy. Czy wytrzyma próbę konsumpcji wraz z dodatkowymi składnikami?
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200

Jeżeli chodzi o analizę sekcji warzywnej to odsyłam wyżej, uważny Czytelniku – w tym buergerze nie znalazłem nic gorszego, lepszego czy innego w tej kwestii. Ser to ten sam wyrób, który ciągnie się póki jego temperatura drastycznie nie spadnie.
Mięsne patty jest równie aromatyczne i odpowiednio wysmażone, choć nieco bardziej płaskie niż w wersji standardowej (jak gdyby waga była podobna, ale objętość i forma różne). Boczek po raz kolejny wygląda jak dzieło sztuki (niekoniecznie kulinarnej) a smakiem mógłby obdzielić niejeden plaster podrzędnego bekonu.
Dobry człowiek z budki nie pożałował tego co tę wersję ma wyróżniać od innych czyli ostrego sosu i jalapeno.
Pierwszy z tej dwójki o kolorze świeżej cegły, wykazuje pewien związek z bazą pomidorową, ziołami i ostrymi przyprawami.
Zielona, ostra papryczka to kwintesencja smaku – kwaskowata i lekko pikantna – dokładnie taka jaką powinna być by dodać kompozycji czegoś więcej niż marnej ostrości marki Tabasko, sygnowanej przez rapera pod pseudnimem O.S.T.R., ale też by jej w żadnym stopniu nie zdominować. VLUU L200  / Samsung L200

Moje obawy niestety około połowicznego czasu spożywania zaczęły się sprawdzać – bułka nie wytrzymała naporu składników, odezwała się jej płaska, cienka, zdradziecka natura i od tamtej pory bardziej martwiłem się o to by więcej składników wylądowało w mojej jamie ustnej niż na tacce. VLUU L200  / Samsung L200Nie zmienia to faktu, że pierwszy ze spożywanych burgerów to kompozycja jak najbardziej klasyczna i udana – bez udziwnień, za to z mnóstwem konkretów. Wersja XXL kanapki Burger Na Ostro to przede wszystkim smak papryczek jalapeno oraz wołowiny a dodatkowo niezapomniane wrażenia przy rozpadającej się bułce, niemal tak silne jak bass wydobywający się z tylnej części czarnego wozu marki BMW. To co zawodzi w tym burgerze to kombinacja sosu i papryczki – choć wydaje się, że powinny do siebie pasować, w mojej opinii gdzieś się rozmijają i są od siebie niemal jak oderwane.

Podsumowując: Nowy Kleparz Burger to propozycja dla tych, którzy mają blisko bądź daleko, dla tych którzy maja więcej i mniej pieniążków, dla tych którzy są młodzi i dla tych, którzy już młodzi nie są.
Jeżeli szukasz burgera, który podany z niepozornej budki Cię zaskoczy a w niektórych przypadkach wręcz oczaruje to wybierz się na pętlę autobusową na Nowym Kleparzu. Właściwie te burgery mogłyby być kolejnymi plackami, w których znajdziemy nudne warzywa, ketchup, majonez i kotlet drobiowy z Biedronki, ale czuć, że w tym miejscu ktoś wkłada serce, zajawkę i mnóstwo pozytywnej energii by cudowną ręką (niemal jak ta Diego Maradony z 1986r.) sprawić, że to nie będzie kolejny, zwykły burger z budki. Czuć, że ta osoba chce nam sprawić przyjemność smakiem tej kanapki (już nie mówiąc o cenie).
Jest to też znakomita opcja dla tych osób, które duże burgery (jak na przykład gigantyczne kanapki w Moaburger) odrzucają i chciałyby skoczyć na smacznego, ale dużo mniejszego burgera, przez którego nie będą musiały opuszczać czterech kolejnych posiłków.
Dodatkowo kwestia cen: 6.00zł za smacznego, świeżego i autorskiego burgera to naprawdę niewiele, a hot-dog nie przekraczający granicy 4.00zł w Radomiu na dworcu PKP był przeze mnie widziany chyba ostatni raz przed Chrystusem – jest do tego z czego wybierać. Gdyby były droższe, powiedziałbym, że są bardzo dobre, ale w tym przedziale cenowym ocierają się o notę rewelacyjne.

Wrzucając tacki do kosza na śmieci serdecznie podziękowaliśmy za tę lekcję z cyklu Jak karmić smacznie i tanio? a na pytanie: czy smakowało? chyba sami wiecie, drodzy Czytelnicy co odpowiedziałem.
Polecam i na pewno tam wrócę.

Ocena od żółwia: mocna czwórka (w skali 1-5).
4jpg

 

The B.O.S.S (pol. S.Z.E.F)

Big Original Sanders Sandwich czyli Duża, Oryginalna Kanapka Pułkownika Sandersa – tak brzmi jej pełna nazwa.
W polskiej części sieci Kentucky Fried Chicken kanapka przybliżana jest klientom za pomocą hasła: Szef wszystkich kanapek!

Z której strony by na to nie patrzeć była to kolejna szansa dla KFC na pełną rehabilitację po udanej jak występ Joanny Moro w Opolu kanapce Rocker i nieco bardziej udanych ITwistach (nie mylić z produktami marki Apple). Ostatnimi czasy za jedyny sukces tej sieci uznaję siedmiotygodniowy pobyt wręcz legendarnego Qurrito na rynku.
Amerykańska sieć, specjalizująca się w daniach drobiowych a głównie panierowanych częściach kurczaka, w mojej opinii od jakiegoś czasu przeżywa kryzys nie mniejszy niż grecka gospodarka – dlatego każdą wzmiankę o nowościach i promocjach w KFC traktuję bardzo poważnie, staram się od razu przetestować nowe produkty i dać im po prostu szanse, której (tak na marginesie) zazwyczaj nie wykorzystują.

Tym razem wartości kaloryczne można poznać już dzień po premierze produktu, na polskiej witrynie internetowej KFC, choć nadal czekam na odpowiedź mailową w tej sprawie. W punkcie KFC przy ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu, w centrum handlowym M1 nie uzyskałem żadnej informacji na ten temat. Niezmiernie mnie to dziwi, bo nie wyobrażam sobie żeby tak duża sieć wprowadzała do swych punktów nowy produkt a pracownicy nie potrafili podać choćby ilości kalorii w nim zawartych – to jak chcieć kupić samochód, przejść się do salonu dealera a sprzedawca informuje nas, że to nowy model i nie ma pojęcia jaką pojemność ma silnik…

Odbiegając od tych dygresji wspomnę iż mamy spory wybór opcji zamówienia kanapki The B.O.S.S a wśród nich:
Kanapka The B.O.S.S (765kcal) -11.95zł
Kanapka Junior B.O.S.S (404kcal) -6.50zł
Zestaw Junior B.O.S.S czyli małe frytki, dolewka i sama kanapka -10.95zł
Zestaw The B.O.S.S czyli duże frytki, dolewka i kanapka -17.95zł
Box Junior B.O.S.S: pięć sztuk Hot Wings, dolewka, małe frytki, kanapka -19.95zł
Box The B.O.S.S: pięć razy Hot Wings, dolewka, duże frytki, kanapka -25.00zł

Dopłacać kilkanaście złotych za frytki, napój i pięć fragmentów skrzydełek drobiowych w panierce to nie w moim stylu, więc na stole wylądował: The B.O.S.S, Junior B.O.S.S, Grander Texas, duże frytki i Wielka Dolewka (której wielkość głównie zależy od pojemności pęcherza spożywającego oraz długości pobytu w danym lokalu).
Towarzyszka spożywania tymczasowo zajęła się kanapką Grander Texas, więc miałem nieco czasu by poświęcić go obu wersjom S.Z.E.F-a. Na początek zaserwuję Wam, drodzy Czytelnicy, porównanie gabarytów mojej ulubionej pozycji w ofercie sieci KFC i tych dwóch nowości.VLUU L200  / Samsung L200

Jak widać kanapki z serii B.O.S.S pakowane są standardowo w papier z dedykowanym pod nie nadrukiem. Obie w konkursie szerokości mogą co najwyżej pucować buty Granderowi a i wysokość The B.O.S.S niewiele przewyższa wysokość kanapki Grander Texas, która przecież w tej kategorii jest raczej Arturem Barcisiem niż Wiktorem Zborowskim.
Powiedzmy sobie szczerze – materiały marketingowe McDonald’s czy Burger King nigdy nie będą tak przesadne jak te z KFC. Nie mam pojęcia co marketingowcy tej marki chcą przez to osiągnąć, ale taką taktyką nie ugrają nigdy więcej niż kilka złośliwych komentarzy na fanpage’u na Facebooku. A kto wierzy, że zdjęcie na stronie internetowej czy planszach w punktach KFC odzwierciedla to co dostanie naprawdę to ma w sobie tyle wiary co Marta Wierzbicka mówiąca, że rozbierane zdjęcia otwierają nowe możliwości.
W sumie lepsze to niż więcej predyspozycji.
Po krótkim rekonesansie przyszedł czas na bezproblemowe odwinięcie papierka i odkrycie jednej z tajemnic tamtego wieczoru – oto przede mną i Wami, Junior B.O.S.S:VLUU L200  / Samsung L200

