Żarcie na Kółkach

Dnia 29.09.2103r. odbyła się druga edycja festiwalu FoodTrucków Żarcie na Kółkach pod kryptonimem zakończenia sezonu foodtruckowego. Oczywiście wiele z foodtrucków tam obecnych działa i będzie działało dłużej, ale kolejna edycja imprezy odbędzie się prawdopodobnie dopiero wiosną przyszłego roku.
Sądzę, że do Waszej wyobraźni, drodzy Czytelnicy bardziej przemówią zdjęcia niż moje słowa, więc postanowiłem stworzyć małą fotorelację z tego co zaobserwowałem, zarejestrowałem i skosztowałem.

Cały festiwal trwał od godziny 12:00, osobiście byłem tam od samego początku do godziny 17:30 i powiem szczerze, że z minuty na minutę przybywało osób, które przyszły, przybiegły (dzień maratonu) czy przyjechały by skosztować smakołyków przygotowywanych przez ponad dwadzieścia FoodTrucków. Całość planowo miała zostać zamknięta o 20:00 – jak było w rzeczywistości nie mam pojęcia.

Na początek, w sumie losowo, podeszliśmy do dwóch samochodów z pożywieniem, które stały obok siebie a ich właściciele bardzo żywo ze sobą dyskutowali. Jednym z nich był Roots Food Truck, który wygląda tak:VLUU L200  / Samsung L200

Wraz z towarzyszką spożywania spożyliśmy w nim znakomite Philly Cheese Steak (18zł) ze świetną, choć nieco nie w moim guście przyprawioną i twardą wkładką mięsną oraz przepyszną grillowaną papryką – obficie polany sosem serowym, który wprawiał kubki smakowe w stan euforii.VLUU L200  / Samsung L200

Kolejno zajrzeliśmy do ustawionego obok Wheel Meal by spróbować osławionej chimichangi (15zł).
Chimichanga to rodzaj pieroga z farszem mięsnym – zostaliśmy poinformowani, że ta z Wheel Meal to kurczak długo gotowany w niskich temperaturach, ryż i fasola z przyprawami, zawinięte w pszenny placek (produkowany przez Meksykankę w Polsce) i wrzucone na fryturę. Wydało się to bardzo interesujące, oto co znaleźliśmy w środku:

VLUU L200  / Samsung L200

Niestety, chimichanga okazała się jedynie porządnym zapychaczem – ryż i fasola zrobiły swoje, kurczak odpowiednio smaczny, choć ja osobiście za gotowaną jego wersją nie przepadam. Pszenny placek po kontakcie z fryturą stał się jedynie osłoną dla wnętrza, która nawet z dosyć smacznym średnim sosem ciężko przechodziła przez moje gardło.

Na przeciwko ustawiony został Grillobus, w którym towarzyszka spożywania zamówiła dosyć taniego (13.00zł), standardowego burgera z ketchupem i warzywami w postaci cebuli, sałaty i pikli. VLUU L200  / Samsung L200

Za te pieniądze nie jadłbym burgerów nigdzie indziej – smaczna bułka posypana sezamem, klasyczny dodatek w postaci ketchupu, chrupiące warzywa i konkretny, niezbyt mocno przemielony burger z mięsa wołowego – polecam.

VLUU L200  / Samsung L200
VLUU L200  / Samsung L200

Po chwili przyszedł czas na pierwsze w to popołudnie latte (13.00zł) i herbatę (6.00zł) – wybór padł na Na Rowerze Cafe gdzie otrzymaliśmy informację, że syropy przez nich używane jako jedyne na Świecie mają atest dopuszczonych do spożywania dla wegan. Dodatkowo skusiliśmy się na muffinkę (6.00zł), wypiekaną przez zaprzyjaźnioną piekarnię. VLUU L200  / Samsung L200To było najlepsze latte w moim życiu – odpowiednio mocne a jednocześnie niepozbawione delikatności ze świetnie wyczuwalnym, lecz nieprzytłaczającym syropem.

VLUU L200  / Samsung L200 Muffinka okazała się nieco mniej wilgotna niż tego bym sobie życzył (wolę te o konsystencji typowego brownie), ale z kawą i standardową, aromatyzowaną herbatą marki Lipton komponowała się doskonale.

VLUU L200  / Samsung L200

Następnie przyszedł czas na gości z Trójmiasta – tak, dokładnie, Surf Burger przyjechał do Stolicy prosto z Gdańska, a że słyszałem o nich wiele pochlebnych opinii byłem wręcz zmuszony skonfrontować ich burgera z moim podniebieniem.

VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Kolejki stawały się coraz dłuższe, więc po tym jak wybór padł na ich standard czyli Special Burger (18.00zł), zostałem poinformowany, że będę musiał odczekać około 20-30 minut. Kolejną smutną informacją był brak Fritz-Koli – to znaczy była, ale foodtrucki nie mogły sprzedawać napojów co oczywiście miało związek z chęcią generowania zysków przez dwa pobliskie lokale nadwiślańskie.

Średnio wysmażony, porządny kawałek mięsa, w otoczeniu trzech rodzajów sałat, smacznego, ale nieprzytłaczającego sosu bbq, ogórka kiszonego, pomidora i sera Cheddar w nieco rozwalającej się bułce nie zrobił na mnie dużego wrażenia – był po prostu smaczny, ale popełniłem pewnie błąd przy wyborze, gdyż szukając mocniejszych doznań mogłem sięgnąć po burgera karmelowego z norweskim, podpuszczkowym serem karmelowym – przy najbliższej okazji nie przepuszczę.

Do burgera dokupiłem Chai Mate, którego brakowało do pełnej kolekcji spróbowanych produktów marki Wild Grass – recenzję tego produktu uzupełnię w odpowiednim czasie.

VLUU L200  / Samsung L200

Kolejny skalp na mojej burgerowej ścieżce zdobyłem w foodtrucku Dobra Buła.