Kanapka opisywana jest na stronie internetowej KFC takim słowami: Nie podołasz wielkiemu B.O.S.S’owi? Spróbuj swoich sił na nieco mniejszej wersji największej kanapki w menu KFC. B.O.S.S. Junior to aromatyczny piklowany kurczak w łagodnej panierce, chrupiąca sałata, czerwona cebulka i plasterki ogórka w puszystej sezamowej bułce.
Zgodnie z niegdyś przyjętym a następnie porzuconym standardem przeanalizuję kanapkę, podpierając się opisem producenta.
Od samego początku: to aż śmieszne by zadawać takie pytanie na początku – sądzę, że z kanapką The B.O.S.S spokojnie poradził sobie dwunastolatek a co dopiero zdrowa osoba w sile wieku? Ale o tym nieco niżej.
Idąc dalej: albo ja nie jestem tu w stanie czegoś zrozumieć z powodu zbyt małej wiedzy (ratujcie, drodzy Czytelnicy o ile tak jest), ale piklowanie to według źródeł, proces garbarski. W mojej opinii, ktoś tu się chyba pomylił jak Doda skacząca na jednym z ostatnich koncertów w objęcia swych fanów, bo ten kurczak powinien być peklowany.
Łagodna panierka rzeczywiście nie jest ani trochę pikantna, za to nieco zbyt słona i właściwie pozbawiona większej ilości nut smakowych. Pod tym chrupiącym i właściwie nie nasiąkniętym olejem poszyciem kryje się soczysty i bardzo dobrze przygotowany (prawdopodobnie) filet z piersi kurczaka – nie jest on ani trochę suchy i w każdym miejscu świetnie usmażony, gdyby nie panierka, której brakuje wyrazu bardziej niż graczom w Scrabble to byłby to zdecydowany atut kanapki.VLUU L200  / Samsung L200Kolejno poruszamy kwestię ogródkową czy też warzywną – jak kto woli.
Sekcja warzyw, jak na tak małą kanapkę jest nad wyraz urodzajna i muszę przyznać iż znajdują się w niej warzywa, które uważam za jedne z najlepszych dodatków do burgerów (choć tu oczywiście mamy do czynienia nie z burgerem a kanapką – mięso nie równa się mięso, ale to już kwestia nomenklatury) czyli czerwoną cebulę i pikle (może stąd to piklowanie?). Dodatkowo mamy tu sałatę, pokrojoną w strzępki.
Warzywa jakościowo jak najbardziej do przyjęcia, wszystko trzy naprawdę chrupiące i świeże jak poranna bryza. Cebula mogłaby być odrobinę bardziej ostra, ale przecież nikt tego nie wyreguluje w procesie dojrzewania. Pikle smakują jak zwykłe ogórki konserwowe z piwnicy Babci Janinki a sałata ma bardzo przyjemny i zaskakująco intensywny smak.
Puszysta bułka to standard wśród sieciówek – lekko posypana sezamem, miękka, aromatyczna, ale tym razem mało konkretna porcja pieczywka daje sobie spokojnie radę z utrzymanie tego co znajduje się w jej wnętrzu.VLUU L200  / Samsung L200Sos o którym nikt nic nie wspomniał smakuje jak słoik majonezu i garść słodkiej papryki w proszku – właściwie tak też wygląda. Z dosyć rzadkiej, białej masy majonezowej przebijają czerwone kropeczki papryki.
Jako całość kanapka to smak sezamowej bułki, kotleta z fileta z piersi kurczaka, takiego jak u Babci Janinki w niedzielę – mdłego sosu, który niestety Juniorowi odbiera mocy a dodaje kalorii i przede wszystkim octowo-gorczycowy posmak pikli, bo w sumie ta nuta, wraz ze zbyt słoną panierką wysuwa się na czoło tej kompozycji.

Uwaga! Nadchodzi szef wszystkich szefów.Tak wielkiej kanapki jeszcze w KFC nie było. B.O.S.S. to chrupiąca sałata, czerwona cebulka, plasterki ogórka, aromatyczny ser cheddar i dużo… bardzo dużo marynowanego kurczaka w łagodnej chrupiącej panierce.
Nie mam pojęcia czy marketingowcy KFC słowem Uwaga! chcą nas zachęcić do spożycia czy może przed nim przestrzec?
Szef wszystkich szefów, po odwinięciu go z dedykowanego papierka w kolorze drewniano-brązowym oraz ze stylizowanym napisem nań okazuje się co najwyżej szefem centrali gazowej w Zamościu.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Trzystopniowe dozowanie bułki bardzo przypomina klasykę McDonald’s czyli BigMaca, ale tu sprawdza się o wiele gorzej – o ile środkowa część spełnia swe zadanie w stabilnym podtrzymywaniu całości to już górna i dolna część są zbyt cienkie by oprzeć się pokusie przeciekania pod wpływem sporych ilości sosu, które jest identyczną, mdłą mieszaniną majonezu i sproszkowanej papryki – niestety, więcej polotu posiada Bronisław Komorowski w swych wypowiedziach niż znalazłem w kompozycji tego dressingu.
Warzywa podobnie jak wyżej – nic się nie zmieniło, bo przecież to ta sama dostawa.
Kwestia ilości kurczaka, którą w opisie poruszają marketingowcy to oczywiście czysty subiektywizm – mam nadzieję, że gdy rozmawiają o innych rozmiarach to już tak nie przesadzają – mogliby tym sprawić zawód nie tylko innym, ale też sobie.VLUU L200  / Samsung L200W mojej opinii ilość kurczaka, który być może był marynowany, jest zadowalająca, ale też nie porywająca – ot taki jeden kotlet z filetu z piersi Babci Janinki (o którym już wspominałem, uważny Czytelniku) bywa większy. Cheddar, szczerze mówiąc, wnosi do tej kanapki dużo więcej niż się spodziewałem. Sądziłem, że jeden marny plasterek zginie wśród nijakiego sosu i plastrów ogórka konserwowego, ale tak nie było – dosyć mocno wybijał się w smaku, choć czuć było, że jest to jedynie jego łabędzi śpiew. Może gdyby w dolnej części znajdował się jeszcze jeden plasterek ser dopełniłby kompozycję znacznie skuteczniej? Nie mnie to oceniać, póki nie spróbuję.
A propos ułożenia – składniki są ułożone na górze odwrotnie do tych na dole, co sprawia, że dolna część bułki wręcz rozpada się w trakcie jedzenia. Kanapka nie jest tak wysoka bym miał problemy z ugryzieniem na całej jej wysokości nawet przy pierwszym kęsie.
Ogół standardowej wersji kanapki The B.O.S.S to głównie posmak octu z ogórków konserwowych, mdląca nuta majonezowego sosu, a w dalszej części chrupiąca lecz mało aromatyczna partia drobiowa i lekko przebijająca się, ale nie mogąca rozwinąć skrzydeł nuta sera Cheddar – może oprócz tej ostatniej mamy po prostu do czynienia z tą samą, choć dużo mniej stabilną i większą kanapką co w opcji Junior. Nie różnią się znacząco jeżeli chodzi o doznania smakowe. Choć w samej niestabilnej strukturze kanapki, połączonej z soczystością kurczaka odnajdowałem duża przyjemność podczas kolejnych kęsów.

Pepsi z dozownika odpowiednio, chłodna i intensywna w smaku – dozowanie lodu bez zarzutów. Kubełek wypełniony niesolonymi frytkami, które posiadają dużo większy powierzchniowo przekrój niże te z McDonald’s czy nowe z Burger Kinga są chrupiące, smaczne, posiadające odpowiednią ilość skrobi, choć może czasem zbyt suche – jako dodatek sprawdził się doskonale – polecam.VLUU L200  / Samsung L200

W podsumowaniu przytoczę może takie oto powiedzenie: z pustego to i Salomon nie naleje.
Cóż poradzić jeżeli ktoś sądzi, że w dobie ciągle powstających punktów sprzedaży burgerów (czy to foodtrucki wszelkiej maści czy burgerownie w lokalach) zawojuje kubki smakowe swoich klientów sznyclem z piersi kurczaka, majonezem i warzywami?
To nie ten kierunek w mojej opinii – The B.O.S.S nigdy nie będzie szefem kanapek, choćby w KFC, bo nawet nie jest w stanie gonić Grandera (chyba, że w kwestii kosztów) a co dopiero go dogonić.
Jest to raczej zwykły pracownik w dyrektorskim przebraniu w postaci ładnej otoczki marketingowej – do prawdziwego rządzenia i dzielenia wiele mu brakuje.

Orient po polsku w amerykańskiej sieci.

Nareszcie – powiedziałbym. Minęło niemal dwa miesiące gdy osoby obsługujące fanpage McDonald’s na Facebooku zawiadomiły fanów (w tym również mnie), że na okres wakacyjny, McDonald’s przygotował kilka nowości a wśród nich mrożone desery, kawy, kanapkę Big Classic Western, która składem różniła się tak bardzo od poprzedniego Big Western jak każdy kolejny film z cyklu (od części pierwszej do trzeciej) Terminator a rozmiarem jak Tomasz Adamek i Witalij Kliczko. Do tego zaanonsowano dwa a właściwie cztery rodzaje McWrapa, które otrzymały przydomek orientalne.

Z jakiego powodu mówię o czterech a nie dwóch rodzajach? Zacznijmy od samego początku: dwa rodzaje McWrapa Orientalnego to Aromatyczny Kurczak i Soczysta Wołowina. Kolejne dwa podrodzaje każdego z nich wiążą się ze smakiem sosu jaki dobiera się do nich w kasie tuż po uprzednim wydaniu z siebie dźwięku: yyy…
Czyli z której strony by na to nie patrzeć mamy wybór niemal jak w większości kebabów w naszym kraju – wouowina ci kuciak?
I kolejno: sos otri ci uagodny?
Na koniec okraszone: duzi w cienkim ciecie, proszim!

Cztery McWrapy zostały zakupione w punckie sieci McDonald’s na ulicy Grzecznarowskiego w Radomiu. Dwa z nich doczekały się obstawy w postaci McZestawów powiększonych (+685kcal z Coca-Colą / -16.40zł) a dwa kolejne pozostały samotne (-10.90zł).

Odbiegłem nieco od tematu, ale nie sądzę, by w tym samym czasie poseł Ryszard Kalisz zdążył odbiec dalej. Kontynuując kwestię McWrapów Orientalnych w McDonald’s należy wspomnieć o ich składzie. To, że na oficjalnej, polskiej witrynie internetowej sieci McDonald’s opisy ofert sezonowych znajdziemy jedynie w newsach jest niemal tak oczywiste jak to, że powieść Pięćdziesiąt Twarzy Greya autorstwa Eriki Leonard to pewien rodzaj soft-para-porn przechodzący w Harlequin naszych czasów skierowany do zapyziałych nastolatek, chcących przeczytać o czymś czego nie potrafią sobie nawet wyobrazić.
I znów odbiegłem od tematu… Obiecuję, że to już ostatni raz, drogi Czytelniku. Co do składu McWrapów Orientalnych w newsie z dnia 02.07.2013 roku czytamy:
McWrap Orientalny Aromatyczny Kurczak to zupełnie nowa odsłona mięsa kurczaka marynowanego w ziołach podawanego w dobrze przyprawionym pszennym placku z chrupiącą kapustą, zielonym ogórkiem i sosami. Do wyboru wersja klasyczna i pikantna.
McWrap Orientalny Soczysta Wołowina to kolejna nowość. Siekana wołowina z ziołami, chrupiąca sałata, orzeźwiający ogórek, sosy, a to wszystko zawinięte w aromatyczny pszenny placek. Pozycja dostępna w dwóch wariantach: łagodnym i ostrym.

Jak widać w opisie oba rodzaje McWrapa niewiele się różnią – głównie rodzajem i sposobem przygotowania mięsa. Jeżeli chodzi o warzywa to nie trafiliśmy na festiwal a raczej zlot rozmiarów corocznego spotkania poławiaczy pereł bałtyckich. Już na pierwszy rzut oka widać, że pracę głównie będzie wykonywał (jak to często bywa) asystujący sos a laury zbierze tak czy inaczej gwóźdź programu, którym niechybnie jest mięso – przygotowane całkiem inaczej niż inne pozycje wołowe czy drobiowe w sieci McDonald’s. Sama możliwość wyboru między wersjami pikantnymi a łagodnymi uznaję za posunięcie niemal tak znakomite jak szewski mat podczas gry w szachy. Wybór rodzaju mięsa a następnie wersji smakowej na pewno świetnie wpływa na podświadome postrzeganie marki przez jej klientów.

Analiza nie będzie obszerna jak akt oskarżenia Katarzyny Waśniewskiej, bo zbyt wiele do analizowania tutaj nie mam.
Zacznę od McWrapów w wersji drobiowej (czyli mówimy o mięsie, które dojrzewa szybciej).
McWrap Aromatyczny Kurczak: (wersja Klasyczna: 408kcal / wersja Pikantna: 412kcal)
Na początek to co na zewnątrz – pszenny placek, który w standardowej wersji jest jedynie wypieczoną mieszaniną mąki pszennej i wody. Tutaj w wersji przyprawionej – nie mam pojęcia co może to oznaczać i jakimi przyprawami go potraktowano, ale na pewno suszona papryka miała w tym spory udział gdyż placek nie jest blady jak pojęcie Marty Wierzbickiej o kręceniu vloga a pomarańczowo-czerwony, o odcieniu jasnej cegły. Kapusta przywodzi niezmienne skojarzenia z najmniej smacznym kebabem jakiego kiedykolwiek przyszło mi spożywać a który dostępny był w sieci KFC. Na szczęście tu doświadczymy ilości tego warzywa, które nie przekraczają tych w daniach z chińskich restauracji na polskich rynkach. Pocięta wręcz wzorowo na cienkie i krótkie kawałeczka – bardzo świeża i bardzo chrupiąca, choć do całości nie wnosi zbyt wiele smaku. Ogórek podany w postaci kilku cienkich plasterków ze skórką jest pełen ogórkowego smaku i niemniej świeży niż kapusta.VLUU L200  / Samsung L200W końcu nadszedł czas na skosztowanie mięsa. Na samym początku naszej przygody z McWrapem wydaje się, że jest go tyle co wygranych pucharów w dorobku Pawła Brożka, ale z coraz dalszym spożywaniem nasza drobiowa wkładka nabiera w tej kwestii rozmachu, którego nie powstydziliby się arabscy szejkowie inwestujący w Bahrajnie – cała dolna część pszennego, zabarwionego placka jest bowiem wypchana jak zwierzęta w kolekcji Babci Janinki stojącej na meblościance z lat siedemdziesiątych. Niestety na samym dnie placek jest zwinięty w taki sposób, że w większości to jego strukturę czujemy pod naciskiem zębów. Mięso jest pokrojone w niezbyt drobną kostkę, a właściwie w skrawki, które często możemy spotkać w drobiowych wersjach zwykłych kebabów z ulic Żeromskiego, Sienkiewicza czy Floriańskiej i temu podobnych w całej Polsce. Bardzo smacznym, odpowiednio i nieprzesadnie przyprawionym kawałkom kurczaka nie brakuje soczystości i kruchości – jest to najlepsze drobiowe mięso bez panierki jakie przyszło mi spożywać u sieciówkowych gigantów. Byłbym nawet w stanie przyznać, że by tak smakowało, musiało być uprzednio marynowane, możliwe, że nawet w ziołach, bo mięso, jak w nazwie jest rzeczywiście mocno aromatyczne.
I na sam koniec asystent, który sprawia, że to o nim a nie o strzelającym bramkę piszą gazety i branżowe portale – mowa o sosie, a właściwie sosach.
Wersja pikantna to ostry, dosyć rzadki płyn na bazie pomidorowej, który pod względem dodatków nie wyróżnia się niczym szczególnym – jest po prostu pikantny (jak obiecano na planszy, znajdującej się nad kasami) i paprykowo-pomidorowy.
W wersji klasycznej sos jest tak interesujący jak informacja o sukni ślubnej Ewy Chodakowskiej na okładce nowego wydania tygodnika Party (nie mylić z party hard). Zdecydowanie łatwiej wyczuć nam smak mięsa niż sosu, który właściwie przypomina coś pomiędzy majonezem a jogurtem z nikłym dodatkiem ziół i przypraw.
To co chwali się sieci McDonald’s w kwestii tych dwóch zwilżaczy to to, że nie zabijają one smaku całości a za to znakomicie komponują się z resztą składników, tworząc bardzo smaczną kompozycję, w której dominuje smak świetnie doprawionego, soczystego kurczaka a dodatki pozostają dodatkami – sprawiając, że mamy w rękach bardzo smaczny, zbalansowany przedmiot spożywania.VLUU L200  / Samsung L200

McWrap Soczysta Wołowina: (wersja Łagodna: 587kcal / wersja Pikantna: ?kcal)
Do opisania tej wersji McWrapa na pewno użyję mniejszej ilości słów niż do opisania poprzedniej – dlaczego?
Ponieważ większość składników jest podobna do tego co opisałem wyżej jak Rafał Mroczek do swego brata Marcina. Placek opisany wyżej to ta sama kompozycja mąki, wody, suszonej papryki i rzekomych przypraw, które czuję jak Babcia Janinka rytmy d’n’b. Kolejno warzywa – ten sam, ogórkowy ogórek pokrojony w cienkie, chrupiące plastry. Pewnym novum jest sałata, która zastępuje kapustę i robi to w sposób dosyć zadowalający – jest co prawda mniej chrupiąca, ale z drugiej strony raczy nas pełniejszym, warzywnym smakiem, którego kapuście brakuje.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Mięso to bardzo podobny do tego z McWrapa w wersji Tzatziki, przyrządzony na grillu, kotlet z siekanej wołowiny, tym razem jednak przyprawiony nie czymś pokroju przyprawy gyros a bardziej mięsny i mocno ziołowy. Do tej pory sądziłem, że wkładka z wyżej wymienionego McWrapa w stylu greckim (na szczęście nie kryzysowym ani tym bardziej tandetnym pokroju reklamy serka Hochland Piato) jest najsmaczniejszą z tych spotykanych w sieci McDonad’s, ale zdecydowanie soczysta i konkretna porcja mięsa, która wręcz zaskoczyła mnie swoimi rozmiarami (w tak małym ruloniku wydaje się być naprawdę spora) z McWrapa Soczysta Wołowina przejęła palmę pierwszeństwa.
W tym produkcie znalazłem też coś czego nie mogłem rozszyfrować – wyglądało trochę jak natka pietruszki, nawet tak smakowało, ale bardzo płasko i ciężko mi z pełną dozą prawdopodobieństwa poinformować Was, drodzy Czytelnicy, że to właśnie to.
Na sam koniec sosy, choć sam nie mam pojęcia co mogę tu napisać gdyż w mojej opinii nie różnią się od tych z opcji drobiowej omawianych McWrapów – sos z wersji pikantnej to pomidorowo-paprykowa kompozycja nie pozbawiona ostrości, ale też nie potraktowana hektolitrami Tabasco – wystarczająco ostra by dodać nieco ognia do całości dania, ale na szczęście nie na tyle by zagłuszać smak mięsa. Sos z wersji łagodnej  to podobny, jogurtowo-majonezowy wytwór, któremu wyraźnie widoczne zioła niewiele pomagają w wybiciu się na wyższy poziom kultury smakowej.
Również muszę wspomnieć iż sosy raczej dodają całości smaku niż utrudniają wyczucie nut smakowych innych dodatków co w mojej opinii jest dużym plusem.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując, seria McWrapów Orientalnych w McDonald’s to seria niemal tak dobra jak początek sezonu Bundesligi w wykonaniu Borussi Dortmund (polskiej – przyp. red. Onet.pl) – świetne zbalansowany smak gdzie dodatki pozostają dodatkami a główni gracze wzbijają się na wyżyny. Bardzo smaczna siekana wołowina i jeszcze lepszy marynowany kurczak wraz z dwoma rodzajami sosów sprawiają, że jest w czym wybierać i każdy odnajdzie coś odpowiedniego dla siebie.
Tylko jedno mnie zastanawia? Gdzie tu orient?
Bo mówimy chyba jedynie o oriencie tureckim czy syryjskim z budki serwującej kebaby na pobliskim deptaku, ewentualnie o festiwalu tańca brzucha w Jaworznie. W mojej opinii choćby jeden z tych McWrapów zasmakuje każdemu (zazwyczaj pewnie i więcej), ale 10.90zł za sam smak, znakomicie przygotowanego niemal-kebaba w cienkim, paprykowym placku pszennym o niewielkich rozmiarach to nieco zbyt wiele.

Smak Dzieciństwa.