VLUU L200  / Samsung L200

Pomijając propozycje bardziej wyszukane (jak choćby ich burger z avocado) zatrzymałem się przy produkcie dosyć klasycznym, którym był BekoBurger (23.00zł) czyli burger z bekonem i serem. VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Powiem szczerze, Dobra Buła zasługuje na swą nazwę w stu procentach – ich bułka była najznakomitszą burgerową bułką jaką dotychczas spożywałem – miękka, lekka, aromatyczna, doskonale trzymająca całość, nierozpadająca się, nieprzeciekająca, jednocześnie konkretna i nieodbierająca palmy pierwszeństwa wnętrzu.
A tam znalazł się: sos Aioli – dosyć rzadki, ale jakże podkreślający smak mięsa, świeża sałata, ogórek kiszony przekrojony wzdłuż co sprawiło, że spożywałem go bez problemów związanych z wypadaniem, znakomity, chrupiący plasterek czerwonej cebuli – odpowiednio delikatnej, lecz niepozbawionej ostrości, najsmaczniejszy boczek znaleziony przeze mnie w burgerze – niezbyt cienki, niezbyt tłusty, niezbyt słony, pełen smaku, dodatkowo zwarty i słusznych rozmiarów plaster pomidora, świetnie komponujący się ser i gwóźdź programu czyli burger z wołowiny rasy Red Angus – tak jak sobie życzyłem średnio wysmażony, bardzo soczysty, nieprzesadnie przyprawiony a przede wszystkim zachęcający wyglądem.

VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200Jako całość BekoBurger prezentował się znakomicie a smakował jeszcze lepiej.
Miałem pisać krótko, ale Dobra Buła mnie po prostu urzekła swą bułką z własnego wypieku, interesującymi propozycjami i burgerami smażonymi na grillu lawowym, więc wybaczcie, drodzy Czytelnicy, musiałem.

Tym razem na stoliku obok burgera wylądował napój Chai Cola marki Wild Grass.

Przyszedł czas na kolejną herbatę i latte – tym razem oba napoje nabyłem w Bike Cafe – herbata to standard a latte z syropem orzechowym było po prostu smaczne, choć wolałbym w nim znaleźć większą ilość syropu.

VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200Gdy ja zamawiałem ciepłe napoje, towarzyszka spożywania ustawiła się w niemal 20 minutowej kolejce do czegoś co intrygowało mnie od czasu recenzji Żorża na Street Food Polska czyli Co Ja Ciacham?

VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200

Ciastka z Co Ja Ciacham? to zawijane a następnie wypiekane na drewnianym wałku ciasto drożdżowe, które po zdjęciu układa się w kształt sprężynki. Food truck oferuje ciastka zarówno słodkie (Nutella, cynamon, słodka posypka) jak i wytrawne (szynka, ser oliwki na przykład). My z racji tego, że dań wytrawnych mieliśmy już dosyć jak w Stolicy mają dosyć Hanny Gronkiewicz-Waltz wybraliśmy standard z kremem orzechowym Nutella.

VLUU L200  / Samsung L200Ciastko jest świetne – podane w folii, jeszcze cieplutkie, miękkie niemal na całej rozciągłości, nie licząc skórki, która jest tylko troszeczkę twardsza niż wnętrze. Cienką spiralkę chyba najwygodniej po prostu się rwie na mniejsze kawałeczki i spożywa.
Ciasto po upieczeniu staje się puszyste, ale jednocześnie dosyć zwarte jak na ciasto drożdżowe – jakby ktoś nie pozwolił mu zbytnio wyrosnąć – i dobrze, bo taka forma jest znakomita. 

VLUU L200  / Samsung L200

Kolejka długości maratonu przy Soul Food Bus, zniechęciła mnie skutecznie, choć miałem wielką ochotę na ich specjały.

VLUU L200  / Samsung L200Dużo krótszy okazał się za to czas oczekiwania przy najdłuższym (czujecie ten kontrast, drodzy Czytelnicy?) foodtrucku w Polsce czyli 9m olbrzymie Cheeseburger Slow Food, w którym oprócz grilla i kuchenki znajdziemy na przykład trzy bemary (aktualnie jeszcze nieuruchomione, ale w przyszłości podgrzeją pewnie niejedno danie) i podgrzewaną ladę.

VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200 VLUU L200  / Samsung L200Zamówiony przez mnie burger Salsa Cheese zawierał: bułkę, patty, jeden z czterech serów do wyboru (pleśniowy Rokpol, Mimmolette, Ementaler, Cheddar), mieszankę rukoli oraz sałaty lodowej, pomidora, pikle, cebulę i świeży sos salsa prosto od ekipy trucka.
Burger podany na tacce ze spienionego polistyrenu wraz z żółtą serwetką na wypadek gdybyśmy mieli zamiar jeść jak małe dzieci (co często z resztą czynię z najwyższą przyjemnością) przede wszystkim prezentował się znakomicie w blasku słońca zmierzającemu ku zachodowi. Jeżeli pragniecie zdjęcia idealnie złożonego, zachęcającego barwami burgera to właśnie o tej porze wybierzcie się na ulicę Przeskok w Warszawie. VLUU L200  / Samsung L200Kontynuując kwestię wyglądu ten burger jest po prostu inny – może wpływ na to mają amerykańskie doświadczenia ekipy CHSF? 
VLUU L200  / Samsung L200Świetnie (właściwie na naszych oczach) zgrillowana, z dosyć chrupiącą skórką bułka, choć nie największych rozmiarów, jest szersza od tego co znajduje się między jej dwiema połówkami a tam: świeży pomidor, który jakoś mnie nie zachwycił, plaster pociętego wzdłuż ogórka nadawał octowego, ale nieprzesadzonego aromatu, czerwona cebula jak zazwyczaj była dla mnie dodatkiem najważniejszym – tym razem nieco ostra, dodająca burgerowi animuszu. Sos Salsa niestety zawiódł – czuć było świeżość, nieco ziół, ale zabrakło według mnie zwartości konsystencji i delikatnej pikantności, którą obiecano gdy zamawiałem burgera. Mięso znakomicie przyprawione (nieprzesadnie, ale tak by wydobyć w nim to co najlepsze) – soczyste, mimo tego, że tak jak sobie tym razem zażyczyłem było mocno wysmażone.