Gdybyście mieli wybrać trzy produkty z półek sklepowych jako Wasz smak dzieciństwa, to co byście wskazali, drodzy Czytelnicy?
Ja prawdopodobnie gumę Turbo, którą przeżuć nie było łatwiej niż stare pędy bambusa, ciepłe lody, które wcale nie były ciepłe i spożywało się je częściej w zimę niż w lato a na końcu musiałbym wybrać z góry różnych rodzajów chrupek i chipsów, ale ostatnio uświadomiłem sobie, że na szczycie tej góry stałaby dumnie paczka chrupek kukurydzianych Maczugi o smaku ketchupowym, produkowanych początkowo przez Star Foods a po przejęciu tej firmy przez Frito Lay Poland uzupełniające linie Mr.Snaki pod-firmy Star Chips. Oczywiście był też baton Alibi produkowany przez Jutrzenkę czy Mamba o smaku cola, która na rynek wprowadził Storck – w ten sposób wymieniając byłbym zmuszony wybierać swoje TOP20, pozostając jednak w temacie to te trzy wyżej wymienione produkty spożywałem najczęściej i najchętniej.

Czy Maczugi nadal są dostępne w sklepach?
Pewnie, i to w niejednym wariancie. Występują bowiem w paczkach 24g i 48g, których ceny oscylują wokół, odpowiednio: 0.75zł i 1.20zł.
Do czasu przejęcia przez Frito Lay Poland i powolnego, aczkolwiek bardziej sukcesywnego niż budowanie polskich potęg w grach zespołowych, drożenia produktów ich cena zazwyczaj wynosiła 0.45zł (wersja około 20g) a smaki dodatkowe obok wersji Amerykański Ketchup, które były oferowane to Hot-Dog i Majonez Domowy. Gdzieś z tyłu głowy kojarzą mi się Maczugi cebulowe i serowe, ale może Wy to lepiej pamiętacie, drodzy Czytelnicy?
Aktualnie jako jedyny wariant smakowy tych chrupek na rynku to wspomniany wyżej Amerykański Ketchup. Niestety, amerykańskiego ketchupu nie jadłem nigdy, ale prawdopodobnie niewiele różni się on od naszego czyli bywają wersje konkretne i przesycone smakiem niemal jak koncentrat pomidorowy, ale bywają też wersje nędzne (cosik rzadziuśki ten ketchup – rzekł Kwiczoł, pociągając z czerwonej butli). Zamykając temat ketchupu a otwierając temat samych chrupek wspomnę o opakowaniach. Niezapomniany jak film Stanisława Barei Miś i legendarny jak potwór z Loch Ness jaskiniowec był widziany ostatnio na opakowaniu dawniej niż Yeti w Himalajach. Po jego zniknięciu kolorystyka pozostała podobna (granat, czerwień i nieco błyszczącego złota) a butelka ketchupu zmieniała swe miejsce Nie dalej niż dwa tygodnie temu Maczugi dołączyły do rodziny Mr.Snaki również pod względem opakowań i tak teraz mamy w niej:
Gębolce (Pizza), Łapaki (Ser-Pomidor), Zębolce (Ser-Ziemniak), Oczaki (Orzech) i Maczugi o smaku Ketchupu (już nie amerykańskiego).VLUU L200  / Samsung L200Aktualnie na opakowaniu tym biegnie bliżej nieokreślony czarny  kształt, przypominający wydłużoną wersję Bobka znanego przede wszystkim z książek opowiadających o wydarzeniach w Dolinie Muminków, który trzyma w jednej swej łapie maczugę a w drugiej butelkę ketchupu najbardziej przypominające produkt firmy Heinz (z której strony by nie spojrzeć ketchup amerykański). To co składa się na 120kcal w wersji 24g i 235kcal w 48g (ktoś nie potrafi tu mnożyć przez dwa?) to 68% kaszy kukurydzianej, olej roślinny, cukier, dioctany sodu, pomidory w proszku, glutaminian monosodowy, mleko w proszku, kwas cytrynowy, sól i tradycyjny ekstrakt z papryki, który ma pokolorować całość.

Jak widać na zdjęciu, po otwarciu paczki naszym oczom ukazują się chrupki kukurydziane o kształcie (nomen omen) maczug. Zabarwione delikatnie na czerwono, żółciutkie chrupki atakują nasze nozdrza jak niejeden kwas na lekcjach chemii – mocnym, wręcz żrącym, kwasowym aromatem, w którym dużo więcej octu niż aromatu pomidorów a już tym bardziej sosów pomidorowych.VLUU L200  / Samsung L200Na odchodzącym już do lamusa opakowaniu marketingowcy Frito Lay Poland umieścili parę informacji o manii chrupania i mieli rację – są to jedne z najmocniej (jeżeli nie pierwsze w tym zestawieniu) chrupiące chrupki. Spożywając a właściwie chrupiąc je w początkowym stadium głuchoty możemy skutecznie chronić nasz mózg przed dopływem informacji (choć nie mam pojęcia co w tym dobrego).
Smak to już nieźle wyważona mieszanka słodyczy i pomidorowej kwaskowatości z przewagą smaku słodkiego co sprawia, że aż tak do końca nie są one dla mnie tak pyszne jak jeszcze wydawały mi się dziesięć lat temu (człowiek chyba kiedyś w końcu dorasta) – smak ketchupu przypomina ona jak figura byłej posłani Renaty Beger przypomina kształty Anety Kręglickiej.

Podsumowując, powrót do tych chrupek to jak wędrówka DeLoreanem z Powrotu do Przyszłości Roberta Zemeckisa tylko, że w przeciwnym kierunku – smak rzeczywiście przypomniał mi lata podstawówki, ale to już nie to samo co bieganie do pobliskiego sklepu i jedzenie czterech paczek w ciągu jednej przerwy, popijając oranżadą DAN (Dobre Aromatyczne Napoje) kupioną za 0.35zł.

Dodatek: po odstaniu dwa dni w otwartej paczce nie przeżuwa się ich łatwiej niż gumy Turbo a chrupkość tracą szybciej niż znajomi kleptomana swoje rzeczy.

Hot or Not?

Cofając się niemal dwa miesiące wstecz myślałem jedynie o tym by zdążyć wrócić do kraju przed 9. września.
Nie dlatego, że miała mieć wtedy miejsce rodzinna impreza jakiegokolwiek rodzaju, nie na koncert ulubionego zespołu, nie na rocznicę wielkich wydarzeń, nie na mecz o wadze wielkiej jak pęczek pietruszki (Polska – San Marino).
Spieszyłem się, rezerwowałem lot i szybki powrót do domu z lotniska by zdążyć spróbować zaanonsowanego wtedy burgera Big King XXL w wersji Hot, dostępnego w sieci Burger King.

Uszczuplony jak ostatnimi czasy Dominika Ostałowska Big King XXL pozbył się kilku ważnych dla niego składników – przede wszystkim charakterystycznego King Sauce a oprócz tego pikli, którego pracowały na dobre imię swojego klienta jak obrońca Katarzyny Waśniewskiej i białej cebulki. Nie mam pojęcia w jakim celu pozostawiono strzępki sałaty lodowej, bo w mojej opinii jest to pakowanie czegoś zielonego na siłę. A propos siły – nasz bohater nabrał siły ognia jak gdyby nosił ze sobą kilka futerałów na gitary z filmu Desperado – poczytajcie z resztą sami: Prawdziwie królewska uczta. Podwójna porcja grillowanej wołowiny w towarzystwie sera cheddar, papryczki jalapeno i świeżej sałaty pokrytej sosem chilli cheese. Idealny wybór na wielki głód.
Opis wygląda bardzo dobrze i nie gorzej prezentuje się sama kanapka. Pierwszy raz nie udało mi się znaleźć elementu, który przekłamywałby rzeczywistość – w burgerze Hot Big King XXL znajdziemy bowiem: sezamowe pieczywo, dwa plastry sera Cheddar, znikomą jak liczbę kątów w okręgu ilość plasterków Jalapeño (rzeczywiście, mogła to być jedna papryczka), nieco sałaty lodowej i uwielbiany przeze mnie jak amerykański serial Przyjaciele, sos Chilli Cheese.
Czyż to zestawienie nie jest podobne do kanapki Long Chilli Cheese, oferowanego około okresu matur przez tę sieć?
Tak, dokładnie – a tamtą kompozycję uznałem za genialną w swej prostocie i smaku, żałując jedynie, że przyjemność jego spożywania nie trwała dłużej niż wejściówka programu informacyjnego TVP1 Teleexpress.
Teraz mam to w wersji powiększonej – jedynie z sałatą, którą dzięki opcji Have It Your Way! (koniecznie wykrzyknik) mogę po prostu wyrzucić – czy mógłbym chcieć więcej?
Może pokoju i sprawiedliwości na Świecie, ale to nie te kategorie.VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Hot Big King XXL, którego spożyłem na pierwszym piętrze Galerii Słonecznej w Radomiu, zawitał do mnie ze świtą w postaci zestawu (nowa odsłona frytek i napój z dolewką) kolejnym Hot Big King XXL, tym razem bez zestawu i pojedynczym Whopperem z dodatkiem sera. Sam burger kosztuje 14.95zł a zakup zestawu zmusi nas do wyciągnięcia z portfela 20.95zł. Obaj Królowie zostali powiększeni o dodatkową porcję mięsa (kolejne 2.50zł). Niestety ilość kalorii w którą wyposażono tę wersję Big King XXL nie jest podana, ale licząc tak na oko jak Pan Rostowski finanse naszego kraju bez dodatkowego mięsa powinno to być około 1000-1100kcal. Dodatkowe patty to około 240kcal na plus.
Zaczynając analizę po raz kolejny muszę wspomnieć coś o bułce o której napisałem już chyba wszystko co mogłem – mam nadzieję, że mam wśród Czytelników kilka osób z chorobą Alzheimera i chętnie przeczytają po raz pierwszy (a właściwie kolejny), że to przyjemnie pachnące, lekko tostowane, białe, miękkie pieczywo nieco zapycha, ale nie na tyle by psuć nam całość. Przez wielkość porcji mięsa utrzymuje całość tak dobrze jak tuż po wyborach parlamentarnych w 2011 roku partia Janusza Palikota utrzymywała swój elektorat. Dolna część bułki nieco rozmiękła – z jednej strony to powód do radości z soczystego burgera a z drugiej problem przy spożywaniu, którym niezbyt się przejąłem.
Mięso to konkretne, około 113g patty, pełne soków, przynoszące smak prawdziwego mięsa i bardzo mi odpowiadające. Jak już kiedyś wspominałem to najbardziej smakująca mi sieciówkowa wołowina, choć zdarzają się przypadki, że wyciągnę z niej coś twardego jak worek kamieni – na szczęście mniejszych rozmiarów. Ser, który ma być serem cheddar a jest serem topionym o wątpliwym jak uroda naszych zachodnich sąsiadów smaku dojrzałego sera cheddar idealnie pasuje do mięsa i jak zazwyczaj cudownie reaguje na temperaturę burgerów roztapiając się odpowiednio na całej ich powierzchni.
Sałata to delikatnie chrupiące strzępki jej lodowej wersji, które posiadają różne odcienie zieleni i tak naprawdę do całości wnoszą tyle co romska rodzina do nowego mieszkania socjalnego. VLUU L200  / Samsung L200
Na samym końcu przyszedł czas na analizę tego co wyróżnia sezonową wersję kanapki Big King XXL od jej sezonowej, gorącej wersji. Spodziewałem się kanonady ognia z dwóch działek – jedno z nich na lufie miało mieć napisane Jalapeño a drugie Chilli Cheese – jednak to co dostałem to najwyżej zabawa w Dwa Ognie z dziećmi z podstawówki.
Po pierwsze to co przekreśla zadatki na ostrą zabawę to ilość amunicji jaką mają w sobie dwa działka wymienione wyżej – cztery czy pięć plasterków papryczki (bo na pewno nie papryczek) Jalapeño i ilość sosu Chilli Cheese, którą osobiście posmarowałbym jeden koreczek na przystawkę, nie są w stanie sprawić, że kompozycja dostanie taką porcję pikanterii na jaką zasługuje. Trzeba przyznać, że za obydwoma z tych składników wręcz przepadam a sam sos to do tej pory najlepszy dodatek jaki przyszło mi spożywać w jakiejkolwiek sieciówce, ale ktoś tutaj przy ustalaniu wielkości porcji a przy tym poziomu ostrości postąpił tak zachowawczo jak angielskie Panie Domu z używaniem soli.

Krótko wspomnę też o nowej odsłonie frytek, które kosztowałem już po raz kolejny.
Frytki przeszły terapię odchudzającą i aktualnie bardziej przypominają grubością frytki z McDonald’s niż te z KFC. W Wielkiej Brytanii frytki z sieci Burger King były grube, chrupiące i smaczne – u nas wersja grubsza była nieco mniej chrupiąca i wyrazista niż ta zza Kanału La Manche. Nowy model frytki, przynajmniej w mojej ocenie, to przede wszystkim dużo więcej skrobi i zdecydowanie mniej wody – zdarza się, że są one tak mączne, że aż ciężko je ugryźć po usmażeniu, ale większość z nich jest po prostu cienkim fragmentem ziemniaka o ładnej, żółtawej barwie, puszystym wnętrzu i nieco zbyt twardej warstwie wierzchniej z delikatnie przesadzoną nutą skrobi. Szczerze powiedziawszy ciężko mi zdecydować która odsłona bardziej mi smakowała, mimo, że zazwyczaj wolę frytki grubsze. Tym razem w tej (nazwijmy to) konfrontacji remis.
Napój nalewany z dozowników własnoręcznie również na zakończenie wypadł w podobnym stosunku – Pepsi z domieszką jej niskokalorycznej wersji bardzo smaczna, odpowiednio chłodna i wystarczająco wyrazista – niestety ulubiona Mirinda tym razem tak intensywna w smaku jak woda z cukrem.VLUU L200  / Samsung L200

Podsumowując, zestawienie kanapki jest jak najbardziej prawidłowe jednak ilość składników na które liczyłem jak na Andrzeja Olechowskiego w wyborach prezydenckich w których jeszcze nie mogłem brać udziału jest zdecydowanie zbyt mała by jakkolwiek mnie satysfakcjonować. Oczywiście, da się wyczuć przyjemnie serowy i delikatnie pikantny posmak sosu Chilli Cheese jak również ostrawy i kwaskowaty smak papryczek Jalapeño, ale tych nut jest zbyt mało w całości kompozycji by mnie porwać i sprawić tak dużą przyjemność ze spożywania co wspomniany wyżej Long Chilli Cheese dzięki któremu żywiłem tak duże nadzieje w związku z tą kanapką – niestety, rzeczywistość zbyt brutalnie zweryfikowała me oczekiwania i pozostawiła mnie z po prostu smaczną i delikatnie pikantną wersją jednego z moich ulubionych burgerów, która jest tak hot jak Anna Bałoń po przybraniu na wadze.
Ze swej strony polecam, nie zachwycając się jednak i szybko przechodząc w tryb codzienny po spożyciu (jakkolwiek to brzmi).

Crunchips – Grillowany Stek & Sos Teksański

I po raz kolejny BBQ i po raz kolejny Teksas… Czy BBQ to Teksas czy Teksas to BBQ?
Sam już nie wiem… Do tego bezsensowne określenie Tugeza w które Lorenz-Bahlsen brnie już drugi sezon…

Pierwszą paczką tugezowych chipsów od marki Crunchips jakie spożyłem był smak Ser-Czosnek i ta firma ma szczęście, że nie miałem zamiaru ich opisywać – może jeszcze jakaś grupa nieświadomych osób skusi się na tę wątpliwą jak picie octu przyjemność.
Pod koniec stycznia tego roku Crunchips wprowadził nowy tugezowy smak, którym okazał się być Grillowany Stek & Sos Teksański.
Sezon grillowy rozpoczęty już w styczniu? Czy to aby dobry pomysł?
I czy w ogóle już wszyscy nie mają dość tego wszędobylskiego Teksasu a przede wszystkim sosu BBQ?
Ja na pewno nie, więc nareszcie zabrałem się do kosztowania tych chipsów.VLUU L200  / Samsung L200

Otwierająca się bez problemów paczka zachęca do zakupu amerykańskimi barwami (wyłączając biel) oraz napisanem Edycja Limitowana na szeryfowej gwieździe, zaczepionej na kowbojskim pasku.
Na pierwszym planie dwa konkretne, wołowe steki, które nie mają anoreksji, awersji do przypraw czy grafików komputerowych. Przed nimi biała miseczka bordowego sosu BBQ z ciemnoczerownym logo zwykłego SteakHouse’a, w które wkomponowano łeb rogatego zwierzęcia. Z tyłu srebrne tło, na którym zielone literki przekażą nam od kiedy nie możemy już jeść tych chipsów, że jest to wersja 140g, opowiedzą nieco o ich składzie i pochodzeniu. Przede wszystkim ujawniają jednak to co w Tugezie najbardziej interesujące, że są to: chipsy ziemniaczane dwustronne: faliście i gładko krojone.
Rzeczywiście chipsy te z jednej strony sa jak X-Cuty, a z drugiej jak zwykłe, gładkie ziemniaczane przekąski, co sprawia, że miejscami są tak cienkie, że pękają podczas smażenia, aczkolwiek większość zachowuje swoją nienaruszoną formę i bardzo mocno chrupie. Nie ma wśród nich zbyt wielu dużych plastrów ziemniaka, ale może dzięki temu mała część jest połamana lub ułomna jak gra aktorska w latynoskich telenowelach. Z drugiej strony większa część posiadała skazy w postaci zaciemnień na krańcach – może to powody dla których kupiłem je taniej?
A propos ceny to tę paczkę nabyłem w sklepie sieci Żabka w Radomiu na ul. Żeromskiego za 3.49zł i spożyłem w samolocie linii WizzAir na trasie z Warszawy (Chopina) do Londynu (Luton). Zazwyczaj jednak chipsy tej marki można nabyć za cenę od 4.00zł do 5.00zł – czasem sięgającą nawet wyżej.
Przez zmianę ciśnienia na pokładzie samolotu chipsy rozrosły się jak Ciotka Marge w trzeciej części przygód Harryego Pottera co obrazuje zdjęcie.

Tuż po otwarciu w nozdrza uderza bardzo intensywny zapach dymu wędzarniczego. Chwilkę wąchałem nieco mocniej i oprócz tego aromatu udało mi się wyczuć bardzo nikłą nutę przypraw – głównie papryki. Może dlatego, że jest głównym barwnikiem? Choć tak naprawdę ciężko w to uwierzyć, bo chipsy mają barwę naturalną jak Almette z reklamy.
W smaku wyczuwalne delikatne umami, mnóstwo sosu BBQ czyli aromat dymu wędzarniczego oraz przyprawy, niemal w ogóle nie do wychwycenia nuta mięsna, która błądzi i gubi się między innymi smakami. Chipsy nie są słone jak Morze Martwe, ale w mojej opinii i tak nieco w tym aspekcie przesadzono.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc nie takiego smaku się spodziewałem, a sam zapach i słony smak dymu, kojarzący się bardziej z pogorzeliskiem niż wędzarnią niezbyt mnie satysfakcjonował. Ledwie co wyczuwalna nuta przypraw zagłuszona aromatem dymu jak megafonem Związków Zawodowych nie jest w stanie niczego uratować. Mimo, że nikt nie wspomniał o tym na opakowaniu to jestem pewien, że w trakcie produkcji tych chipsów nie ucierpiała żadna sztuka bydła – smaku steku czy wołowiny znajdziecie tam tyle co złota na krańcu tęczy.

Polecam spróbować, ale ostrożnie – jedna paczka na pięć osób (ja musiałem zjeść je sam, więc wiem co mówię). Szczególnie rekomenduje je tym, którzy aspirują do bycia strażakami – łatwo dzięki nim zacząć oswajać się z dymem.