VLUU L200  / Samsung L200Całość burgera oceniłbym bardzo wysoko – za burgerem z foodtrucku Dobra Buła słusznie uplasowałby się na drugim miejscu tego popołudnia.

VLUU L200  / Samsung L200

Po odczekaniu u Mr. Q.Beck na podgrzanie wody i ostatnie tego dnia latte (11.00zł) (tym razem syrop czekoladowy), które swoją drogą okazało się bardzo smaczne, choć w mojej opinii nieco zbyt delikatne, namówieni przez Żorża, stawiając opór nadciągającemu, wieczornemu zimnu stanęliśmy w kolejce do Jakie Taco? by skosztować ich quesadilli tak przez niego chwalonej oraz sławnego sosu o wdzięcznej i wiele mówiącej nazwie WypalaczVLUU L200  / Samsung L200

Żarcie Na Kółkach (56)Quesadillę z chorizo i jalapeno wzięliśmy już na wynos, sos zapakowano nam w mały pojemniczek i tak zakończyliśmy naszą kulinarną przygodę tamtej niedzieli.
Samo danie bardzo smaczne – odpowiedniej jakości ser skleja dwa placki, które swoją drogą niczym specjalnym nie zachwycają (ale tak naprawdę czym ma zachwycać tortilla?), cebula lekko zmiękczona ale nie na tyle by przestać chrupać, chorizo mało paprykowe i dla mnie osobiście nieco zbyt słone za to jalapeno idealnie kwaskowate i pikantne. Jako całość quesadilla z chorizo od ekipy Jakie Taco? stała na dobrym choć nie najwyższym poziomie. Klasę wyżej był sos, który podobno ma w sobie nieco ananasa, pomidorów i przypraw. Jego smak to początkowa owocowo-warzywna słodycz przeistaczająca się w piekący (tak, nie ostry, nie pikantny – piekący) finisz. Znakomity.

VLUU L200  / Samsung L200

Cóż powiedzieć? Chciałoby się spróbować wszystkiego co siła wyższa w postaci Organizatorów sprowadziła na ten kawałek ziemi – niestety, brak czasu a z czasem i brak miejsca w przewodzie pokarmowym.
Wszystko co spróbowałem było pożywieniem wysokiej jakości, świeżym, smacznym i niewywołującym problemów żołądkowych (mimo, że mało tego nie było).
Chciałbym podkreślić świetną organizację (nie tylko ogarnięcie miejsca, DJ’ów, ale całe zaplecze – toalety, kosze) z jednym zgrzytem w postaci zakazu sprzedaży napojów przez foodtrucki – bardzo, bardzo chciałem spróbować napojów takich jak Fritz-Kola czy Africa-Cola, niestety nie miałem takiej możliwości.

Z tych których nie spróbowałem byli:

Bobby Burger VLUU L200  / Samsung L200
Beef’N’Roll VLUU L200  / Samsung L200
– Foodwózek / Marrakesh
– Lodolandia VLUU L200  / Samsung L200
Meat Me Sandwiches VLUU L200  / Samsung L200
Meet Meat VLUU L200  / Samsung L200
Mr.Grill VLUU L200  / Samsung L200
Pasta Mobile VLUU L200  / Samsung L200
Pasta ale Jazda VLUU L200  / Samsung L200
Pizza Z Żuka VLUU L200  / Samsung L200
Ricos Tacos 
VLUU L200  / Samsung L200
Soul Food Bus VLUU L200  / Samsung L200

TamKafe VLUU L200  / Samsung L200
Wurst Kiosk VLUU L200  / Samsung L200
Zapiekanka Snack Bus VLUU L200  / Samsung L200

VLUU L200  / Samsung L200VLUU L200  / Samsung L200To co najbardziej rzuca się w oczy to zajawka, serce i dusza, którą osoby z foodtrucków pompują w pożywienie u nich sprzedawane, każdy jest uśmiechnięty, prezentuje indywidualne podejście do klienta (może to banał, ale chciałbym by takie podejście prezentowano w wielu innych miejscach) – gdybym tylko miał taką możliwość stałbym przy każdym trucku po kilka godzin i rozmawiał z ich obsługą czy właścicielami (często to te same osoby po prostu) o ich poglądzie i doświadczeniach związanych z foodtruckami. Żarcie Na Kółkach (54)

Żarcie Na Kółkach (55)VLUU L200  / Samsung L200Wypatruję już wiosny i kolejnego zjazdu z cyklu Żarcie Na Kółkach.

P.S. Gdybyście, drodzy Czytelnicy zauważyli jakikolwiek błąd, dajcie znać – tekst jest dosyć długi, a niemal wszystko pisane z pamięci.

Reklamy

Lay’s Deli(cious)?

Od chwili gdy Frito Lay Poland ruszyło z kampanią reklamą (zdecydowanie mniejszy rozmach niż nieco nieudane Lay’s Max) dotyczącą nowej, limitowanej serii chipsów zastanawiałem się skąd ta nazwa? Lay’s Deli – czyż może to być skrót od angielskiego słowa delicious, które słusznie kojarzy się z naszymi delicjami – czyli czymś przepysznym, wręcz rarytasem w swej kategorii? Może to jednak powiew orientu pochodzący od nazwy New Dehli czyli stolicy Indii. Tylko gdzie tu orient? Słodkie Tajskie Chilli jeszcze mógłbym pod tę kategorię podpisać, ale Pomidorki Cherry rosną u Babci Janinki w ogródku a Ser z Żurawiną to świetna przekąska serwowana w Zakopanem – także mniej w tym orientu niż w tureckich dywanach spod Bydgoszczy. Być może chodzi o deli co z angielskiego znaczy garmażeria, ale smaki nie odzworowują gotowych potraw. Przykładów tego typu skojarzeń znalazłbym na pewno więcej niż Jerzy Kryszak włosów na głowie. Bez rozstrzygania tej kwestii w mej głowie i na blogu, gwoli ścisłości należy wspomnieć, iż Lay’s Deli to trzy nowe smaki w limitowanej ofercie prezentowane stopniowo, od około 15. sierpnia. Alfabetycznie je wymieniając: Pomidorki Cherry(515kcal/100g), Ser z Żurawiną(518kcal/100g), Słodkie Tajskie Chilli(519kcal/100g). Swoje trzy paczki zakupiłem w sklepie MarGo, płacąc 4.80zł za każde 145g opakowanie. W sprzedaży dostępne są również paczuszki 28g smaku Słodkie Tajskie Chilli. Analizując, postąpię jak przy ustalaniu listy wyżej, więc zacznę od pomidorków:

Pomidorki Cherry: jak wspomniałem wyżej, uważny Czytelniku pomidorki cherry czy koktajlowe rosną w ogródku Babci Janinki. Babcia Janinka ceni je za słodki, intensywny, pełny smak dojrzałych pomidorów i formę – pomidory małych rozmiarów pokrojone na ćwiartki świetnie prezentują się w sałatkach.
A jak wypadają Pomidorki Cherry produkowane przez Frit Lay Poland?
145g paczka z deską Lay’s, na której leży kilka dojrzałych i kilka mniej dojrzałych pomidorów otwiera się jak to zwykle bywa przy opakowaniach tego producenta bez najmniejszych problemów. Zaglądając do środka wita nas blask folii aluminiowej, której dwa płaty, hermetycznie zamknięte, utrzymują dla nas zapach i smak przekąski jaką są pokrojone w cienkie plastry ziemniaki, usmażone na mieszance olejów: palmowego i słonecznikowego, przyprawione: cukrem, octanami sodu, glutaminianem monosodowym, maltodekstryną pszenną, kwasem cytrynowym i zabarwione ekstraktem z papryki.
Zapach, którym witają nas Pomidorki Cherry to mocna, dosyć ciężka ketchupowa nuta i właściwie nic więcej. Smak to ketchupowo-pomidorowa baza z dobrze wyczuwalnym aromatem tradycyjnej zupy pomidorowej przygotowanej na konkretnym wywarze i z użyciem (przecieru z) świeżych pomidorów. Nie są zbyt słone i odpowiednio kwaśne.
Smak bardzo przypomina mi ketchupową odsłonę Lay’s Stix czy chipsów Hyper, produkowanych przez Lay’s po przejęciu Star Foods – w mojej opinii w tym przypadku Lay’s poszło po linii oporu mniejszej niż Niemcy w inwazji na Norwegię w 1940 roku, co nie zmienia faktu, że otrzymujemy smaczne chipsy o smaku po prostu ketchupowym.VLUU L200  / Samsung L200

Ser z Żurawiną: ta wersja Deli to smak, który bezsprzecznie przywodzi skojarzenia z oscypkiem czy pizzą Górlaską dostępną w ofercie sieci pizzerii Dominium. Chwilkę po zauważeniu braku daty przydatności do spożycia w lewym górnym rogu opakowania, towarzyszka spożywania otworzyła paczkę i nasze receptory węchowe zostały poczęstowane bardzo przyjemnym, po części uderzającym lekkim smrodkiem (podobny do Cheetos Ser) aromatem sera, który (być może podświadomie) od razu skojarzył mi się bardziej z grillowanym oscypkiem niż zwykłym, żółtym serem w bloku. W tle krąży nuta czegoś słodkiego i lepkiego – skojarzyła mi się z frużeliną. Struktura chipsów nie mniej satysfakcjonująca niż wyniki oglądalności para-serialu Miłość na Bogato emitowanego przez telewizję VIVA – zdecydowanie twardsze i podobnie chrupiące do standardowej linii Lay’s. W mojej opinii ziemniaki z których je wykrojono zawierają więcej skrobi niż te z których chipsy Lay’s produkowano wcześniej. Kolor to blada a miejscami półprzezroczysta żółć ziemniaka z zaróżowieniami wynikającym ze zrównoważonego jak rozwój Warszawy i Grudziądza oprószania przyprawami. A propos przypraw: w składzie nie znajdziemy nic interesującego, choć brak wzmacniaczy smaku uznałbym za spore zaskoczenie – maślanka i mleko w proszku nadają smaku sera a sproszkowana żurawina odpowiada za odwzorowanie samej siebie. Smak to przede wszystkim nieco skarpetkowa nuta sera i słodka, owocowa nuta – przełamane lekką kwaskowatością, która jednak nie występuje równomiernie w całej kompozycji. Świetne odwzorowanie i przyjemny smak. Bardzo intensywny jak na brak wzmacniaczy pokroju glutaminianu sodu a co za tym idzie brak umami. Chipsy dzięki temu wydają się być lżejsze i mniej tłuste. Polecam.VLUU L200  / Samsung L200

Słodkie Tajskie Chilli: to ostatni smak z edycji Deli, który przyszło mi testować. W teorii ma on za zadanie odwzorowywać smak sosu sweet thai chilli, który ma dwojakie oblicze – na początku raczy przyprawioną słodyczą by na finiszu zaatakować odpowiednia ilością kaspaicyny czyli alkaloidem odpowiedzialnym za ostry smak papryczek chilli. To taki cwany lis w owczej skórze, który znakomicie komponuje się z kurczakiem z Twojego kurnika czy krową z zagrody (oczywiście po uprzednim przygotowaniu).
We Frito Lay Poland chyba skrupulatnie zabrali się za przepis na prawdziwy sos gdyż w składzie mamy: cebulę,pietruszkę, pomidor i czosnek – wszystkie w wersji bezwodnej i zmielonej (czytaj: sproszkowanej). Tajemniczy jak wnętrza sklepów marki Hollister termin przyprawy oraz wzmacniacze smaku (a wśród nich: glutaminian monosodowy i 5′-rybonukleotydy disodowe). Barwnik to już tradycyjny ekstrakt z papryki, którego na chipsach niemal nie widać a wszystko potraktowane solą i cukrem (niemal jak po staropolsku).
Zapach to główna i właściwie jedyna nuta głuchego, mało korzennego pieprzu – nie urozmaicona czy też nie zakłócona niczym innym.
Po pierwszych gryzach smak okazuje się wypadkiem przy pracy pokroju ostatniej katastrofy kolejowej pod Santiago de Compostela – na początku czujemy lekką słoność, następnie cukier a na koniec coś ostrego. Wszystko w porządku i w odpowiedniej kolejności, ale każdy z tych smaków jest zwykły i wręcz papierowy – jak narysowany Magicznym Ołówkiem Piotrka a jednak nieożywiony. Słony bierze się z soli, słodycz z cukru a smak ostry z fragmentów chilli tam dorzuconych, choć bardziej smakują one jak zmiażdżony pieprz – brakuje tu przestrzeni na spojenie całości za pomocą innych, bardziej tajskich aromatów. Cała kompozycja współgra tak dobrze jak The Cinematic Orchestra współgraliby z Dodą i jej wsparciem w postaci zespołu Virgin.
Niestety, najsłabszy smak ze wszystkich trzech – jestem w stanie go zjeść, ale zwyczajnie mi nie smakuje.VLUU L200  / Samsung L200