Małe co nie co

Ostatnimi czasy mnóstwo sieciówek poszło w stronę budżetowych produktów. Nie, nie chodzi mi o rzeczy z przedziału 5-7.00zł, chodzi mi o produkty poniżej 5.00zł. McDonald’s już jakiś czas proponuje całkiem znośne Cheeseburgery (zdarza się, że dwa za 5.00zł), zestawy 2forU czy niedawne 4for2, KFC ma B-Smarty ledwie co poniżej granicy 5.00zł i niewypał jak te z czasów II Wojny Światowej w postaci kosztującego 4.00zł Rockera. Do tej dwójki dołączył ostatnio Burger King ze swoim karłowatym i niesmacznym jak reklamy zimnego Lecha przy Wawelu, Kurakiem.
ITwistVLUU L200  / Samsung L200Kolejnymi przedstawicielami tego nurtu, nawiązującego do pracy u podstaw są ITwisty, oferowane od czwartego czerwca (czyli dokładnie od dnia siedmiotygodniowego powrotu Qurrito) w sieci KFC.
Wygląd na bannerze? Tata Twister, mama Longer. Po domniemanych rodzicach ITwist odziedziczył wygląd (tata) i wielkość (mama). Oczywiście materiały marketingowe przedstawiają go jako cudownego młodzieńca, wręcz dumę rodziców. W rzeczywistości aż tak dobrze nie jest, ale też nie odbiega znacząco od tego co nad kasami w punktach KFC (prawdopodobnie ktoś zapamiętał sobie jak wyśmiany został Rocker).
Nasz bohater ceni się jak przy trasie E7 – niedrogo. 4.00zł w zupełności wystarczą by stać się jego posiadaczem na kilka chwil i zatopić w nim swe zmysły.

ITwist występuje w czterech odmianach smakowych, dla których wspólnym mianownikiem są warzywa – zazwyczaj pomidor pokrojony w kosteczkę oraz sałata lodowa pocięta w paseczki – Stripe z drobiowych piersi i tortilla z jednym wyjątkiem. Zakręcony w tortillę przez pracowników KFC i otulony grubym papierem (od środka matowo bladym a na zewnątrz kolorem odpowiadającym wersji) prezentuje się całkiem nieźle nie licząc rozmiarów, które bardziej przypominają Flipa niż Flapa.
Cztery ITwisty kupiłem w punkcie KFC w Galerii Słonecznej w Radomiu, koszt każdego to, jak wspomniałem wyżej, 4.00zł, za kolejne 1.50zł można dostać je w formie B-Smarta z czego osobiście nie skorzystałem.
Wrzucę na warsztat każdego z nich by przybliżyć Ci, drogi Czytelniku ich charakterystykę wewnętrzną.

Sądzę, że na początek najwygodniej będzie wziąć pod lupę ITwist Classic(326kcal) – w końcu propozycje klasyczne wyznaczają pewne standardy, powinny być ponadczasowe a ich skład nie jest zbyt wymyślny.
KFC na swej stronie internetowej opisuje klasycznego ITwista w ten sposób: soczyste, pikantne polędwiczki z kurczaka, przełożone sałatą lodową i pomidorami, polane sosem majonezowym, zakręcone w tortillę.
Jest tajemnicą Poliszynela, że Stripesy w KFC bywają suche – na szczęście ten tutaj był odpowiednio soczysty, a dzięki panierce chrupiący i rzeczywiście nieco pikantny. Sałata prawie nie chrupka co pewnie wynikało z kontaktu z ciepłymi piersiami… Kurczaka oczywiście. Pomidor w postaci małej kostki sprawdza się dużo lepiej niż ten najczęściej spotykany w kanapkach czyli pokrojony w plastry. Dzięki temu nie sprawia, że wszystko płynie jak po oberwaniu chmury a dodaje nieco kolorytu i uroku, choć jego smak jest płaski jak ostrze noża. Tortilla mimo tego, że nim nie jest, bardzo przypomina pszenny placek, w którym podawany jest McWrap dostępny w sieci McDonald’s – może jest bardziej aromatyczna i mniej klei się do zębów, ale również jest jedynie niezbędną, podobnie zapychającą otoczką. Sos majonezowy sprawia, że całość nie wydaje nam się tak bardzo sucha, choć soczyste polędwiczki i pomidor już o to się zatroszczyły. Jego smak opiera się na głównej nucie majonezu i pobocznym aromacie przypraw – jak zazwyczaj w przypadku tego typu sosów porywają jak kolejny odcinek Barw Szczęścia.
Całość to rzeczywiście klasyka bez udziwnień – smaczny Strip, standardowe warzywa i nudnawy sos, zamknięte w tortilli.
Klasyk może i nudny jak W Pustyni i w Puszczy, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Interesującą propozycją wydał mi się ITwist Ser(?kcal) – sądziłem, że jest to po prostu Classic z serem, ale pomyliłem się jak Leo Messi w swoim zeznaniu podatkowym. KFC opisuje go tak: soczysty strips ze świeżymi warzywami i sosem serowym.
Także mamy tu interesującą kwestię serowego sosu. Jak przekonałem się później w każdym ITwiście Strip był bardzo soczysty i delikatnie pikantny (Hot&Spicy). Wspomnieć też należy, że niezbyt różniły się one wielkością i odpowiadały gabarytom kokonu z tortilli, w który były zawinięte.
Tortilla i warzywa standardowe czyli pomidor w kostkę i sałata w paski – dokładniej opisane wyżej, uważny Czytelniku.
Także jedyne co pozostaje mi do opisania to sos serowy – dosyć gęsty, o lekko pomarańczowym zabarwieniu i wyczuwalnej na języku strukturze.
Znacie smak Cheetos Ser? Ten jest bardzo podobny – lekko śmierdzący, nieco syntetyczny aromat sera w połączeniu z gęstym płynem na pewno nie zasmakuje każdemu. Jak dla mnie swój test zaliczył na trzy z plusem – ani mnie nie zachwycił, ani nie zranił. Me uczucia pozostały obojętne wobec jego zalotów.
Serowy może i bezpłciowy jak Dzieci z Bullerbyn, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200
VLUU L200  / Samsung L200Trzeci ITwist jakiego sprobowałem to Ananas(278kcal). Soczysta polędwiczka ze świeżymi warzywami, dwoma rodzajami sosów, w tym ananasowym – tak opisywany jest na oficjalnej stronie KFC. Od razu na wstępie przyznaję się i wybaczcie mi ignorancję godną Joanny Muchy – nie wyczułem w smaku drugiego sosu.
Na zewnątrz aromatyczna, zapychająca tortilla, zawinięta u dołu jak domek ślimaka. Wewnątrz typowy soczysty Strip, warzywa z tej samej parafii co w każdym inny ITwiście, sos, którego nie wyczułem i sos ananasowy. Niezbyt gęsty i jasny. Smakiem przypominający sałatkę na słodko Babci Janinki – dobrze wyważony między byciem nieprzesadnie słodkim a dodającym odpowiednich walorów smakowych. Może powiew Hawajów?
Ananasowy może i słodki jak Karolcia, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200

Dzięki niebiosom ostatni wybrany randomowo ITwist to Papryka(252kcal). Czemu tak się cieszę, że był ostatni? Z tego powodu iż był bardzo pikantny i moje kubki smakowe zatraciłby zdolności rozpoznawcze jak głowa po uderzeniu obuchem gdybym wybrał go jako pierwszego, drugiego lub trzeciego. KFC opisuje ten produkt w taki sposób: Soczysty strips ze świeżymi warzywami, sosem paprykowym w pomidorowej tortilli.
Lecz to zdecydowanie zbyt mało informacji – należałoby dodać, że sos paprykowy jest dosyć ostry, a tortilla ma odmienny kolor.
Tak, bo to co wyróżnia tego ITwista spośród pozostałych to kolor tortilli, która wygląda jak gdyby komuś w fabryce wypadło drugie śniadanie w postaci zupy pomidorowej albo puszki z rybą w pomidorach i wpadło do gara z tortillową masą. Zawinięty w papier koloru hiper-fiolet może nieco zmylić swoją nader wysublimowaną powierzchownością, ale nie na długo, bo tylko do pierwszego kęsa – wtedy ujawnia swoje prawdziwe oblicze.
Aromatyczna, zdecydowanie lekko pomidorowa w smaku i aromacie tortilla kryje, jak już uważny Czytelniku wiesz soczysty Strip w chrupiącej i lekko pikantnej panierce, kilka drobinek pomidora oraz paski sałaty. To co nadaje dzikości i zadziorności to pomarańczowy sos z czerwonymi drobinkami, prawdopodobnie ostrych papryczek. Niechybnie ktoś potraktował jego kadź tabasco, a przynajmniej tak właśnie on smakuje. Główna nuta to tabasco, gdzieś na drugim planie jest tabasco a w tle tabasco. Dosyć ostry, w mojej opinii można było uszczuplić go o pewną ilość… Tak, tabasco lub czegoś na jego kształt.
Paprykowy może i ostry jak Ferdydurke, ale za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Ogólna konkluzja wygląda następująco: skoro za 4zł dostajemy minitiwistera, a zdaje sobie sprawę, że jest mnóstwo osób, które mimo często niemal na wpół surowej tortilli tę pozycję w menu KFC uwielbiają, skoro przy takim wydatku mamy w środku soczystego i chrupiącego Stripesa o niebanalnym smaku, skoro za taką cenę dokładają nam dosyć dobrej jakości warzywa i skoro przy tak małej wydanej kwocie przy kasie mamy tyle wariantów do wyboru gdzie każdy znajdzie coś dla siebie i lekko się zasyci to mimo, że klasyk może być nudny, serowy wydaje się nie mieć ognia, ananasowy może jest i za słodki a paprykowy zbyt ostry to za 4.00zł taki poziom zasycenia i smak przyjmuję w ciemno.

Qurrito wraca!

Co może skuteczniej przyciągnąć spożywających niż powrót dawno wyrzuconego z menu, ale owianego legendą smakołyku?
Powrót tego smakołyku za darmo.
Taką taktykę zastosowała sieć KFC przy wprowadzaniu (na kolejne siedem tygodni, począwszy od dziś) ponownie Qurrito – produktu, którego powrotu do oferty amerykańskiej sieci żądały całe miasta, wsie, państwa, fanpage na Fb, morza, góry, lasy, doliny, ludzie wszystkich zawodów, nacji… I chyba jedynie kurczaki nie są szczęśliwe z jego powrotu.
No dobrze, trochę mnie poniosło, ale nie było postu na fanpage’u KFC by choć w jednym komentarzu ktoś nie domagał się powrotu Qurrito czy linkował do całej strony poświęconej walce o jego ponowne wejście do menu.
Dziś o 11:00 w każdym punkcie sieci KFC wymawiając magiczne jak czary Davida Copperfielda hasło Qurrito można było otrzymać porcję tego produktu za darmo. Niestety dotyczyło to jedynie dziesięciu pierwszych szczęśliwców, koczujących, mających szczęście lub obdarowanych łaską i wcześniejszą informacją od pracowników KFC.