66.6(6)% tej serii jest udane jak Centrum Nauki Kopernik. Kolejne 33.3(3)% niestety już mniej, co nie zmienia faktu, że Frito Lay Poland w swoich flagowych Lay’sach pokazuje, że jest dosyć mocne jeżeli chodzi o edycje limitowane (wcale nie oznacza to, że standardowa linia jest słaba) i nieco odbija się po klapie jaką okazały się Lay’s MAX. Polecam szczególnie Ser z Żurawiną, Pomidorki Cherry to idealna propozycja dla fanów kanapek z ketchupem czy frytek z tym para-dressingiem. Słodkie Tajskie Chilli rekomendowane dla osób lubiących mieszanki soli, cukru i ostrych przypraw bez żadnego powiązania.

Crunchips – Grillowany Stek & Sos Teksański

I po raz kolejny BBQ i po raz kolejny Teksas… Czy BBQ to Teksas czy Teksas to BBQ?
Sam już nie wiem… Do tego bezsensowne określenie Tugeza w które Lorenz-Bahlsen brnie już drugi sezon…

Pierwszą paczką tugezowych chipsów od marki Crunchips jakie spożyłem był smak Ser-Czosnek i ta firma ma szczęście, że nie miałem zamiaru ich opisywać – może jeszcze jakaś grupa nieświadomych osób skusi się na tę wątpliwą jak picie octu przyjemność.
Pod koniec stycznia tego roku Crunchips wprowadził nowy tugezowy smak, którym okazał się być Grillowany Stek & Sos Teksański.
Sezon grillowy rozpoczęty już w styczniu? Czy to aby dobry pomysł?
I czy w ogóle już wszyscy nie mają dość tego wszędobylskiego Teksasu a przede wszystkim sosu BBQ?
Ja na pewno nie, więc nareszcie zabrałem się do kosztowania tych chipsów.VLUU L200  / Samsung L200

Otwierająca się bez problemów paczka zachęca do zakupu amerykańskimi barwami (wyłączając biel) oraz napisanem Edycja Limitowana na szeryfowej gwieździe, zaczepionej na kowbojskim pasku.
Na pierwszym planie dwa konkretne, wołowe steki, które nie mają anoreksji, awersji do przypraw czy grafików komputerowych. Przed nimi biała miseczka bordowego sosu BBQ z ciemnoczerownym logo zwykłego SteakHouse’a, w które wkomponowano łeb rogatego zwierzęcia. Z tyłu srebrne tło, na którym zielone literki przekażą nam od kiedy nie możemy już jeść tych chipsów, że jest to wersja 140g, opowiedzą nieco o ich składzie i pochodzeniu. Przede wszystkim ujawniają jednak to co w Tugezie najbardziej interesujące, że są to: chipsy ziemniaczane dwustronne: faliście i gładko krojone.
Rzeczywiście chipsy te z jednej strony sa jak X-Cuty, a z drugiej jak zwykłe, gładkie ziemniaczane przekąski, co sprawia, że miejscami są tak cienkie, że pękają podczas smażenia, aczkolwiek większość zachowuje swoją nienaruszoną formę i bardzo mocno chrupie. Nie ma wśród nich zbyt wielu dużych plastrów ziemniaka, ale może dzięki temu mała część jest połamana lub ułomna jak gra aktorska w latynoskich telenowelach. Z drugiej strony większa część posiadała skazy w postaci zaciemnień na krańcach – może to powody dla których kupiłem je taniej?
A propos ceny to tę paczkę nabyłem w sklepie sieci Żabka w Radomiu na ul. Żeromskiego za 3.49zł i spożyłem w samolocie linii WizzAir na trasie z Warszawy (Chopina) do Londynu (Luton). Zazwyczaj jednak chipsy tej marki można nabyć za cenę od 4.00zł do 5.00zł – czasem sięgającą nawet wyżej.
Przez zmianę ciśnienia na pokładzie samolotu chipsy rozrosły się jak Ciotka Marge w trzeciej części przygód Harryego Pottera co obrazuje zdjęcie.

Tuż po otwarciu w nozdrza uderza bardzo intensywny zapach dymu wędzarniczego. Chwilkę wąchałem nieco mocniej i oprócz tego aromatu udało mi się wyczuć bardzo nikłą nutę przypraw – głównie papryki. Może dlatego, że jest głównym barwnikiem? Choć tak naprawdę ciężko w to uwierzyć, bo chipsy mają barwę naturalną jak Almette z reklamy.
W smaku wyczuwalne delikatne umami, mnóstwo sosu BBQ czyli aromat dymu wędzarniczego oraz przyprawy, niemal w ogóle nie do wychwycenia nuta mięsna, która błądzi i gubi się między innymi smakami. Chipsy nie są słone jak Morze Martwe, ale w mojej opinii i tak nieco w tym aspekcie przesadzono.VLUU L200  / Samsung L200Ogólnie rzecz biorąc nie takiego smaku się spodziewałem, a sam zapach i słony smak dymu, kojarzący się bardziej z pogorzeliskiem niż wędzarnią niezbyt mnie satysfakcjonował. Ledwie co wyczuwalna nuta przypraw zagłuszona aromatem dymu jak megafonem Związków Zawodowych nie jest w stanie niczego uratować. Mimo, że nikt nie wspomniał o tym na opakowaniu to jestem pewien, że w trakcie produkcji tych chipsów nie ucierpiała żadna sztuka bydła – smaku steku czy wołowiny znajdziecie tam tyle co złota na krańcu tęczy.

Polecam spróbować, ale ostrożnie – jedna paczka na pięć osób (ja musiałem zjeść je sam, więc wiem co mówię). Szczególnie rekomenduje je tym, którzy aspirują do bycia strażakami – łatwo dzięki nim zacząć oswajać się z dymem.

Bardzo, bardzo drogie kanapki.

Charley’s – od niemal dwóch tygodni ta nazwa przyciągała moją uwagę i w myślach wypowiadałem ją bardzo często. Gdy tylko dowiedziałem się, że amerykańska sieć zarzuciła swe macki aż do Polski i otworzyła pierwszą restaurację w kraju (Blue City, Warszawa), mając w najbliższych planach kolejne (jedna z krakowskich galerii) czekałem na nową erę w serwowaniu sandwiczy i sporą konkurencję dla Subway’a, który niczym mnie nigdy nie zachwycił i bywam tam niezmiernie rzadko.

Ceny kanapek kształtują się na różnym poziomie. Za wersję Small zapłacimy od 13.00 do 17.00zł, za Regular 18.00 lub 19.00zł a za opcję XXL około 24.00zł. Do wyboru są też Wrapy (każda wersja kanapki może stać się Wrapem) – około 15.00zł. Do tego dodatki w postaci frytek z serowym sosem i zestawy czyli napój (400ml) i frytki wypełniające 300ml kubek.
Sądząc po cenach i biorąc pod uwagę, że jest to wytwór amerykańskiego marketingu (co widać na każdym kroku po zabawnych grafikach i tekstach ozdabiających sobą ich stronę internetową czy punkt w Blue City) spodziewałem się niezłego pożywienia w odpowiednich ilościach lecz z pewną dozą ostrożności. Powodowana ona była doświadczeniami, które podpowiadały, że nie zawsze za przyzwoite pieniądze można się najeść (pamiętna Shoarma w Sphinxie sprzed kilku lat w Galerii Kazimierz w Krakowie gdzie zapłaciłem ponad 20.00zł a otrzymałem smaczne sosy, nie więcej niż 150g spieczono-przypalonego mięsa i trochę frytek).

Wracając do samego Charley’sa. Jest to amerykańska sieć serwująca głównie sandwicze z wołowiną i kurczakiem działająca na zasadzie franczyzy. Posiada ponad 400 punktów w niemal 50 krajach.
Jak wspomniałem wyżej, uważny Czytelniku, pierwszy punkt w Polsce został otwarty pod koniec maja tego roku w Blue City przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Zastąpił jedną z restauracji w segmencie żywieniowym tamtejszej galerii.
Polska strona internetowa ma ruszyć lada dzień od kilku tygodni. Tak czy inaczej menu jest niemal identyczne z tym co widnieje na stronie amerykańskiej.
Od początku zainteresowały mnie dwie wersje kanapek, których postanowiłem spróbować: standardowy Philly Cheesesteak (521 kcal) oraz azjatycki jak piosenkarze K-Pop Chicken Teryaki (522 kcal). Towarzyszka spożywania wybrała bardziej śniadaniową opcję czyli Chicken Bacon Club (570 kcal). Przed decyzją zostaliśmy poczęstowani fragmentem sandwicza na wykałaczce, którego smak naprawdę zachęcił nas do podjęcia zamówienia.

Do każdej kanapki można dobrać mnóstwo składników dodatkowych, które wliczone są już w cenę sandwicza – ogórek, pomidor, papryczki jalapenos, sałatę i mnóstwo innych warzyw oraz niemal dziesięć rodzajów sosów z których zapamiętałem jedynie ten Tysiąca Wysp (na którego temat już kiedyś się rozpisywałem). My, chcąc skosztować standardów do naszych kanapek dobraliśmy jedynie pomidora, ogórka oraz sałatę – nieco bardziej kolorowo i zdecydowanie zdrowiej. Do tego jeden zestaw z frytkami i dla obojga napoje (cola w oryginalnym kubku z mała ilością lodu).
Gdy przeszedłem od stanowiska przyjmowania zamówienia, mijając po drodze kogoś na kształt kucharza, podgrzewającego wydzielone porcje pożywienia, które ma znaleźć się w naszym pieczywie, do stanowiska wydawania, przeraziłem się. I to nie na żarty. Raczej nażarty to stamtąd nie wyjdę… Kanapki w wersji Regular, które wybraliśmy mają długość 30% bagietki z E.Leclerc. Za 20.00zł?! Zdzierstwo.
Po dobraniu składników, przełożeniu zamówienia na tace odeszliśmy do stolika by oddać się przyjemności spożywania, która już wtedy została zakłócona przez stosunek cena/ilość odpowiadający temu ile kosztują napoje w hotelach.

Przechodząc do sedna ocenię każdą z kanapek, biorąc pod uwagę jedynie jej standardowe wnętrze. Co do pozostałych składników – są to najwyższej jakości, świeże, smaczne i chrupiące (sałata oraz ogórek) lub soczyste (pomidor) warzywa. Majonez jest aż zanadto majonezowy.
Bułki są lekko opiekane, delikatne w środku i nieco gumowo-twarde na zewnątrz. Mało aromatyczne i w ogóle nie zaznaczające swej obecności w ogólnym smaku kanapki.
Wydają mi się być pieczywem pszennym, ale stu procent pewności nie daję w tym przypadku.