Czy ja to rozumiem?
W pewnym sensie tak, ale jestem jedną z tych osób, które tego fenomenu nie mogą dotknąć bezpośrednio gdyż nigdy Qurrito nie jadłem i teraz zastanawiam się czy wykrzyknik postawiony w tytule był słuszny(?)
Nie jadłem, więc nawet nie ma pojęcia co jest w środku, a KFC na swojej stronie ma, jak zazwyczaj, tak wiele informacji o nowościach jak Ewa Kopacz dobrych pomysłów. Z tego co widzę w materiałach marketingowych to coś na kształt tortilli (spód i wierzch), która wypełniona jest kurczakiem, serem i czerwonym sosem (mam nadzieję, że nie jest to zwykły ketchup)… Wartości odżywczych jak na razie również nie podano, gdyby się to zmieniło to postaram się uzupełnić tekst, a pewnie dowiem się tego w krótszym czasie gdy zapytam kogoś przy kasie.

Także nadszedł ten moment – jadę na Qurrito.

Dzień później…

Wyjście na Qurrito nieco się przedłużyło, ekhm…
Także wracając do tematu: niedługo przed zamknięciem KFC w Galerii Słonecznej w Radomiu zamówiliśmy wraz z towarzyszem spożywania dwie porcje Qurrito i jednego iTwista (nowość w KFC – coś pokroju Twistera zmniejszonego o połowę) – miał być Ser, ale otrzymaliśmy wersję Classic.
Od wczoraj na stronie internetowej pojawił się już opis Qurrito, brzmiący następująco: Cztery trójkątne kawałki: sos BBQ, kurczak i ser Cheddar, zgrillowane w tortilli. KFC szumnie jak brzozy na wietrze ogłasza też, że tylko do Qurrito można otrzymać dip za 1.00zł. Sądziłem, że jest to jakiś specjalny, okazjonalny sos, tylko i wyłącznie do tego produktu, ale okazuje się, że do wyboru mamy jedynie standardowe dipy, na przykład BBQ, co wydaje mi się mieć tyle sensu co podwójna surówka w kebabie, bo tego sosu w Qurrito jest dosyć dużo, ale o tym za chwilę. Tak czy inaczej za dodatkową złotówkę możemy otrzymać inne sosy, by polać nimi tortillę.
O ile opis jest już na stronie internetowej amerykańskiej sieci, o tyle nawet we wspomnianym punkcie nikt nie był w stanie mi powiedzieć ile kalorii ma porcja Qurrito.

Powracając do opisu – produkt podawany jest na tekturowej, laminowanej, białej tacy z wyciętymi, okrągłymi dziurami jak w żółtym serze, ale maszynowo, regularnie. Schowany w papierowo-foliowym rękawie z kilkoma napisami, głoszącymi, że KFC nie podaje mięsa mrożonego, mielonego i przetworzonego (o, fajnie). Coś o recyklingu z drugiej strony opakowania, o sekretnym zestawieniu jedenastu przypraw od Sandersa i tego typu marketingowa papka pokroju kaszki manny z małą ilością mleka.
VLUU L200  / Samsung L200Bardziej tym razem interesowało mnie to co w środku. Zawinięta po najdłuższej cięciwie (tak zwanej średnicy) tortilla przy pierwszym kontakcie uderza nas po nozdrzach spalenizną jak to czasem bywa z pizzą przy mało wprawnej osobie obsługującej piec. Po chwili efekt ten ustępuje i placek wydaje nam się bardzo ładnie wypieczony – miejscami ciemniejszy, miejscami jaśniejszy – niemal jak prawdziwa tortilla pieczona na kamieniu w Meksyku. W środku ciemny sos BBQ z jasnym, startym na drobno serem Cheddar oraz pociętymi na kawałki stripesami czyli polędwiczkami z piersi kurczaka w sekretnej panierce Kentucky Fried Chicken tworzą całość o pięknym, żółto-bordowym kolorze i strukturze podobnej do początków zaczyniania ciasta na racuchy.
Dwa wewnętrzne kawałki są najkonkretniej wypełnione nadzieniem, a z kolei dwa zewnętrzne są większe – trzeba brać to pod uwagę gdybyśmy mieli podzielić się Qurrito z towarzyszami spożywania. Nie zważając na strukturę, a napawając się cudowną barwą wnętrza ukrytego w tortilli zabrałem się za pierwszy od prawej kawałek.

Pierwsze wrażenie? Smaczna, lekko chrupiąca, odpowiednio wypieczona, niezbyt gruba (choć to na plus) tortilla i mięciutkie wnętrze, które niesie ze sobą głównie smak sosu BBQ. Stripesy stoją na standardowym poziomie, nie są na szczęście zbyt suche, jak to często bywa w punktach tej sieci, posiadają chrupiącą panierkę, która nie przyjęła zbyt dużej ilości oleju a pod nią są kruche i smaczne. Cheddar bardzo dobrze się tu dopasował, ale tylko smakiem. W mojej porcji nie rozpuścił się do końca i nie ciągnął jak południowoamerykańskie telenowele. Prawdopodobnie ktoś zafundował mu zbyt krótkie wakacje w ciepłych obszarach kuchni lokalu. Nie zmienia to faktu, że nawet nieroztopiony ser, pyszne, soczyste stripesy i smaczna tortilla razem wzięte nie są w stanie zmienić tego, że dominuje tu, rządzi i dzieli sos BBQ – lekko pikantny, z odpowiednią ilością koncentratu dymu wędzarniczego, mocny i smaczny. Naprawdę mało jest tak konkretnych i wyrazistych sosów w sieciówkach, dlatego też ten, obok sosu słodko-kwaśnego, orientalnego, azjatyckiego (różnie bywa on nazywany) najczęściej ląduje jako dodatek do Kubełka Classic.
Jako całość na pierwszym planie jest właśnie mocny sos BBQ, uzupełniony, przyprawowo-korzennym smakiem panierki, mleczno-kremowym serem i płaskim smakiem kukurydzianego placka. Bardzo udana kompozycja.
VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Podsumowując: płacąc 8.90zł za samo Qurrito lub 15.50zł za zestaw z frytkami i dolewką czy nawet dokładając 1.00zł za sos – nie najecie się. Jest to danie pełne smaku BBQ, chrupania tortilli, soczystości stripesów oraz aromatu sera i głównie dla tych atrybutów można go skosztować. Jest rzeczywiście bardzo smaczne i teraz już nieco rozumiem zażartość walki o jego powrót. Pewnie najbliższe siedem tygodni będzie bardzo szczęśliwe dla wszystkich, którzy na to czekali. Dla mnie to kolejny dowód na to, że podając klientom coś smacznego za przyzwoitą cenę (nie licząc zdzierstwa w zestawie) nie pozwolimy im się najeść, ale tak to już w życiu bywa, że trzeba iść na kompromis w pewnych kwestiach a marketingowcy z sieciówek wiedzą to doskonale.

Cieszcie się ci, którzy czekali i próbujcie ci, którzy jeszcze nie spróbowali – póki czas!

Magnum Infinity

Szanuję firmę Unilever. Szanuję ich za Knorra, za Domestos, za Kasię (nie, nie Cichopek), za Lipton, za Amino…
Jest jednak rzecz za którą ich szczerze nienawidzę, nie znoszę, nie lubię.
W tym sezonie wycofali ze sprzedaży (mam nadzieję, że nie z produkcji) Magnum Infinity – symbol rozkoszy, satysfakcji i szczęścia płynących z każdego kęsa tego niewątpliwie rewelacyjnego i intensywnego produktu.

Po poszukiwaniach w różnego rodzaju marketach, sklepikach osiedlowych czy u dostawców zapasów z zeszłego roku byłem tak pełen nadziei jak skazaniec siedzący na krześle elektrycznym. Wiedziałem, że coś się skończyło, że prawdopodobnie nie wróci, że będzie mi tego brakowało do końca życia. Aż kilka dni temu na stacji Statoil przy ulicy Jana Pawła II w Radomiu natknąłem się na Magnum Infinity. Jakież było moje szczęście gdy za 5.50zł (zeszłosezonowa cena sugerowana to 4.99zł) mogłem kupić sobie wykwintne lody czekoladowe z sosem karmelowym zanurzone w wyjątkowej ciemnej czekoladzie z wiórkami kakao.
Jak głosi marketingowa mowa z oficjalnej, polskiej strony internetowej marki Algida przy ich spożywaniu należy przygotować się na czekoladową ucztę i niesamowite doznania.