Cechą wspólną dla każdej z kanapek, które zamówiliśmy jest ser – najprawdziwszy jak prezenty a nie Mikołaj, bardzo smaczny, odpowiednio dobrany i pod każdym względem pasujący do kanapek. Nie jest to ser topiony typu Hochland czy Mlekovita tylko żółty, pokrojony w cienkie plastry rarytas o zdecydowanym smaku i aromacie.

Zacznijmy od standardu czyli Philly Cheesesteak, z której strony by na to nie spojrzeć sztandarowa kanapka powinna być wizytówką firmy. Uwypuklać jej walory i skutecznie ukrywać wady. Ten sandwicz to po prostu steak czyli wołowina w najczystszej postaci, cebula jak najbardziej po zetknięciu z grillem, gridlem czy patelnią i ser o którym kilka słów znajdziecie wyżej.
Cebula odpowiednio zgrillowana z delikatnie wyczuwalną strukturą, choć w większości miękka. Aromatyczna jednak nie dominująca w smaku całej kanapki przez niezbyt intensywny smak. Bardzo dobrze uzupełnia się z wołowiną, która jest pocięta podobnie jak bibuła na bal choinkowy klasy 3A – dosyć cienko i na niezbyt długie odcinki. Przyprawiona tak jak swe teksty odśpiewuje Dido – delikatnie. Właściwie nic konkretnego z mapy przypraw nie jestem w stanie odczytać i tak gubię się w drodze do skarbu podniebienia.
Ogółem kanapka z dodatkiem warzyw prezentuje się równie średnio jak smakuje. Warzywa pochrupują, cebulkę z mięsem czuć co jakiś czas aż na końcu sandwicza jej brakuje. Ser jak wspomniałem wyżej bardzo dobrej jakości, ale tak naprawdę tej kanapce brakuje czegoś charakterystycznego – była, jest i będzie zwykłym sandwiczem, który niczym nigdy nas nie zachwyci. Może dodatek papryczek jalapenos mógłby przeobrazić tę wersję kanapki z szarego kokonu w rozkosznego motyla?VLUU L200  / Samsung L200Kolejną, teoretycznie nudną i niezbyt zachęcającą kanapką jest wybrana przez towarzyszkę spożywania Chicken Bacon Club.
Ten kto oglądał Sherlocka Holmesa wie co to dedukcja i pewnie dzięki samej nazwie już zorientował się, że w kanapce znajdują się kurczak oraz boczek (tzw. bekon). Brawo! Czy coś jeszcze?
Tak, ser i dodatki, które sam wybierzesz. W rzeczy samej wydawałoby się, że jest to standard, ale połączenie mięsa kurczaka z boczkiem wydaje się wręcz awangardowe jak na nasze domowe warunki. Czy się sprawdza? O tym za chwilę.
Smak kurczaka, podobnie jak wołowiny nie jest podkreślony zbyt wymyślnym arsenałem przypraw i tak mięso wydaje się być zwykłym, podsmażonym kurczakiem. Zdecydowanie góruje nad nim bekon, który może i jest nieco za słony, ale pocięty na odpowiednio cienkie plastry i wybornie soczysty. Jego smak czuć na całej długości kanapki podobnie jak ser, który wesoło ciągnie się na podobnej długości i smakuje tak jak opisałem to wyżej.
Sandwicz z dodatkiem warzyw jawi się jako interesująca pozycja śniadaniowa – lekkie warzywa i kurczak z dodatkiem cięższego, tłustego boczku oraz sera dosyć dobrze się uzupełniają, sprawiając, że kompozycja w roli pierwszego posiłku dnia sprawdziłaby się idealnie – szkoda, że cena jest tak wysoka.
Jestem zmuszony też wspomnieć, że to jedyny sandwicz wypełniony mięsna wkładką niemal na całej długości.

VLUU L200  / Samsung L200

Po dwóch niezbyt rozrywkowych wersjach sandwiczy przyszedł czas na powiew Azji czyli Chicken Teriyaki. Kanapka oprócz dodatków, które wybierzemy sobie później standardowo wpada w nasze łapki wyposażona w kurczaka, sos teriyaki oraz grillowaną cebulę. Tej ostatniej jest zdecydowanie mniej niż w Philly Cheesesteak, ale nadal jest w odpowiedni sposób potraktowana grillem, miękka, ale z lekko wyczuwalną strukturą i delikatnie słodka – dosyć dobra powtarzalność smaku w dwóch kanapkach. Teriyaki to sos, który łączy w sobie głównie smak sosu sojowego i słodkich dodatków jak cukier czy miód. Oczywiście w Charley’s mamy do czynienia z jego wersją przygotowaną na zachodnią modłę – nie jest aż taki ciemny jak jego azjatycka wersja. Smak mi odpowiada – to dosyć ciężki, słodko-słony sos, który świetnie komponuje się z kurczakiem i cebulką. Sam kurczak podobnie jak w przypadku wyżej nie grzeszy intensywnością smaku, ale jest dosyć miękki i soczysty – nadaniem smaku zajmuje się sos, który zdecydowanie swoją misję wypełnia i ratuje kurczaka, który bez niego byłby po prostu nijaki.VLUU L200  / Samsung L200Jeżeli chodzi o zestaw to cola wygląda uroczo w oryginalnym kubku i smakuje bardzo dobrze z dodatkiem niewielkiej ilości lodu. Frytki maja dosyć grubą żółtą skorupkę, która jest trochę zbyt mocno nasiąknięta tłuszczem przez co ich smak nie może równać się frytkom choćby z McDonald’s czy Burger Kinga.

VLUU L200  / Samsung L200

Sandwicze napełniły mnie na krótką chwilę by tuż po jej minięciu ustąpić na rzecz uczucia głodu.
Może trafiłem na niezbyt wartościowe wersje kanapek? A może na gorszy dzień obsługi? A może po prostu wszystkie kanapki takie są? Nie do końca wypełnione nadzieniem, z chrupiącymi warzywami, smacznym serem, ale krótkie i mało treściwe?
Mam nadzieję, że to tylko wersja pierwsza bądź druga by nie przekreślać samego Charley’sa już na starcie, bo gdyby była to wersja trzecia to wcale bym się nie dziwił, że ktoś długo zastanawiał się nad wprowadzeniem tej marki na polski rynek i zdaje sobie sprawę, że sporo tym ryzykuje.