Magnum Infinity zostało zamknięte w ciemnym opakowaniu z akcentami kosmicznych kolorów. W oczy rzuca się przede wszystkim matematyczny znak nieskończoności, pełniący rolę tła idealnego jak zielony ekran w filmach. Poza tym nazwa marki wypisana typową dla Magnum czcionką oraz dopisek Infinity, Chocolate&Caramel.
Czarne literki na pomarańczowym tle informują nas, że mamy do czynienia z: lodami czekoladowymi z sosem karmelowym (6%) i ciemną czekoladą (25%) z wiórkami kakao (3%). W składzie, podobnie jak na ostatnim posiedzeniu Senatu, nie odnalazłem nic godnego uwagi. Standardowe odtworzone mleko odtłuszczone, miazga kakaowa, tłuszcz roślinny, mleko w proszku i tak dalej. O dziwo Unilever nie poleca przechowywać produktu, dostarczającego nam 270kcal, w temperaturze powyżej -18*C.
Wnętrze standardowo złote z kolejnym logo Magnum. Zapach?
Już on sam jest porywający, rewelacyjny, genialny, wręcz uwodzicielski i pociągający. Jeżeli ktoś sądzi, że lody nie mogą mieć intensywnego zapachu to myli się jak Howard Webb. Niech odszuka Magnum Infinity, otworzy je, powącha a na koniec odpokutuje za grzech niedowierzania. Zdecydowane, aromatyczne kakao, przechodzące w ciemną, mocną, ale jeszcze nie gorzką czekoladę z dodatkową nutą słodkiego karmelu, który jest przełamany czymś na kształt kardamonu, cynamonu… Ciężko mi to wychwycić. Tak czy inaczej już po otwarciu opakowania odbiera mi mowę w oczekiwaniu na pierwszy kęs.Magnum InfinityI gdy tylko odgryzam pierwszą część polewy, którą oblana jest czekoladowo-karmelowa masa zahaczona na patyku z logo Magnum doznaję tego samego wstrząsu, który towarzyszył mi przy pierwszym, drugim, trzecim, czwartym, piątym… i każdym kolejnym Infinity aż do teraz. Ciemnobrązowa czekolada jest krucha jak tafla lodu po kilkustopniowym przymrozku, upstrzona wiórkami kakaowymi jak młode drzewka kolorowymi kwiatami na wiosnę. Łamię ją zębami z najwyższym pietyzmem, przyjemnością, ale przede wszystkim ostrożnością – by nic z niej się niekontrolowanie nie ułamało i nie uroniło. Dostaję złoty strzał ciemnej czekolady prosto w moje serce, ale to nie wszystko – pełni radości dopełniają wiórki kakaowe. To one dopiero dają cudowne uczucie pochrupywania mocno stężonego kakao, które nie może równać się z niczym innym. To również nie wszystko…

Puszyste, maślane, delikatne, znakomite, perfekcyjne – tak określiłbym wnętrze naszego bohatera. Smak zahaczony pomiędzy ciemną a mleczną czekoladę, gdzieniegdzie przebijający wanilią i śmietanką znakomicie współgra ze smakiem karmelu i zniewala moje kubki smakowe, które domagają się więcej i więcej. Karmel który jest bardzo słabo wyczuwalny w ogólnej kompozycji, zagłuszony rewelacyjną polewą i przebijającymi go ilością lodami, dodaje mnóstwo tego uroku i polotu, którego mogłoby tu brakować. Gdyby nie karmel byłyby to niezwykłe, ale jednak standardowe lody czekoladowo-czekoladowe.

Całość jawi się jako połączenie intensywnej, mocnej (niech zawartość 71% kakao w całym produkcie mówi sama za siebie), pysznej czekolady z kilkoma nutami (karmel, wanilia, kardamon/cynamon), które przełamując ją tworzą przecudowną, najwyższej jakości, maślano-kremową, wyborną i rozkoszną całość, którą delektuję się przy każdym kęsie i która pociągnie mnie do zakupienia Magnum Infinity za każdym razem gdy tylko zobaczę je w sklepowej zamrażarce. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być ona nieco za słodka, ale lekko gorzki smak czekolady mnie osobiście to rekompensuje.

Jeszcze dwie kwestie, nie powiem, że zanim skończę tę analizę, bo ona zgodnie z nazwą nigdy się nie kończy.
Po pierwsze: Magnum Infinity kiedyś się kończy. Tak, zdaję sobie sprawę, że smutniejszy jest tylko brak możliwości wydania reszty przez kasjerkę w Biedronce, bo kierowniczka jeszcze gotówki nie przyniosła czy brak poparcia dla partii Janusza Korwin-Mikke.
Ale wiecie co jest najlepsze? Lodówka na tej stacji Statoil ma w sobie jeszcze kilkadziesiąt sztuk Inifnity.

Roadhouse Classic

Monopoly, Monopoly… Otrzymuję przy kasie dosyć ładne kupony i tak naprawdę chodzi chyba tylko o to by przyciągnąć klientów, bo wartościowych nagród zbyt wiele nie jest.
Choć Big Maca mógłbym wygrać – byłoby mi miło jak zdrapać dwa złote na kolejną zdrapkę.
Tak czy inaczej nic nie przyciąga mnie do sieciówek skuteczniej niż nowości w ofercie, a tym razem była nią kanapka Roadhouse Classic, nazwą przypominająca niedawne Stars Of America (pol. Gwiazdy Ameryki), które przekonały mnie do siebie jak Donald Tusk swoim expose.VLUU L200  / Samsung L200Kanapka dziś około pory transmitowania Hejnału z Wieży Mariackiej w radiowej Jedynce została zaprezentowana na fanpage’u firmy McDonald’s na Fb. Wyglądem bardzo przypomina burgera New York Beef Classic. Występuje ona w ofercie sezonowej, więc niektórzy już jakiś czas temu mogli mieć okazję by raczyć się jej smakiem.

Roadhouse Classic, który został zamówiony w położonym ściana-w-ścianę ze stacją benzynową punkcie sieci McDonald’s na ulicy Wernera w Radomiu, pod stale dziś płaczącym niebem, składa się z: sezamowej bułki, dwóch soczystych kotletów wołowych, chrupiących plasterków bekonu i sera Cheddar, a do tego prażonej cebulki, sałaty i czerwonej cebuli. Nie mam pojęcia czemu nie wspomniano o sosie…
To znaczy miałem na myśli to, że przed zamówieniem tego nie wiedziałem, ale po kilku pierwszych kęsach zorientowałem się w sytuacji – o tym za chwilę.
Sama kanapka to koszt 11.90zł a McZestawu Powiększonego 19.30zł, więc jak na standardy w tej sieci, jeżeli chodzi o ceny to dosyć dużo. Do samego burgera otrzymuje się dwa kupony Monopoly a do zestawu sześć.

Kanapka na pierwszy rzut oka wygląda bardzo schludnie i smacznie. Wyżłobienia na górnej części bułki dodają jej uroku jak te chociażby na Steahousie. Wszystko jest tak szczelnie zamknięte i wysokie jak Jarosław Kaczyński, że ciężko dostrzec na pierwszy rzut oka to co znajduje się w środku. Roadhouse Classic wyróżnia się zapachem spośród innych kanapek jak kolejna sztacheta w płocie – lekko słodki aromat ciepłej, tostowanej bułki z nutą tego co w środku, głównie odpowiednio spreparowanej wołowiny – czyli to czym pachnie większość burgerów w sieciówkach.
Bułka to ten sam produkt, który znamy/nie znamy z New York Beef Classic i Steahouse’a. Dosyć miękkie, ale suche sezamowe pieczywo, które mi osobiście smakuje. Tym razem trafiłem na jej niespłaszczoną, pulchną jak Magda Gessler wersję. Boczek (ups, bekon) jak zwykle określany mianem chrupiącego przez marketingowców po raz kolejny taki nie jest. Tym razem lekko gumowaty, ale wystarczająco miękki, nie dominujący w smaku kanapki, choć wyczuwalny. Posiada dosyć wyraźny aromat dymu wędzarniczego i smak wieprzowiny uwypuklony przez podsmażenie połączone z uprzednim soleniem. Oba, zaopatrzone od spodu w ser cheddar, burgery są soczyste jak orzechy kokosowe z zewnątrz. Standardowo łykowate, lekko doprawione i jedyne co wnoszą do kanapki to konkretną dawkę białka i kalorii niestety nie idące w parze ze smakiem. Do sera jak zazwyczaj nie mam zastrzeżeń – odpowiednio roztopiony, smaczny, o wyrazistym aromacie, niestety gdzieś zagubiony w całym Roadhousie z powodu innych składników. Czerwona cebula tym razem mnie zawiodła – zawsze mówiłem o niej jako o cudownym dodatku, który dodaje uroku, kolorytu, ale nie zagłusza tego co najważniejsze – w tym przypadku czerwona cebulka nie była delikatna, była jak z piekła rodem i bardziej przypominała jej białą krewniaczkę niż samą siebie. A propos krewniaczek cebuli – tej prażonej zabrakło przebicia. Zalana sosem nie potrafiła rozwinąć skrzydeł swego aromatu oraz chrupkości a szkoda. Jednym co najgorsze w tej kanapce to sałata – miękka, wątła, o mocno zielonym kolorze, przygaszona atakiem wysokiej temperatury zafundowanym przez burgery. Zielone placki tej oklapniętej roślinki sprawiały, że musiałem wyglądać jak postać z obrazu Krzyk Edwarda Muncha, gdy tylko ujrzałem jaką zbrodnię na niej popełniono. I tak przeszliśmy do sedna, ale nie w tym pozytywnym kontekście – sos.
Czy ktoś w McDonald’s zdaje sobie w ogóle sprawę jak wszystko można spartolić kładąc na spód takiej kanapki z konkretną ilością mięsa tak dużą ilość śmietany zmieszanej z majonezem i tonami pieprzu?
Bo w mojej opinii nie dało się tego zepsuć bardziej a z perspektywy spożywającego ten sos nadaje się najlepiej do smarowania jajek ugotowanych na twardo a nie serwowania w burgerach za kilkanaście złotych.
VLUU L200  / Samsung L200Ogółem w smaku wybija się ostra czerwona cebula oraz niezbyt wyraziste burgery i boczek z lekkim dodatkiem aromatu cheddara. Tak jak atmosferę na wycieczce szkolnej psuje zwracające dziecko tak tu wszystko psuje smak sosu na finiszu.
VLUU L200  / Samsung L200Jak wspomniałem wyżej prażonej cebulki nie wyczuwam niemal w ogóle ani w strukturze ani w smaku burgera a o sałacie wolę nie wspominać.

Podsumowując kanapka Roadhouse Classic, oferowana od kilku dni sezonowo w McDonald’s, jest jednym z najbardziej sycących produktów tej sieci jaki kiedykolwiek jadłem. Brakuje jej jednak polotu, który mógłby zapewnić smaczniejszy, bardziej wyrazisty sos czy lepszej jakości burgery (tak, wiem – wołowina z przedniej ćwiartki)… Mimo tych wszystkich minusów kanapkę uznaje za prawidłowo zestawioną i zjadliwą. Nie odniosłem wrażenia, że jem ją jedynie na zasadzie zapchania żołądka i gdyby nie sos, byłbym dużo bardziej zadowolony po jej spożyciu.
Jeżeli ktoś jeszcze nie próbował, ma zamiar zasycić się jakimś produktem w McDonald’s czy po prostu chce zdobyć dwa kolejne kupony Monopoly to polecam właśnie tę kanapkę.