Royal Plain

Czyli interesujące spojrzenie na Royala.
Zachęcony słowami mojego dobrego znajomego, który McDonald’s zna od kuchni postanowiłem zamówić tak zwanego Royala Plaina. Skład zwykłego Royala należy uszczuplić o cebulę, pikle, musztardę i ketchup oraz ewentualnie poprosić o nieodsączone, konkretnie przyprawione mięsko. Na zakończenie tej oceny mały bonusik od tego właśnie znajomego, związany z kanapką McRoyal.

Swoją kanapkę zamówiłem i spożyłem w wolno stojącym punkcie amerykańskiej sieci przy ulicy Wrocławskiej w Warszawie, oferującym również dania w McDrive. Dwa McZestawy powiększone (drugi zestaw z BigMaciem oraz standardowo cola i frytki) uszczupliły mój aktualny stan finansów o 25.00zł dzięki zniżkom, które okazałem przy kasie na ekranie swego telefonu. Standardowo zestaw z McRoyalem kosztuje 16.90zł a sama kanapka 9.10zł co jest już bardzo, bardzo blisko ceny, która odpowiada temu co dostajemy.
Zgodnie z radami znajomego, nie ryzykowałem podania nazwy Royal Plain gdy tylko zauważyłem dopisek uczę się pod imieniem Kasia. Kasjerka Kasia gdy tylko usłyszała, że pragnę Royala bez dodatków bardzo poruszona pobiegła do swojej przełożonej i wszystko jej wytłumaczyła. Niestety, zapomniała dodać, że pragnę nieodsączonego mięska, więc chwilę po powrocie do kasy musiała do niej wracać by dołożyć tę informację.
Chwilę trwało zanim mogłem zacząć cieszyć się spożywaniem kanapki, ale na pewno nie dłużej niż niektóre walki Gołoty.

Royal Plain składa się więc jedynie z sezamowej bułki, dwóch plastrów sera Cheddar oraz burgera. Oto co otrzymałem:
ObrazekI jego ubogie, ale jakże wartościowe wnętrze:
ObrazekJak widać ser roztopił się cudownie – jest to widok zapierający dech w piersiach niemal jak te w polskich górach. A jak ogólne wrażenia?
Bułka jest smaczna, delikatnie maślana, nie za słodka, odpowiednio przygotowana, miękka i aromatyczna. Cheddar pasuje tu jak klucz trzynastka do śruby trzynastki: wręcz idealnie – te dwa plastry czegoś seropodobnie topionego są wyjątkowo smaczne i cudownie rozpuszczają się na ciepłym mięsku. I burger… Mmm… Od tej pory będę zamawiał tylko nieodsączone burgery. Po każdym kęsie naciskałem kanapkę a z jej wnętrza wypływało więcej płynów niż w kanalizacji miejskiej – znakomite, aromatyczne, dobrze przyprawione mięso, wreszcie nie łykowate. Miękkie i soczyste; bardzo, bardzo soczyste.

Całość jest mięciutka i cudownie lekko się ją spożywa, w smaku dominuje mięso a nie dodatki, co jest interesującą odskocznią od standardowych kanapek gdzie większy udział w smaku mają sosy i warzywa. Niestety McRoyal nigdy nie był sycący a uszczuplony o wszystkie dodatki ma jeszcze mniejsze szanse by zaspokoić mój głód. Na szczęście do ocen podchodzę fachowo i staram się nie spożywać gdy jestem bardzo głodny a następnie oceniać, także ten McRoyal nie musiał jedynie zapełniać mojego żołądka – miał dać mi satysfakcję ze spożycia czegoś naprawdę smacznego i niestandardowego. Ten prawdziwy ćwierćfunciak z serem w stu procentach swój plan wykonał.
Polecam jak najbardziej – z zamówieniem tak zestawionej kanapki nie powinniście mieć najmniejszych problemów a zabawa przy spożywaniu jest przednia.

Na zakończenie bonus od znajomego a pożegnam Was zdjęciem uroczo przesiąkniętego, za sprawą nieodsączonego mięska, kartonika, w którym podano mi kanapkę.

„W jakiś nie za chłodny zimowy wieczór parę lat temu (2006 czy 07) podeśliśmy z ziomkiem do McDonald’s Sezam.
ja: poproszę 2 royale
dziewczę: nie ma royali
ja: ale w sensie, że co – skończyło się mięsko na dziś?
dziewczę: nie, zostały wycofane z oferty
ja z ziomkiem: w00t da fuuuuuk?! O_O
ja: ok, to 2 tortille poprosimy.. *nadal w szoku*
Po powrocie do domu postanowiłem nie ukrywać swojego zdziwienia – szybko ogarnąłem adresik do kogoś w MCD i napisałem maila, parafrazując  „Chciałem dziś zamówić McRoyala i okazało się, że wycofaliście go z oferty. Bardzo mnie to zaskoczyło. Czy można wiedzieć czym zostało to spowodowane?”
Ku mojemu zdziwieniu na odpowiedź nie czekałem długo (dzień czy dwa), a brzmiała ona mniej więcej tak: „Sprzedaż kanapki była poniżej oczekiwań i nie opłacało się nam trzymać jej w ofercie”
To tylko pogłębiło moje poczucie szoku i odpisałem mniej więcej coś takiego: „I co z tego, że się nie opłacało?! to jest McRoyal – Ćwierćfunciak z Serem – nie oglądaliście Pulp Fiction czy coś? Przecież to ‚Klasyka Smaku’ – takich rzeczy się nie robi”.
Na tego maila odpowiedzi już nie otrzymałem.
Jednakże po jakimś czasie, nie pamiętam czy miesiącu, czterech czy coś pomiędzy, McRoyal wrócił do standardowej oferty w nowym opakowaniu, na którym widnieje napis „Klasyka Smaku” – lubię wierzyć, że miałem z tym coś wspólnego :)”

Obrazek